
DZIEJE ZAMKU
Gdy zimą 1234 roku w okolicach dzisiejszego Dzierzgonia wojska margrabiego Burgharda rozbijały Prusów Pomezańskich, mało kto przypuszczał, że ów lokalny sukces da początek potędze, która na stulecia zdominuje ziemie nadbałtyckiego pogranicza. W tym dziejowym błędzie czynny udział wzięło zresztą polskie rycerstwo, które z rozczulającą wręcz krótkowzrocznością pomogło Krzyżakom wygrać bitwę, a następnie – już rok później – założyć pierwszy na tych ziemiach gród warowny.

Nową placówkę w Starym Dzierzgoniu ochrzczono dumnym mianem Christburga, jednak pogańscy sąsiedzi nie zamierzali biernie akceptować tej manifestacji władzy. Kiedy więc w 1242 roku wybuchło pierwsze powstanie pruskie Pierwsze powstanie pruskie wybuchło w 1242 roku, gdy pruskie plemiona uznały, że krzyżacka „misja cywilizacyjna” zaczyna podejrzanie przypominać permanentną okupację. Wykorzystując osłabienie zakonu po klęsce pod jeziorem Pejpus, Prusowie uderzyli na zamki i osady, próbując odzyskać ziemie tracone od czasu krucjat bałtyckich. Przez kilka lat Krzyżacy przekonywali się wtedy, że podbój Prus wygląda znacznie gorzej, gdy miejscowa ludność przestaje współpracować nawet pod przymusem. , zamek stał się celem dla tych, którzy uznali, że nowa warownia pojawiła się tu zdecydowanie zbyt pewnym siebie gestem, a wsparci przez księcia gdańskiego dopilnowali, by jej obecność przestała komukolwiek przeszkadzać.

Ta widowiskowa porażka paradoksalnie tylko napędziła krzyżacką machinę. Zamiast bowiem odbudowywać spalone zgliszcza, zakon uznał sytuację za świetną okazję do logistycznej korekty: przeniósł się kilka kilometrów na północ, zachował chwytliwą nazwę i wzniósł twierdzę znacznie potężniejszą, wokół której szybko urosła nowa osada. To właśnie w tym bezpieczniejszym już Christburgu, u schyłku zimy 1249 roku, zmęczeni siedmioletnią wojną Prusowie musieli przełknąć gorycz porażki. W obecności legata papieskiego – późniejszego
papieża Urbana IV
– podpisano tam ugodę, która formalnie sankcjonowała władzę zakonną na tych terenach. W ten sposób, dzięki pruskiemu oporowi, Krzyżacy dorobili się nie tylko nowoczesnej bazy wypadowej do dalszych podbojów, ale też kluczowego punktu strategicznego, spajającego ich dominację od Kwidzyna aż po Elbląg.

Większość współczesnych historyków poddaje jednak w wątpliwość tę świąteczną narrację, podchodząc do rewelacji kronikarza z dużym sceptycyzmem. Z rekonstrukcji realiów epoki wynika, że w ówczesnej Europie nadawanie miejscowościom imienia Chrystusa było praktyką niespotykaną, przez co nawet zakonny zapał Krzyżaków nie skłoniłby ich do tak nietypowego kroku.
Dużo bardziej przyziemną, choć logiczną alternatywę przedstawił XIX-wieczny historyk Max Toeppen
. Według jego teorii, zamiast niebios, u źródeł nazwy stał po prostu wpływowy pruski ród... Kerse. I tak oto, w wyniku dziejowej i językowej głuchoty, pierwotny Kerseburg lub Kirsburg ewoluował z czasem w dumnie brzmiący Christburg. Prawdziwy chichot historii nastąpił jednak na koniec: gdy ziemie te przejęło Państwo Polskie, cała ta mistyczno-pruska układanka została bezceremonialnie spolszczona na swojsko brzmiący... Kiszpork.

Gdy w 1247 roku mistrz krajowy Heinrich von Wild inicjował budowę murowanej warowni, kładł kamień węgielny pod miejsce, które miało decydować o sprawach wykraczających daleko poza pobliskie pola. Już trzy lata później zamek doczekał się rangi siedziby komturii Komturia była podstawową jednostką administracyjną państwa krzyżackiego, zarządzaną przez komtura. Obejmowała okoliczne miasta, wsie, lasy i majątki, dostarczając zakonowi ludzi, żywności, pieniędzy i żołnierzy. W praktyce była czymś pomiędzy powiatem, garnizonem i przedsiębiorstwem rolnym, tylko że wszystko to działało pod znakiem czarnego krzyża., a jego pierwszym urzędującym zwierzchnikiem został Heinrich Stange – postać otwierająca czas, gdy te ziemie stały się jednym z punktów ciężkości zakonu. Sukcesy jego administracji przełożyły się bezpośrednio na losy przyzamkowej osady, która już w 1290 roku mogła cieszyć się prawami miejskimi.

Prawdziwy awans przyszedł jednak wraz z decyzją o przeniesieniu stolicy państwa zakonnego z Wenecji do pobliskiego Malborka, co z Dzierzgonia uczyniło strategiczne zaplecze miejsca, które już miało ambicje, ale jeszcze nie miało rozmachu. To tutaj ulokowano urząd wielkiego szatnego, co w realiach krzyżackiej biurokracji windowało miasto na pozycję kluczową – dbałość o czystość i regulaminowy krój zakonnych płaszczy szła tu bowiem w parze z równie rygorystycznym nadzorem nad uzbrojeniem i całą logistyką wojenną.

Te nowe, niezwykle lukratywne obowiązki sprawiły, że w XIV wieku dzierzgoński zamek stał się potęgą magazynową na skalę całych Prus. Ustępował jedynie największym: w kwestii zbrojeń musiał uznać wyższość samego Malborka, a pod względem spiżarni – Brodnicy. O tym, jak potężne były to zasoby, najlepiej mówią liczby z początku XV wieku, kiedy to w zamkowych lochach, obok obfitości broni i prochu, spoczywało około 2,000 ton zboża. Całości tego gospodarskiego rozmachu dopełniał widok 14 podległych folwarków, w których na wypadek kolejnych misji chrystianizacyjnych rżało ponad 1,200 koni.

Po przeprowadzce stolicy z Wenecji do Prus urząd ten dopadł jednak pewien kryzys wizerunkowy i kompetencyjny. Lokalni komturowie brutalnie odarli go z realnej władzy, przejmując zarządzanie magazynami na własnym podwórku. Wielkiemu Szatnemu pozostał więc prestiż, dźwięczny tytuł i – co najważniejsze – stałe krzesło w radzie samego wielkiego mistrza. W pruskiej rzeczywistości ta nobilitująca, choć nieco pozbawiona zajęcia funkcja, szła zazwyczaj w parze z fotelem komtura Dzierzgonia lub Gniewu. Ot, taki czternastowieczny odpowiednik luksusowej synekury.

Najwyższy punkt lokalnej legendy o potędze dobiegł końca latem 1409 roku wraz z wybuchem wojny, która rok później, na polach Grunwaldu, kosztowała życie komtura i zarazem Wielkiego Szatnego, Albrechta von Schwarzburg. Los zadrwił z niego w sposób szczególny, jako że Schwarzburg należał do nielicznego grona krzyżackich prominentów otwarcie oponujących przeciwko konfrontacyjnej polityce von Jungingena. Pokoju, o który zabiegał, nie zdołał ocalić, a sam stał się jedną z pierwszych ofiar konfliktu.

Gdy w dniu 22 lipca nadciągnęły wojska Władysława Jagiełły, pozbawiony dowództwa Dzierzgoń poddał się bez cienia oporu. Jan Długosz z właściwym sobie zmysłem kronikarskim z satysfakcją odnotował, iż zakonna załoga, na wieść o nadejściu króla, przejęta nadmiernym strachem, uciekła, przez co polski monarcha wkroczywszy do niego bez przeszkód, zastał zamek w stanie zdumiewającej gotowości. Król ujrzał bowiem kuchnię z rozpalonym ogniskiem, stoły nakryte obrusami, a piwnice i schowki pełne wina, owsa, miodu, ryb, mięsa oraz wszelkiego rodzaju zboża.

Dyplomatyczne rokowania z opuszczonymi ścianami rezydencji Wielkiego Szatnego przyniosły polskiemu rycerstwu również inne, zgoła nieoczekiwane korzyści. Król znalazł tam bowiem izbę z odzieżą pełną purpury i cennych tkanin oraz ubiorów stosownych dla rycerzy, po czym rozdał z niego wiele purpury i szat rycerzom. Reszta armii z równym zapałem zabezpieczyła krzyżackie spiżarnie, jako że za pozwoleniem władcy całe wojsko królewskie wzięło obficie i do syta ze znalezionych w zamku zapasów żywności i napełniło wozy miodem, winem, mięsem, rybami, zbożem i pozostałą żywnością. Po tym nader udanym i pokrzepiającym postoju, w trakcie którego król zdążył jeszcze przyjąć hołd wierności od delegacji miast pruskich, zamek powierzono opiece Zbigniewa z Brzezia, a wojska koronne już 24 lipca ruszyły w dalszą drogę ku stolicy zakonu.

Słowa te okazały się niefortunnie prorocze. Komtur nie ujrzał już więcej Dzierzgonia , bo - jak wiemy - zginął na polach grunwaldzkich. Od tego czasu na zamku zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Na jesień 1410 roku powrócił z wojny zdziesiątkowany konwent i - jak zapewnia Szymon Grunau - długo miejsca tu nie zagrzał: Kiedy knechty poszli raz do stajen doglądać koni, znaleźli tam piwnicę, upili się winem i wyjść z niej nie mogli. A do stołu, gdy bracia siadali, zamiast potraw samą krew mieli. Gdy na pomoc zawołany został komtur z Fromborka, zastali go pewnego razu wiszącego za brodę u studni zamkowej i ledwie mu życie uratowali. Innym razem znieśli go z górnego dachu zamku i nikt nie wiedział, jak się tam dostał. Odtąd zamek nazywano zaklętym.

Choć w 1411 roku zamek ponownie dostał się pod władzę zakonu, to krzyżacki triumf okazał się wyjątkowo krótkotrwały. Ledwie trzy lata później, podczas tak zwanej wojny głodowej Wojna głodowa z 1414 roku była kolejnym starciem Polski i Litwy z zakonem krzyżackim, rozegranym z wyjątkowo małym zainteresowaniem wielkimi bitwami i wyjątkowo dużym zainteresowaniem pustymi spichlerzami. Wojska Jagiełły zamiast szturmować kolejne zamki metodycznie pustoszyły kraj, paląc wsie, niszcząc zbiory i zabierając zapasy. Nazwa konfliktu wzięła się stąd, że po odejściu armii większym problemem niż wrogowie okazał się brak jedzenia., warownię ponownie zdobyli Polacy, a król Władysław Jagiełło – nie bawiąc się w subtelności – kazał ją po prostu spalić. Skala zniszczeń zdeprymowała nawet samych Krzyżaków, którzy w 1437 roku skapitulowali przed kosztami remontu i przenieśli siedzibę komturii do Przezmarku. Tym samym dobiegła końca złota era dzierzgońskiego ośrodka, przez który przewinęło się 42 komturów, w tym sam Konrad von Wallenrod – postać, której Adam Mickiewicz podarował później literacką nieśmiertelność.

Mury co prawda z czasem częściowo odbudowano, ale pech nie opuszczał tego miejsca. W 1454 roku gmach spłonął po raz kolejny, przechodząc przez ręce dwóch stron, które różniło wszystko poza miłością do pożarów. Najpierw podpalili go zbuntowani mieszczanie, a dzieła zniszczenia dopełnili sami Krzyżacy, którzy uznali, że skoro zamek nie będzie należał do nich, to nie dostanie go nikt inny.

Kiedy po drugim pokoju toruńskim Drugi pokój toruński z 1466 roku zakończył wojnę trzynastoletnią i ostatecznie sprowadził zakon krzyżacki z pozycji regionalnego mocarstwa do roli bardzo niechętnego lennika polskiego króla. Polska odzyskała Pomorze Gdańskie, ziemię chełmińską i kilka innych strategicznych obszarów, natomiast Krzyżakom pozostawiono wschodnią część ich państwa, najwyraźniej uznając, że całkowite upokorzenie warto jednak dawkować z umiarem. Od tej pory każdy nowy wielki mistrz musiał składać hołd królowi Polski, co dla zakonu, który przez stulecia przywykł raczej wydawać polecenia niż je odbierać, było lekcją pokory wyjątkowo trudną do przełknięcia. Dzierzgoń – znany wówczas jako Kiszpork – ostatecznie znalazł się w granicach królestwa polskiego, z dawnej potęgi pozostały głównie zgliszcza. W ocalałych komnatach ulokowano co prawda starostwo i sąd grodzki, jednak sami starostowie nie uznali tego miejsca za szczyt marzeń lokatorskich i rezydowali poza miastem, w majątku Nowy Dwór. Ruiny budziły się tylko na dźwięk sądowych sporów, wśród których – jako swoiste zwieńczenie burzliwej i pełnej ognia historii zamku – największy „entertainment value” miały procesy o czary (bo przecież nic tak nie ożywia ruin jak publiczne grillowanie sąsiadki).

Pomimo funkcji urzędowych, w zamek nie inwestowano praktycznie wcale, przez co dawna duma zakonu przegrywała walkę z czasem i zaniedbaniem. Ówczesny stan tej rzekomej ostoi sprawiedliwości bezlitośnie obnaża zapis lustracji z 1624 roku: Był na górze nad Kiszporkiem zamek [...], przez Krzyżaków murowany, ten dawno zrujnowany, tylko mury [...] kościoła stoją i to nie całe. Studnia jest przy tym zamczysku z kamienia murowana, cegłą i kamieniem zawalona. Dopiero w drugiej połowie XVII wieku polscy urzędnicy wykazali nagłe zainteresowanie losem tej ruiny, choć motywacja była wskroś pragmatyczna – bano się po prostu, że w nieszczelnych murach bezpowrotnie zgniją bezcenne akta sądowe. Na fali tej urzędniczej troski o biurokrację zrodziła się nawet koncepcja całościowej odbudowy zamku, jednak wojewoda malborski Jan Bąkowski szybko zweryfikował ambitne plany z rzeczywistością budżetową i uznał przedsięwzięcie za nieopłacalne.

Zamiast więc marzyć o dawnym blasku, zdecydowano się na remont tych budynków, które jeszcze nie prosiły o akt zgonu: wyremontowano jedynie kaplicę oraz kilka pomieszczeń na potrzeby sądu, natomiast całą resztę historycznej zabudowy po prostu rozebrano. Sto lat później dawna siedziba komtura służyła już lokalnej społeczności wyłącznie jako tanie źródło cegły i budulca, choć na przełomie 18. i 19. wieku nad horyzontem wznosiła się jeszcze ostatnia, ocalała wieża. Ostateczny kres pozostałościom po dawnym Christburgu położono pod koniec 19. stulecia, kiedy to usunięto ostatnie fragmenty murów, a całe wzgórze bezlitośnie splantowano. W miejscu, gdzie niegdyś decydowały się losy podboju Prus, urządzono park miejski z pawilonami i estradą, zamieniając dawny teatr wojny w przestrzeń niedzielnej rozrywki.

OPIS ZAMKU
Zamek usytuowano na szczycie naturalnie obronnego wzniesienia, które przez co najmniej dwa stulecia dawało Prusom tyle bezpieczeństwa, ile da się wycisnąć z drewna i determinacji. Krzyżaccy budowniczy postanowili jednak ulepszyć naturę i podzielili wzgórze przekopem – tym samym, na którego dnie przebiega dziś ulica Elbląska. W efekcie tego zabiegu zamek wysoki zawłaszczył południowy kraniec wzgórza, z trzech stron chroniony przez ostre stromizny oraz wody rzeki Dzierzgoń, która z pełnym zaangażowaniem odgrywała rolę naturalnej fosy.

Sama architektura wymykała się zakonnym szablonom. Zamiast idealnej symetrii postawiono na plan nieregularny, prawdopodobnie dwuskrzydłowy. Całość wzniesiono z cegły, opierając ją na solidnej podmurówce z kamieni otoczaków. Aby jednak budowla nie sprawiała wrażenia zbyt surowej, w elementach nośnych wykorzystano granitowe bloki, a detale dekoracyjne oprawiono w sztuczny kamień o prostym wykończeniu.

Skrzydła mieszkalne minęły się pod kątem niemal prostym, przy czym jedno wyraźnie zdominowało drugie. Budynek wschodni pysznił się imponującą długością około 40 metrów, podczas gdy gmach północny okazał się o połowę skromniejszy. Życie zakonne toczyło się na dziedzińcu, do którego dostawiono murowane krużganki. W południowym narożniku ulokowano studnię, a tuż obok niej – mały, nieco zagadkowy budynek na planie pięcioboku, połączony arkadowym przejściem z wieżą. Nad tym całym asymetrycznym układem czuwała czworoboczna wieża główna. Usytuowana przy północnym skrzydle, nie tylko dominowała nad okolicą, ale też trzymała na oku każdy wóz zbliżający się do bramy.

Przedzamcze ulokowano w północnej części wzgórza, tam, gdzie natura wykazała się pewną słabością i ukształtowała nieco łagodniejsze zbocze. Ów taktyczny mankament architekci przekuli w zaletę, otwierając tam dwa wjazdy, w tym jeden pozwalający na bezpośrednią, wygodną komunikację z miastem. Ta część kompleksu została całkowicie odarta z rycerskiego romantyzmu na rzecz twardej, codziennej prozy życia. To tutaj tętniło serce zamkowej logistyki, sprowadzone do symfonii zapachów i dźwięków ze stajni, spichrzy, browaru oraz izb zajmowanych przez ludzi, którzy od świtu do nocy targali siano, łopatami przerzucali gnój i gasili pożary w kuźni.

Całość ujęto w potężny mur, który spinał zamek i jego zaplecze w jeden system obronny. Jego imponująca, wynosząca miejscami ponad trzy metry grubość dobitnie świadczyła o tym, że Krzyżacy woleli nie polegać wyłącznie na boskiej opatrzności. Konstrukcję wzniesiono na solidnym cokole z kamienia polnego, by wyżej płynnie przejść w tradycyjną mieszankę cegły i kamienia, którą u góry – wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi – wieńczył malowniczy krenelaż i ganki obronne.

Zupełnie inny, zdecydowanie bardziej melancholijny klimat panował po przeciwnej stronie przekopu, na wzniesieniu zwanym wzgórzem świętej Anny. Tam już w 13. stuleciu zakon założył cmentarz i wzniósł kaplicę, gwarantując braciom stosowną perspektywę na doczesność. Co ciekawe, to miejsce wiecznego spoczynku skomunikowano ze światem żywych za pomocą drewnianej kładki przerzuconej nad wąwozem.

STAN OBECNY
Współcześnie z dawnej potęgi Christburga ocalały jedynie skrawki, które dziś gubią się w przestrzeni parku miejskiego. Pod ziemią i w alejkach zachowały się fundamenty budowli, piwnice z resztkami filarów oraz brukowany dziedziniec z fragmentami dawnego traktu. Krajobraz uzupełnia skromny detal: potłuczone rzeźby, zworniki, żebra sklepienne i płytki posadzkowe, które przetrwały mimo upływu czasu i kolejnych przekształceń terenu.

To efekt pracy archeologów. Ich badania z początku XXI wieku, prowadzone przy okazji rewitalizacji parku, wyciągnęły te relikty na światło dzienne. W efekcie dzisiejsze wzgórze to dość osobliwy kompromis, gdzie pod warstwą parkowej zieleni wciąż można potknąć się o autentyczny, krzyżacki gotyk.
Krzyżacy na bramie już nie stoją i o paszport nie pytają – dziś wzgórze to po prostu park miejski, więc wjazd na dawne salony zakonu jest całkowicie darmowy. Można tam wpaść w każdej chwili, bez biletów i bez pukania, ot tak, by zanurzyć się na moment w atmosferę ruin.

DOJAZD
Aby trafić na zamkowe wzgórze, wystarczy po prostu spojrzeć w górę. Relikty warowni znajdują się na wzniesieniu dominującym nad miastem, nieco na północny zachód od centrum. Doskonałym punktem orientacyjnym są wysokie anteny zamontowane na stojącej tuż obok XIX-wiecznej wieży.
Samochód najwygodniej zostawić na placu Wolności. Stamtąd czeka Was zaledwie 10-minutowy spacer pod górę, co pozwoli rozprostować nogi i odpowiednio nastroić się na historyczne spotkanie – choć, obiektywnie rzecz biorąc, na dłuższą dyskusję z tym, co z tej historii zostało, raczej nie ma co liczyć.
WARTO ZOBACZYĆ
Sąsiednie wzgórze to adres gotyckiej kaplicy cmentarnej św. Anny z XIV wieku, która w czasach świetności stanowiła integralną część całego kompleksu zamkowego. Dziś to idealne miejsce na chwilę melancholii, zwłaszcza że – w przeciwieństwie do reszty zamku – tutaj przetrwało coś więcej niż tylko zarys fundamentów i bujna wyobraźnia odwiedzających.

U stóp zamkowego wzgórza stoi XIII-wieczny kościół pw. Trójcy Przenajświętszej, który stanowi miłą odmianę od zamkowych ruin – ma bowiem dach i ściany. W środku rządzi już barok, choć fani gotyku też znajdą coś dla siebie, jeśli tylko potrafią patrzeć pod nogi. Warto tutaj rzucić okiem na barokowy portal z łukowymi blendami, ambonę z pierwszej połowy XVIII wieku oraz płytę nagrobkową z 1347 roku, która cierpliwie znosi upływ czasu i spojrzenia kolejnych pokoleń.

Dalej mamy XVII-wieczny, barokowy zespół poreformacki (ul. Krzywa). W tutejszym kościele św. Ducha wystarczy unieść głowę, by zobaczyć pełen detali, malowany strop beczkowy. Kiedy klasztor przestał pełnić swoją funkcję, budynek zyskał nowe, kulturalne życie, więc w dawnych celach zamiast ascetycznych modłów prędzej usłyszycie dziś naukę gry na basie albo lokalny wernisaż.

ZAMKI W POBLIŻU
- Przezmark – ruina zamku wójtów krzyżackich z XIV w., 17 km
- Sztum – zamek wójtów krzyżackich z XIV w., 25 km
- Malbork – zamek wielkich mistrzów z XIII/XIV w., 27 km
- Pasłęk – zamek prokuratorów krzyżackich z XIV w., 31 km
- Prabuty – relikty zamku biskupów pomezańskich z XIII/XIV w., 32 km
- Szymbark – ruina zamku biskupów pomezańskich z XIV w., 38 km
- Elbląg – relikty zamku komturów krzyżackich z XIV w., 39 km
LITERATURA
- D. Gazda: Wielokulturowy obiekt warowny na górze zamkowej i gród cyplowy w Starym Dzierzgoniu, Trzecia Strona 2018
- M. Haftka: Zamki krzyżackie: Dzierzgoń-Przezmark-Sztum, Marpress 2009
- M. Jackiewicz, M. Garniec: Zamki państwa krzyżackiego w dawnych Prusach, Studio Arta 2006
- L. Kajzer, J. Salm, S. Kołodziejski: Leksykon zamków w Polsce, Arkady 2001
- P. Puziński: Leksykon grunwaldzkich tajemnic, magazyn Focus 7/2006
- R. Sypek: Zamki i obiekty warowne państwa krzyżackiego, Agencja Wydawnicza CB 2000