DZIERZGOŃ

relikty zamku komturów krzyżackich

DOSTOJNI PRZYWÓDCY ZAKONU Z PEWNOŚCIĄ BYLIBY ZDUMIENI FAKTEM, ŻE ICH KLUCZOWA TWIERDZA BĘDZIE KIEDYŚ WYMAGAŁA TABLICY INFORMACYJNEJ, ŻEBY NIKT NIE POMYLIŁ JEJ Z ANOMALIĄ TERENOWĄ

DZIEJE ZAMKU


Gdy zimą 1234 roku w oko­li­cach dzi­siej­sze­go Dzierz­go­nia woj­ska mar­gra­bi­ego Bur­ghar­da roz­bi­ja­ły Pru­sów Po­me­zań­skich, ma­ło kto przy­pu­szczał, że ów lo­kal­ny suk­ces da po­czą­tek po­tę­dze, któ­ra na stu­le­cia zdo­mi­nu­je zie­mie nad­bał­ty­ckie­go po­gra­ni­cza. W tym dzie­jo­wym błę­dzie czyn­ny udział wzię­ło zre­sztą pol­skie ry­cer­stwo, któ­re z roz­czu­la­ją­cą wręcz krót­ko­wzro­czno­ścią po­mo­gło Krzy­ża­kom wy­grać bi­twę, a na­stęp­nie – już rok póź­niej – za­ło­żyć pier­wszy na tych zie­miach gród wa­ro­wny.

NACZYNIA ODKRYTE PRZEZ NAZISTÓW W OBRĘBIE PRUSKIEGO GRODU W STARYM DZIERZGONIU TO POZOSTAŁOŚĆ CZASÓW, W KTÓRYCH ARCHEOLOGIA DOŚĆ NIEBEZPIECZNIE ZACZYNAŁA MIESZAĆ SIĘ Z IDEOLOGIĄ (1935-37)

Nową placówkę w Sta­rym Dzierz­go­niu ochrzczo­no dum­nym mia­nem Christ­bur­ga, jed­nak po­gań­scy są­sie­dzi nie za­mie­rza­li bier­nie akce­pto­wać tej ma­ni­fe­sta­cji wła­dzy. Kie­dy więc w 1242 ro­ku wy­bu­chło pier­wsze po­wsta­nie pru­skie Pierwsze powstanie pruskie wybuchło w 1242 roku, gdy pruskie plemiona uznały, że krzyżacka „misja cywilizacyjna” zaczyna podejrzanie przypominać permanentną okupację. Wykorzystując osłabienie zakonu po klęsce pod jeziorem Pejpus, Prusowie uderzyli na zamki i osady, próbując odzyskać ziemie tracone od czasu krucjat bałtyckich. Przez kilka lat Krzyżacy przekonywali się wtedy, że podbój Prus wygląda znacznie gorzej, gdy miejscowa ludność przestaje współpracować nawet pod przymusem. , za­mek stał się ce­lem dla tych, któ­rzy uzna­li, że no­wa wa­ro­wnia po­ja­wi­ła się tu zde­cy­do­wa­nie zbyt pew­nym sie­bie ge­stem, a wspar­ci przez księ­cia gdań­skie­go do­pil­no­wa­li, by jej obe­cność prze­sta­ła ko­mu­kol­wiek prze­szka­dzać.

REKONSTRUKCJA BRAMY PRUSKIEGO GRODU W STARYM DZIERZGONIU NAKREŚLONA RĘKĄ OBERSTURMFÜHRERA HANSA SCHLEIFA POKAZUJE ŚREDNIOWIECZNE UMOCNIENIA Z PODZIWU GODNĄ STARANNOŚCIĄ, CHOCIAŻ SAM AUTOR FUNKCJONOWAŁ W SYSTEMIE, KTÓRY Z PRAWDĄ HISTORYCZNĄ MIEWAŁ RACZEJ LUŹNE RELACJE (SZKIC LEKKO PODBITY CYFROWO)

Ta widowiskowa po­ra­żka pa­ra­do­ksal­nie tyl­ko na­pę­dzi­ła krzy­ża­cką ma­chi­nę. Za­miast bo­wiem od­bu­do­wy­wać spa­lo­ne zgli­szcza, za­kon uznał sy­tu­ację za świe­tną oka­zję do lo­gi­sty­cznej ko­re­kty: prze­niósł się kil­ka ki­lo­me­trów na pół­noc, za­cho­wał chwy­tli­wą na­zwę i wzniósł twier­dzę zna­cznie po­tęż­niej­szą, wo­kół któ­rej szyb­ko uro­sła no­wa osa­da. To wła­śnie w tym bez­pie­czniej­szym już Christ­bur­gu, u schył­ku zi­my 1249 ro­ku, zmę­cze­ni sie­dmio­le­tnią woj­ną Pru­so­wie mu­sie­li prze­łknąć go­rycz po­ra­żki. W obe­cno­ści le­ga­ta pa­pie­skie­go – póź­niej­sze­go pa­pie­ża Ur­ba­na IV – pod­pi­sa­no tam ugo­dę, któ­ra for­mal­nie san­kcjo­no­wa­ła wła­dzę za­kon­ną na tych te­re­nach. W ten spo­sób, dzię­ki pru­skie­mu opo­ro­wi, Krzy­ża­cy do­ro­bi­li się nie tyl­ko no­wo­cze­snej ba­zy wy­pa­do­wej do dal­szych pod­bo­jów, ale też klu­czo­we­go pun­ktu stra­te­gi­czne­go, spa­ja­ją­ce­go ich do­mi­na­cję od Kwi­dzy­na aż po El­bląg.

WZGÓRZE ZAMKOWE W LATACH 30. XX WIEKU ŚPI NAD MIASTEM SPOKOJNIE, CHOĆ CAŁE JEGO ISTNIENIE WYRÓSŁO Z OGNIA, UCIECZKI I KRZYŻACKIEJ POTRZEBY STWORZENIA NOWEGO POCZĄTKU NA POTĘŻNIEJSZYCH FUNDAMENTACH

Według kronikarza Pio­tra z Du­sbur­ga hi­sto­ry­czna nie­mie­cka na­zwa mia­sta Christ­burg mia­ła być rze­ko­mo jaw­nym do­wo­dem na bo­ską opa­trzność. Twier­dził on bo­wiem, że na­wią­zu­je ona do Bo­że­go Na­ro­dze­nia ro­ku 1236, kie­dy to Krzy­ża­cy – za­pe­wne w iście świą­te­cznej atmo­sfe­rze – zdo­by­li pier­wszy gród pru­ski (któ­re­go skrom­ne po­zo­sta­ło­ści kry­je dziś wieś Sta­ry Dzie­rzgoń).

Większość współ­cze­snych hi­sto­ry­ków pod­da­je jed­nak w wąt­pli­wość tę świą­te­czną nar­ra­cję, pod­cho­dząc do re­we­la­cji kro­ni­ka­rza z du­żym sce­pty­cyzmem. Z re­kon­stru­kcji re­aliów epo­ki wy­nika, że w ów­cze­snej Eu­ro­pie na­da­wa­nie miej­sco­wo­ściom imie­nia Chry­stu­sa by­ło pra­kty­ką nie­spo­ty­ka­ną, przez co na­wet za­kon­ny za­pał Krzy­ża­ków nie skło­nił­by ich do tak nie­ty­po­we­go kro­ku.

Dużo bardziej przyziemną, choć lo­gi­czną al­ter­na­ty­wę przed­sta­wił XIX-wie­czny hi­sto­ryk Max Toep­pen . We­dług je­go te­orii, za­miast nie­bios, u źró­deł na­zwy stał po pro­stu wpły­wo­wy pru­ski ród... Ker­se. I tak oto, w wy­ni­ku dzie­jo­wej i ję­zy­ko­wej głu­cho­ty, pier­wo­tny Ker­se­burg lub Kir­sburg ewo­lu­ował z cza­sem w dum­nie brzmią­cy Christ­burg. Praw­dzi­wy chi­chot hi­sto­rii na­stą­pił jed­nak na ko­niec: gdy zie­mie te prze­ję­ło Pań­stwo Pol­skie, ca­ła ta mi­sty­czno-pru­ska ukła­dan­ka zo­sta­ła bez­ce­re­mo­nia­lnie spol­szczo­na na swoj­sko brzmią­cy... Ki­szpork.

NAZIŚCI KOPALI W STARYM DZIERZGONIU Z GODNĄ PODZIWU DETERMINACJĄ, BARDZO LICZĄC, ŻE KOLEJNY PĘKNIĘTY GARNEK WRESZCIE POTWIERDZI ICH ULUBIONE TEORIE O „ODWIECZNIE GOTYCKIEJ” ZIEMI (1935-37)

Gdy w 1247 roku mistrz kra­jo­wy Hein­rich von Wild ini­cjo­wał bu­do­wę mu­ro­wa­nej wa­ro­wni, kładł ka­mień wę­giel­ny pod miej­sce, któ­re mia­ło de­cy­do­wać o spra­wach wy­kra­cza­ją­cych da­le­ko po­za po­bli­skie po­la. Już trzy la­ta póź­niej za­mek do­cze­kał się ran­gi sie­dzi­by kom­tu­rii Komturia była podstawową jednostką administracyjną państwa krzyżackiego, zarządzaną przez komtura. Obejmowała okoliczne miasta, wsie, lasy i majątki, dostarczając zakonowi ludzi, żywności, pieniędzy i żołnierzy. W praktyce była czymś pomiędzy powiatem, garnizonem i przedsiębiorstwem rolnym, tylko że wszystko to działało pod znakiem czarnego krzyża., a je­go pier­wszym urzę­du­ją­cym zwie­rzchni­kiem zo­stał Hein­rich Stan­ge – po­stać otwie­ra­ją­ca czas, gdy te zie­mie sta­ły się jed­nym z pun­któw cięż­ko­ści za­ko­nu. Su­kce­sy je­go admi­ni­stra­cji prze­ło­ży­ły się bez­po­śre­dnio na lo­sy przy­zam­ko­wej osa­dy, któ­ra już w 1290 ro­ku mo­gła cie­szyć się pra­wa­mi miej­ski­mi.

PIECZĘĆ KOMTURII DZIERZGOŃSKIEJ BRAMĘ I WIEŻĘ UKAZUJE, ABY MOC, TRWAŁOŚĆ I ZNACZENIE TEGO MIEJSCA KAŻDEMU OZNAJMIĆ

Prawdziwy awans przy­szedł jed­nak wraz z de­cy­zją o prze­nie­sie­niu sto­li­cy pań­stwa za­kon­ne­go z We­ne­cji do po­bli­skie­go Mal­bo­rka, co z Dzierz­go­nia uczy­ni­ło stra­te­gi­czne za­ple­cze miej­sca, któ­re już mia­ło am­bi­cje, ale je­szcze nie mia­ło roz­ma­chu. To tu­taj ulo­ko­wa­no urząd wiel­kie­go sza­tne­go, co w re­aliach krzy­ża­ckiej biu­ro­kra­cji win­do­wa­ło mia­sto na po­zy­cję klu­czo­wą – dba­łość o czy­stość i re­gu­la­mi­no­wy krój za­kon­nych pła­szczy szła tu bo­wiem w pa­rze z rów­nie ry­go­ry­sty­cznym nad­zo­rem nad uzbro­je­niem i ca­łą lo­gi­sty­ką wo­jen­ną.

REKONSTRUKCJA BARBARY JANUSZEWSKIEJ I TERESY WOLSKIEJ POKAZUJE ZAMEK KOMTURÓW JAK TWIERDZĘ Z MARZEŃ KAŻDEGO KRZYŻAKA — WIEŻA NA WIEŻY, MUR NA MURZE I JESZCZE SKAŁA POD SPODEM

Te nowe, niezwykle lu­kra­ty­wne obo­wią­zki spra­wi­ły, że w XIV wie­ku dzierz­go­ński za­mek stał się po­tę­gą ma­ga­zy­no­wą na ska­lę ca­łych Prus. Ustę­po­wał je­dy­nie naj­wię­kszym: w kwe­stii zbro­jeń mu­siał uznać wyż­szość sa­me­go Mal­bo­rka, a pod wzglę­dem spi­żar­ni – Brod­ni­cy. O tym, jak po­tęż­ne by­ły to za­so­by, naj­le­piej mó­wią licz­by z po­czą­tku XV wie­ku, kie­dy to w zam­ko­wych lo­chach, obok ob­fi­to­ści bro­ni i pro­chu, spo­czy­wa­ło oko­ło 2,000 ton zbo­ża. Ca­ło­ści te­go go­spo­dar­skie­go roz­ma­chu do­peł­niał wi­dok 14 pod­le­głych fol­war­ków, w któ­rych na wy­pa­dek ko­lej­nych mi­sji chry­stia­ni­za­cyj­nych rża­ło po­nad 1,200 ko­ni.

A OTO PIECZĘĆ WIELKIEGO SZATNEGO, NA KTÓREJ NIEWIASTA PRZY KROJU STOI, ALBOWIEM URZĄD TEN NAD SZATAMI ZAKONNYMI I MAJĄTKIEM Z NIM ZWIĄZANYM PIECZĘ SPRAWOWAŁ

Wielki Szatny, po nie­mie­cku Oberst­trap­pier (lub, dla mi­ło­śni­ków ła­ci­ny, Sum­mus Trap­pe­arius), za­sia­dał w ści­słej piąt­ce naj­wa­żniej­szych dyg­ni­ta­rzy pań­stwa za­kon­ne­go. Ka­rie­rę za­czy­nał z roz­ma­chem jesz­cze w Pa­le­sty­nie, gdzie pod je­go czuj­nym okiem wa­ży­ły się lo­sy gar­de­ro­by i uzbro­je­nia ry­ce­rzy-bra­ci. Krót­ko mó­wiąc: dbał o to, by kru­cja­ta mia­ła odpo­wie­dni styl i wła­ści­wy ka­li­ber.

Po przeprowadzce sto­li­cy z We­ne­cji do Prus urząd ten do­padł jed­nak pe­wien kry­zys wi­ze­run­ko­wy i kom­pe­ten­cyj­ny. Lo­kal­ni kom­tu­ro­wie bru­tal­nie oda­rli go z re­al­nej wła­dzy, przej­mu­jąc za­rzą­dza­nie ma­ga­zy­na­mi na wła­snym po­dwór­ku. Wiel­kie­mu Szat­ne­mu po­zo­stał więc pre­stiż, dźwięcz­ny ty­tuł i – co naj­wa­żniej­sze – sta­łe krze­sło w ra­dzie sa­me­go wiel­kie­go mi­strza. W pru­skiej rze­czy­wi­sto­ści ta no­bi­li­tu­ją­ca, choć nie­co po­zba­wio­na za­ję­cia fun­kcja, szła za­zwy­czaj w pa­rze z fo­te­lem kom­tu­ra Dzierz­go­nia lub Gnie­wu. Ot, ta­ki czter­na­sto­wie­czny od­po­wie­dnik lu­ksu­so­wej sy­ne­ku­ry.

TAKĄ HIERARCHIĘ BRACIA ZAKONNI UTRZYMYWALI, ŻE JEDEN WIELKI MISTRZ W MALBORKU ZASIADAŁ, A POD JEGO RĘKĄ DZIESIĄTKI KOMTURÓW, BALIWÓW I DOSTOJNIKÓW ZARZĄDZAŁY ZIEMIAMI BLISKIMI I DALEKIMI

Najwyższy punkt lo­kal­nej le­gen­dy o po­tę­dze do­biegł koń­ca la­tem 1409 ro­ku wraz z wy­bu­chem woj­ny, któ­ra rok póź­niej, na po­lach Grun­wal­du, ko­szto­wa­ła ży­cie kom­tu­ra i za­ra­zem Wiel­kie­go Szat­ne­go, Al­bre­chta von Schwarz­burg. Los za­drwił z nie­go w spo­sób szcze­gól­ny, ja­ko że Schwarz­burg na­le­żał do nie­li­czne­go gro­na krzy­ża­ckich pro­mi­ne­ntów otwar­cie opo­nu­ją­cych prze­ciw­ko kon­fron­ta­cyj­nej po­li­ty­ce von Jun­gin­ge­na. Po­ko­ju, o któ­ry za­bie­gał, nie zdo­łał oca­lić, a sam stał się jed­ną z pier­wszych ofiar kon­fli­ktu.

NA POLACH GRUNWALDZKICH ROKU PAŃSKIEGO 1410 POLEGŁ ALBRECHT VON SCHWARZBURG, WIELKI SZATNY I KOMTUR DZIERZGOŃSKI, KTÓRY PRZECIW WOJNIE PRZESTRZEGAŁ, LECZ LOSU SWEGO ODMIENIĆ NIE ZDOŁAŁ

Gdy w dniu 22 lipca nad­cią­gnę­ły woj­ska Wła­dy­sła­wa Ja­gieł­ły, po­zba­wio­ny do­wódz­twa Dzierz­goń pod­dał się bez cie­nia opo­ru. Jan Dłu­gosz z wła­ści­wym so­bie zmy­słem kro­ni­kar­skim z sa­ty­sfa­kcją od­no­to­wał, iż za­kon­na za­ło­ga, na wieść o na­dej­ściu kró­la, prze­ję­ta nad­mier­nym stra­chem, ucie­kła, przez co pol­ski mo­nar­cha wkro­czy­wszy do nie­go bez prze­szkód, za­stał za­mek w sta­nie zdu­mie­wa­ją­cej go­to­wo­ści. Król ujrzał bo­wiem kuch­nię z roz­pa­lo­nym ogni­skiem, sto­ły na­kry­te obru­sa­mi, a piw­ni­ce i scho­wki peł­ne wi­na, owsa, mio­du, ryb, mię­sa oraz wszel­kie­go ro­dza­ju zbo­ża.

RESZTKI ZAMKOWEGO BRUKU, KTÓRE Z POWODZENIEM ŁĄCZĄ TWARDĄ ARCHEOLOGIĘ Z MIĘKKĄ POKUSĄ DOPISANIA KRÓLEWSKIEGO EPIZODU

Dyplomatyczne rokowania z opu­szczo­ny­mi ścia­na­mi re­zy­den­cji Wiel­kie­go Sza­tne­go przy­nio­sły pol­skie­mu ry­cer­stwu rów­nież in­ne, zgo­ła nie­ocze­ki­wa­ne ko­rzy­ści. Król zna­lazł tam bo­wiem izbę z odzie­żą peł­ną pur­pu­ry i cen­nych tka­nin oraz ubio­rów sto­so­wnych dla ry­ce­rzy, po czym ro­zdał z nie­go wie­le pur­pu­ry i szat ry­ce­rzom. Re­szta ar­mii z rów­nym za­pa­łem za­be­zpie­czy­ła krzy­ża­ckie spi­żar­nie, ja­ko że za po­zwo­le­niem wład­cy ca­łe woj­sko kró­le­wskie wzię­ło obfi­cie i do sy­ta ze zna­le­zio­nych w zam­ku za­pa­sów żyw­no­ści i na­peł­ni­ło wo­zy mio­dem, wi­nem, mię­sem, ry­ba­mi, zbo­żem i po­zo­sta­łą żyw­no­ścią. Po tym na­der uda­nym i po­krze­pia­ją­cym po­sto­ju, w trak­cie któ­re­go król zdą­żył jesz­cze przy­jąć hołd wier­no­ści od de­le­ga­cji miast pru­skich, za­mek po­wie­rzo­no opie­ce Zbi­gnie­wa z Brze­zia, a woj­ska ko­ron­ne już 24 li­pca ru­szy­ły w dal­szą dro­gę ku sto­li­cy za­ko­nu.

WIDZIEĆ TU MOŻNA HERB ZADORA, Z KTÓREGO WYSZEDŁ ZBIGNIEW Z BRZEZIA, PAN ROZTROPNY I DOŚWIADCZONY, CO W CZASIE WIELKIEJ WOJNY STRZEGŁ INTERESU KRÓLEWSKIEGO W DZIERZGONIU

Gdy pod koniec czer­wca 1410 ro­ku do Prus do­ta­rły nie­po­ko­ją­ce wie­ści o kon­cen­tra­cji wojsk pol­sko-li­tew­skich, wiel­ki mistrz za­rzą­dził po­wsze­chną mo­bi­li­za­cję, co spo­tka­ło się z głę­bo­kim nie­za­do­wo­le­niem Al­bre­chta von Schwarz­burg. Ów­cze­sny kom­tur Dzierz­go­nia i za­ra­zem Wiel­ki Sza­tny od po­czą­tku uwa­żał tę woj­nę za fa­tal­ny po­mysł, więc ko­nie­czność ru­sza­nia w po­le przy­jął z tru­dem skry­wa­ną wście­kło­ścią. We­dług re­la­cji kro­ni­ka­rza Szy­mo­na Gru­na­ua, kom­tur opu­szczał za­mek w tak złym na­stro­ju, że osten­ta­cyj­nie z ni­kim się nie po­że­gnał, nie za­przą­ta­jąc so­bie gło­wy ta­ką bła­ho­stką jak for­mal­ne prze­ka­za­nie wła­dzy. Gdy zde­zo­rien­to­wa­ny ksiądz wy­biegł za nim, pro­sząc o ja­kie­kol­wiek wy­ty­czne ko­mu na­le­ży te­raz za­mek po­wie­rzyć, von Schwarz­burg miał rzu­cić na od­cho­dnym le­gen­dar­ne już: Choć­by i złym du­chom.

Słowa te okazały się nie­for­tun­nie pro­ro­cze. Kom­tur nie uj­rzał już wię­cej Dzierz­go­nia , bo - jak wie­my - zgi­nął na po­lach grun­wal­dzkich. Od te­go cza­su na zam­ku za­czę­ły dziać się dziw­ne rze­czy. Na je­sień 1410 ro­ku po­wró­cił z woj­ny zdzie­siąt­ko­wa­ny kon­went i - jak za­pew­nia Szy­mon Gru­nau - dłu­go miejsca tu nie zagrzał: Kie­dy knech­ty posz­li raz do sta­jen do­glą­dać ko­ni, zna­leź­li tam piw­ni­cę, u­pi­li się wi­nem i wyjść z niej nie mo­gli. A do sto­łu, gdy bra­cia sia­da­li, za­miast po­traw sa­mą krew mie­li. Gdy na po­moc za­wo­ła­ny zos­tał kom­tur z From­bor­ka, zas­ta­li go pew­ne­go ra­zu wi­szą­ce­go za bro­dę u stud­ni zam­ko­wej i led­wie mu ży­cie u­ra­to­wa­li. In­nym ra­zem znieś­li go z gór­ne­go da­chu zam­ku i nikt nie wie­dział, jak się tam dos­tał. Od­tąd za­mek na­zy­wa­no za­klę­tym.

TUTAJ MIAŁA ZACZĄĆ SIĘ ZWYKŁA MOBILIZACJA WOJENNA. SKOŃCZYŁO SIĘ LEGENDĄ O KRWI NA STOŁACH I KRZYŻAKACH UCIEKAJĄCYCH PRZED WŁASNYM ZAMKIEM.

Choć w 1411 roku za­mek po­no­wnie do­stał się pod wła­dzę za­ko­nu, to krzy­ża­cki triumf oka­zał się wy­jąt­ko­wo kró­tko­trwa­ły. Le­dwie trzy la­ta póź­niej, pod­czas tak zwa­nej woj­ny gło­do­wej Wojna głodowa z 1414 roku była kolejnym starciem Polski i Litwy z zakonem krzyżackim, rozegranym z wyjątkowo małym zainteresowaniem wielkimi bitwami i wyjątkowo dużym zainteresowaniem pustymi spichlerzami. Wojska Jagiełły zamiast szturmować kolejne zamki metodycznie pustoszyły kraj, paląc wsie, niszcząc zbiory i zabierając zapasy. Nazwa konfliktu wzięła się stąd, że po odejściu armii większym problemem niż wrogowie okazał się brak jedzenia., wa­ro­wnię po­no­wnie zdo­by­li Po­la­cy, a król Wła­dy­sław Ja­gieł­ło – nie ba­wiąc się w sub­tel­no­ści – ka­zał ją po pro­stu spa­lić. Ska­la zni­szczeń zde­pry­mo­wa­ła na­wet sa­mych Krzy­ża­ków, któ­rzy w 1437 ro­ku ska­pi­tu­lo­wa­li przed ko­szta­mi re­mo­ntu i prze­nie­śli sie­dzi­bę kom­tu­rii do Przez­mar­ku. Tym sa­mym do­bie­gła koń­ca zło­ta era dzierz­goń­skie­go ośrod­ka, przez któ­ry prze­wi­nę­ło się 42 kom­tu­rów, w tym sam Kon­rad von Wal­len­rod – po­stać, któ­rej Adam Mi­ckie­wicz po­da­ro­wał póź­niej li­te­ra­cką nie­śmier­tel­ność.

DAWNA DUMA KOMTURII PRZEZMARKSKIEJ. DZISIAJ NAJŁATWIEJ ODCZYTAĆ TU JEDNĄ LEKCJĘ: AWANSE W HISTORII RZADKO BYWAJĄ DOŻYWOTNIE.

Mury co prawda z cza­sem czę­ścio­wo od­bu­do­wa­no, ale pech nie opu­szczał te­go miej­sca. W 1454 ro­ku gmach spło­nął po raz ko­lej­ny, prze­cho­dząc przez rę­ce dwóch stron, któ­re róż­ni­ło wszy­stko po­za mi­ło­ścią do po­ża­rów. Naj­pierw pod­pa­li­li go zbun­to­wa­ni mie­szcza­nie, a dzie­ła zni­szcze­nia do­peł­ni­li sa­mi Krzy­ża­cy, któ­rzy uzna­li, że sko­ro za­mek nie bę­dzie na­le­żał do nich, to nie do­sta­nie go nikt in­ny.

I OTO ZNÓW DZIERZGOŃSKI ZAMEK W CAŁEJ OKAZAŁOŚCI, SFOTOGRAFOWANY Z INNEJ STRONY — CHOĆ UCZCIWIE MÓWIĄC, PRZY OBECNYM STANIE ZACHOWANIA LICZBA DOSTĘPNYCH UJĘĆ JEST MOCNO OGRANICZONA

Kiedy po dru­gim po­ko­ju to­ruń­skim Drugi pokój toruński z 1466 roku zakończył wojnę trzynastoletnią i ostatecznie sprowadził zakon krzyżacki z pozycji regionalnego mocarstwa do roli bardzo niechętnego lennika polskiego króla. Polska odzyskała Pomorze Gdańskie, ziemię chełmińską i kilka innych strategicznych obszarów, natomiast Krzyżakom pozostawiono wschodnią część ich państwa, najwyraźniej uznając, że całkowite upokorzenie warto jednak dawkować z umiarem. Od tej pory każdy nowy wielki mistrz musiał składać hołd królowi Polski, co dla zakonu, który przez stulecia przywykł raczej wydawać polecenia niż je odbierać, było lekcją pokory wyjątkowo trudną do przełknięcia. Dzierz­goń – zna­ny wów­czas ja­ko Ki­szpork – osta­te­cznie zna­lazł się w gra­ni­cach kró­le­stwa pol­skie­go, z daw­nej po­tę­gi po­zo­sta­ły głów­nie zgli­szcza. W oca­la­łych kom­na­tach ulo­ko­wa­no co pra­wda sta­ro­stwo i sąd grodz­ki, jed­nak sa­mi sta­ro­sto­wie nie uzna­li te­go miej­sca za szczyt ma­rzeń lo­ka­tor­skich i re­zy­do­wa­li po­za mia­stem, w ma­jąt­ku No­wy Dwór. Ru­iny bu­dzi­ły się tyl­ko na dźwięk są­do­wych spo­rów, wśród któ­rych – ja­ko swo­iste zwień­cze­nie bu­rzli­wej i peł­nej ognia hi­sto­rii zam­ku – naj­wię­kszy „en­ter­tain­ment va­lue” mia­ły pro­ce­sy o cza­ry (bo prze­cież nic tak nie oży­wia ru­in jak pu­bli­czne gril­lo­wa­nie są­sia­dki).

RUINY ZAMKU NA RYCINIE MOELLERA, 1600–1605 — MURY WCIĄŻ UTRZYMUJĄ POZORY POWAGI, PODCZAS GDY RESZTA ZAŁOŻENIA CORAZ ŚMIELEJ EKSPERYMENTUJE Z KONCEPCJĄ NIEBYTU

Pomimo funkcji urzę­do­wych, w za­mek nie in­we­sto­wa­no prak­ty­cznie wca­le, przez co daw­na du­ma za­ko­nu prze­gry­wa­ła wal­kę z cza­sem i za­nie­dba­niem. Ów­cze­sny stan tej rze­ko­mej ostoi spra­wie­dli­wo­ści bez­li­to­śnie obna­ża za­pis lu­stra­cji z 1624 ro­ku: Był na gó­rze nad Ki­szpor­kiem za­mek [...], przez Krzy­ża­ków mu­ro­wa­ny, ten daw­no zruj­no­wa­ny, tyl­ko mu­ry [...] ko­ścio­ła sto­ją i to nie ca­łe. Stud­nia jest przy tym zam­czy­sku z ka­mie­nia mu­ro­wa­na, ce­głą i ka­mie­niem za­wa­lo­na. Do­pie­ro w dru­giej po­ło­wie XVII wie­ku pol­scy urzę­dni­cy wy­ka­za­li na­głe za­in­te­re­so­wa­nie lo­sem tej ru­iny, choć mo­ty­wa­cja by­ła wskroś prag­ma­ty­czna – ba­no się po pro­stu, że w nie­szczel­nych mu­rach bez­po­wro­tnie zgni­ją bez­cen­ne akta są­do­we. Na fa­li tej urzęd­ni­czej tro­ski o biu­ro­kra­cję zro­dzi­ła się na­wet kon­ce­pcja ca­ło­ścio­wej od­bu­do­wy zam­ku, jed­nak wo­je­wo­da mal­bor­ski Jan Bą­ko­wski szyb­ko zwe­ry­fi­ko­wał am­bi­tne pla­ny z rze­czy­wi­sto­ścią bud­że­to­wą i uznał przed­się­wzię­cie za nie­opła­cal­ne.

RYCINA Z 1684 ROKU SUGERUJE MALOWNICZĄ PRZESZŁOŚĆ, CHOĆ JUŻ WCZEŚNIEJ ZAUWAŻONO, ŻE „TYLKO MURY [...] STOJĄ I TO NIE CAŁE”, A RESZTA SKUTECZNIE PRZENIOSŁA SIĘ DO KRONIK

Zamiast więc marzyć o daw­nym bla­sku, zde­cy­do­wa­no się na re­mont tych bu­dyn­ków, któ­re jesz­cze nie pro­si­ły o akt zgo­nu: wy­re­mon­to­wa­no je­dy­nie ka­pli­cę oraz kil­ka po­mie­szczeń na po­trze­by są­du, na­to­miast ca­łą re­sztę hi­sto­ry­cznej za­bu­do­wy po pro­stu ro­ze­bra­no. Sto lat póź­niej daw­na sie­dzi­ba kom­tu­ra słu­ży­ła już lo­kal­nej spo­łe­czno­ści wy­łą­cznie ja­ko ta­nie źró­dło ce­gły i bu­dul­ca, choć na prze­ło­mie 18. i 19. wie­ku nad ho­ry­zon­tem wzno­si­ła się jesz­cze osta­tnia, oca­la­ła wie­ża. Osta­te­czny kres po­zo­sta­ło­ściom po daw­nym Christ­bur­gu po­ło­żo­no pod ko­niec 19. stu­le­cia, kie­dy to usu­nię­to osta­tnie frag­men­ty mu­rów, a ca­łe wzgó­rze bez­li­to­śnie splan­to­wa­no. W miej­scu, gdzie nie­gdyś de­cy­do­wa­ły się lo­sy pod­bo­ju Prus, urzą­dzo­no park miej­ski z pa­wi­lo­na­mi i estra­dą, za­mie­nia­jąc daw­ny te­atr woj­ny w prze­strzeń nie­dziel­nej roz­ry­wki.

KILKA STULECI KRZYŻACKIEJ POTĘGI, POLSKICH STAROSTÓW, POŻARÓW, WOJEN I ZANIEDBAŃ OSTATECZNIE SPROWADZONO TU DO ROLI PRZYJEMNEGO PAGÓRKA Z WIDOKIEM NA MIASTO

OPIS ZAMKU


Zamek usytuowano na szczy­cie na­tu­ral­nie obron­ne­go wznie­sie­nia, któ­re przez co naj­mniej dwa stu­le­cia da­wa­ło Pru­som ty­le bez­pie­cze­ństwa, ile da się wy­ci­snąć z drew­na i de­ter­mi­na­cji. Krzy­ża­ccy bu­do­wni­czy po­sta­no­wi­li jed­nak ule­pszyć na­tu­rę i po­dzie­li­li wzgó­rze prze­ko­pem – tym sa­mym, na któ­re­go dnie prze­bie­ga dziś uli­ca El­blą­ska. W efe­kcie te­go za­bie­gu za­mek wy­so­ki za­wła­szczył po­łu­dnio­wy kra­niec wzgó­rza, z trzech stron chro­nio­ny przez ostre stro­mi­zny oraz wo­dy rze­ki Dzierz­goń, któ­ra z peł­nym za­an­ga­żo­wa­niem od­gry­wa­ła ro­lę na­tu­ral­nej fo­sy.

ZANIM PRZEKOP STAŁ SIĘ ULICĄ ELBLĄSKĄ, DZIELIŁ WZGÓRZE NA DWA ŚWIATY. A OZNACZA CZĘŚĆ ZAMKOWĄ, B CZĘŚĆ Z CMENTARZEM, A C JEGO PRZEBIEG

Sama architektura wy­my­ka­ła się za­kon­nym sza­blo­nom. Za­miast ide­al­nej sy­me­trii po­sta­wio­no na plan nie­re­gu­lar­ny, praw­do­po­do­bnie dwu­skrzy­dło­wy. Ca­łość wznie­sio­no z ce­gły, opie­ra­jąc ją na so­lid­nej pod­mu­rów­ce z ka­mie­ni oto­cza­ków. Aby jed­nak bu­do­wla nie spra­wia­ła wra­że­nia zbyt su­ro­wej, w ele­men­tach no­śnych wy­ko­rzy­sta­no gra­ni­to­we blo­ki, a de­ta­le de­ko­ra­cyj­ne opra­wio­no w sztu­czny ka­mień o pro­stym wy­koń­cze­niu.

REKONSTRUKCJA POWSTAŁA TAM, GDZIE ŹRÓDŁA KOŃCZĄ SIĘ PÓŁ ZDANIA ZA WCZEŚNIE. RESZTĘ MUSIAŁA DOPISAĆ WYOBRAŹNIA, CHOĆ ROBIŁA WSZYSTKO, BY NIE ZAMIENIĆ TEJ WIZJI W ARCHITEKTONICZNĄ BAŚŃ.

Skrzydła mieszkalne mi­nę­ły się pod ką­tem nie­mal pro­stym, przy czym jed­no wy­ra­źnie zdo­mi­no­wa­ło dru­gie. Bu­dy­nek wscho­dni py­sznił się im­po­nu­ją­cą dłu­go­ścią oko­ło 40 me­trów, pod­czas gdy gmach pół­no­cny oka­zał się o po­ło­wę skrom­niej­szy. Ży­cie za­kon­ne to­czy­ło się na dzie­dziń­cu, do któ­re­go do­sta­wio­no mu­ro­wa­ne kruż­gan­ki. W po­łu­dnio­wym na­ro­żni­ku ulo­ko­wa­no stud­nię, a tuż obok niej – ma­ły, nie­co za­ga­dko­wy bu­dy­nek na pla­nie pię­cio­bo­ku, po­łą­czo­ny ar­ka­do­wym przej­ściem z wie­żą. Nad tym ca­łym asy­me­try­cznym ukła­dem czu­wa­ła czwo­ro­bo­czna wie­ża głów­na. Usy­tu­owa­na przy pół­no­cnym skrzy­dle, nie tyl­ko do­mi­no­wa­ła nad oko­li­cą, ale też trzy­ma­ła na oku każ­dy wóz zbli­ża­ją­cy się do bra­my.

PLAN ODKRYTYCH RELIKTÓW ZAMKU. WARTO JEDNAK PAMIĘTAĆ, ŻE TO WERSJA NIECO PODKRĘCONA I UPORZĄDKOWANA DLA CZYTELNOŚCI, A NIE DOSŁOWNY ZAPIS TEGO, CO ARCHEOLODZY ZASTALI W TERENIE. OZNACZONO NAJWAŻNIEJSZE ODKRYTE ELEMENTY: 1. SKRZYDŁO WSCHODNIE, 2. SKRZYDŁO PÓŁNOCNE, 3. DZIEDZINIEC, 4. FILARY KRUŻGANKÓW, 5. WIEŻA GŁÓWNA, 6. PRZEJAZD BRAMNY.

Przedzamcze ulokowano w pół­no­cnej czę­ści wzgó­rza, tam, gdzie na­tu­ra wy­ka­za­ła się pew­ną sła­bo­ścią i ukształ­to­wa­ła nie­co ła­go­dniej­sze zbo­cze. Ów tak­ty­czny man­ka­ment ar­chi­te­kci prze­ku­li w za­le­tę, otwie­ra­jąc tam dwa wja­zdy, w tym je­den po­zwa­la­ją­cy na bez­po­śre­dnią, wy­go­dną ko­mu­ni­ka­cję z mia­stem. Ta część kom­ple­ksu zo­sta­ła cał­ko­wi­cie odar­ta z ry­cer­skie­go ro­man­ty­zmu na rzecz twar­dej, co­dzien­nej pro­zy ży­cia. To tu­taj tę­tni­ło ser­ce zam­ko­wej lo­gi­sty­ki, spro­wa­dzo­ne do sym­fo­nii za­pa­chów i dźwię­ków ze staj­ni, spich­rzy, bro­wa­ru oraz izb zaj­mo­wa­nych przez lu­dzi, któ­rzy od świ­tu do no­cy tar­ga­li sia­no, ło­pa­ta­mi prze­rzu­ca­li gnój i ga­si­li po­ża­ry w ku­źni.

CÓŻ, TO JEDEN Z TYCH ZAMKÓW, PRZY KTÓRYCH TRZEBA URUCHOMIĆ WYOBRAŹNIĘ, BO SAME KAMIENIE WYKONUJĄ JUŻ TYLKO SYMBOLICZNĄ CZĘŚĆ PRACY

Całość ujęto w potę­żny mur, któ­ry spi­nał za­mek i je­go za­ple­cze w je­den sys­tem obron­ny. Je­go im­po­nu­ją­ca, wy­no­szą­ca miej­sca­mi po­nad trzy me­try gru­bość do­bi­tnie świad­czy­ła o tym, że Krzy­ża­cy wo­le­li nie po­le­gać wy­łą­cznie na bo­skiej opa­trzno­ści. Kon­stru­kcję wznie­sio­no na so­lid­nym co­ko­le z ka­mie­nia pol­ne­go, by wy­żej płyn­nie przejść w tra­dy­cyj­ną mie­szan­kę ce­gły i ka­mie­nia, któ­rą u gó­ry – we­dle wszel­kich zna­ków na nie­bie i zie­mi – wień­czył ma­lo­wni­czy kre­ne­laż i gan­ki obron­ne.

PROSZĘ PAŃSTWA, OTO RESZTKA MURU, KTÓRY MIAŁ BRONIĆ ZAMKU PRZED WROGAMI, A DZIŚ STOI SPOKOJNIE MIĘDZY SZOPĄ A KOSZAMI, ROZWAŻAJĄC WŁASNE ŻYCIOWE WYBORY

Zupełnie inny, zde­cy­do­wa­nie bar­dziej me­lan­cho­lij­ny kli­mat pa­no­wał po prze­ciw­nej stro­nie prze­ko­pu, na wznie­sie­niu zwa­nym wzgó­rze­m świę­tej An­ny. Tam już w 13. stu­le­ciu za­kon za­ło­żył cmen­tarz i wzniósł ka­pli­cę, gwa­ran­tu­jąc bra­ciom sto­so­wną per­spe­kty­wę na do­cze­sność. Co cie­ka­we, to miej­sce wiecz­ne­go spo­czyn­ku sko­mu­ni­ko­wa­no ze świa­tem ży­wych za po­mo­cą drew­nia­nej kład­ki prze­rzu­co­nej nad wą­wo­zem.

KAPLICA ŚWIĘTEJ ANNY PRZYPOMINA, ŻE PO DRUGIEJ STRONIE PRZEKOPU KOŃCZYŁY SIĘ WSZYSTKIE ZAKONNE SPORY, KARIERY I BARDZO STARANNIE OPRACOWANE PLANY (1909)

STAN OBECNY


Współcześnie z daw­nej po­tę­gi Christ­bur­ga oca­la­ły je­dy­nie skraw­ki, któ­re dziś gu­bią się w prze­strze­ni par­ku miej­skie­go. Pod zie­mią i w alej­kach za­cho­wa­ły się fun­da­me­nty bu­do­wli, piw­ni­ce z re­sztka­mi fi­la­rów oraz bru­ko­wa­ny dzie­dzi­niec z frag­men­ta­mi daw­ne­go trak­tu. Kraj­obraz uzu­peł­nia skrom­ny de­tal: po­tłu­czo­ne rzeź­by, zwor­ni­ki, że­bra skle­pien­ne i pły­tki po­sadz­ko­we, któ­re prze­trwa­ły mi­mo upły­wu cza­su i ko­lej­nych prze­kształ­ceń te­re­nu.

TRUDNO UWIERZYĆ, ŻE TO WŁAŚNIE TYLE ZOSTAŁO Z MIEJSCA, KTÓRE PRZEZ STULECIA ROZDAWAŁO KARTY W TEJ CZĘŚCI PRUS

To efekt pracy ar­che­olo­gów. Ich ba­da­nia z po­czą­tku XXI wie­ku, pro­wa­dzo­ne przy oka­zji re­wi­ta­li­za­cji par­ku, wy­cią­gnę­ły te re­li­kty na świa­tło dzien­ne. W efe­kcie dzi­siej­sze wzgó­rze to dość oso­bli­wy kom­pro­mis, gdzie pod war­stwą par­ko­wej zie­le­ni wciąż moż­na po­tknąć się o au­ten­ty­czny, krzy­ża­cki go­tyk.

Krzyżacy na bra­mie już nie sto­ją i o pa­szport nie py­ta­ją – dziś wzgó­rze to po pro­stu park miej­ski, więc wjazd na daw­ne sa­lo­ny za­ko­nu jest cał­ko­wi­cie dar­mo­wy. Moż­na tam wpaść w każ­dej chwi­li, bez bi­le­tów i bez pu­ka­nia, ot tak, by za­nu­rzyć się na mo­ment w atmo­sfe­rę ru­in.

HISTORIA ODEBRAŁA ZAMKOWI MURY, WIEŻE I POLITYCZNE ZNACZENIE, ALE ZOSTAWIŁA MU CAŁKIEM PRZYZWOITY ADRES

DOJAZD


Aby trafić na zam­ko­we wzgó­rze, wy­star­czy po pro­stu spoj­rzeć w gó­rę. Re­li­kty wa­ro­wni znaj­du­ją się na wznie­sie­niu do­mi­nu­ją­cym nad mia­stem, nie­co na pół­no­cny za­chód od cen­trum. Do­sko­na­łym pun­ktem orien­ta­cyj­nym są wy­so­kie an­te­ny za­mon­to­wa­ne na sto­ją­cej tuż obok XIX-wiecz­nej wie­ży.

Samochód naj­wy­go­dniej zo­sta­wić na placu Wol­no­ści. Stam­tąd cze­ka Was za­le­dwie 10-mi­nu­to­wy spa­cer pod gó­rę, co po­zwo­li roz­pro­sto­wać no­gi i od­po­wie­dnio na­stroić się na hi­sto­ry­czne spo­tka­nie – choć, obie­kty­wnie rzecz bio­rąc, na dłuż­szą dy­sku­sję z tym, co z tej hi­sto­rii zo­sta­ło, ra­czej nie ma co li­czyć.

WARTO ZOBACZYĆ


Sąsiednie wzgórze to adres go­ty­ckiej ka­pli­cy cmen­tar­nej św. An­ny z XIV wie­ku, któ­ra w cza­sach świe­tno­ści sta­no­wi­ła in­te­gral­ną część ca­łe­go kom­ple­ksu zam­ko­we­go. Dziś to ide­al­ne miej­sce na chwi­lę me­lan­cho­lii, zwła­szcza że – w prze­ci­wień­stwie do re­szty zam­ku – tu­taj prze­trwa­ło coś wię­cej niż tyl­ko za­rys fun­da­men­tów i buj­na wy­obra­źnia od­wie­dza­ją­cych.


U stóp zamkowego wzgó­rza stoi XIII-wiecz­ny ko­ściół pw. Trój­cy Prze­naj­świę­tszej, któ­ry sta­no­wi mi­łą od­mia­nę od zam­ko­wych ru­in – ma bo­wiem dach i ścia­ny. W środ­ku rzą­dzi już ba­rok, choć fa­ni go­ty­ku też znaj­dą coś dla sie­bie, je­śli tyl­ko po­tra­fią pa­trzeć pod no­gi. War­to tu­taj rzu­cić okiem na ba­ro­ko­wy por­tal z łu­ko­wy­mi blen­da­mi, am­bo­nę z pier­wszej po­ło­wy XVIII wie­ku oraz pły­tę na­grob­ko­wą z 1347 ro­ku, któ­ra cier­pli­wie zno­si upływ cza­su i spoj­rze­nia ko­lej­nych po­ko­leń.


Dalej mamy XVII-wieczny, ba­ro­ko­wy ze­spół po­re­for­ma­cki (ul. Krzy­wa). W tu­tej­szym ko­ście­le św. Du­cha wy­star­czy unieść gło­wę, by zo­ba­czyć pe­łen de­ta­li, ma­lo­wa­ny strop becz­ko­wy. Kie­dy kla­sztor prze­stał peł­nić swo­ją fun­kcję, bu­dy­nek zy­skał no­we, kul­tu­ral­ne ży­cie, więc w daw­nych ce­lach za­miast asce­ty­cznych mo­dłów prę­dzej usły­szy­cie dziś na­ukę gry na ba­sie al­bo lo­kal­ny wer­ni­saż.

ZAMKI W POBLIŻU


LITERATURA


  1. D. Gazda: Wie­lo­kul­tu­ro­wy obiekt wa­ro­wny na gó­rze zam­ko­wej i gród cy­plo­wy w Sta­rym Dzierz­go­niu, Trze­cia Stro­na 2018
  2. M. Haftka: Zam­ki krzy­ża­ckie: Dzierz­goń-Prze­zmark-Sztum, Mar­press 2009
  3. M. Jackiewicz, M. Garniec: Zam­ki pań­stwa krzy­ża­ckie­go w daw­nych Pru­sach, Stu­dio Ar­ta 2006
  4. L. Kajzer, J. Salm, S. Kołodziejski: Lek­sy­kon zam­ków w Pol­sce, Ar­ka­dy 2001
  5. P. Puziński: Lek­sy­kon grun­wal­dzkich ta­jem­nic, ma­ga­zyn Fo­cus 7/2006
  6. R. Sypek: Zamki i obiekty wa­ro­wne pań­stwa krzy­ża­ckie­go, Agen­cja Wy­da­wni­cza CB 2000



Chcesz odsłuchać? Kliknij [⋮] na pasku przeglądarki → Odsłuchaj tę stronę.