
DZIEJE ZAMKU
Karol IV Luksemburski (zm. 1378), król czeski i cesarz rzymski Cesarz Świętego Cesarstwa Rzymskiego był najwyższym władcą ogromnej i zróżnicowanej Rzeszy, która działała raczej jak luźna federacja księstw, biskupstw i wolnych miast niż jednolite państwo. Jego prestiż wyrastał z idei odtworzenia dawnego Imperium Rzymskiego, ale w praktyce musiał umiejętnie godzić interesy wpływowych lokalnych władców. Tron nie przechodził z ojca na syna — o wyborze cesarza decydowali potężni elektorzy. Papież koronował wybrańca, nadając jego władzy religijny splendor i podkreślając sakralny charakter urzędu. , należał do tych władców, którzy potrafili przekuć ambicję w kamień – właśnie z tej potrzeby trwałego śladu w historii zrodziły się jego wielkie przedsięwzięcia: praski Uniwersytet Karola, Nowe Miasto i wreszcie zamek Karlštejn, wzniesiony po 1348 roku. Ta monumentalna warownia, jedna z najpiękniejszych w Czechach, miała chronić cesarskie insygnia i relikwie, a przy tym świadczyć o potędze monarchy, który budując schronienie dla świętych przedmiotów, mimochodem zbudował też sanktuarium własnej chwały.

Początkowo Karlštejn miał być jedynie prywatną rezydencją mieszkalno-obronną Karola IV, czymś w rodzaju cesarskiej daczy z widokiem na dolinę Berounki. Jednak po koronacji na cesarza rzymskiego w 1355 roku znaczenie zamku szybko urosło – i to nie tylko w oczach budowniczych. Karlštejn stał się nie tyle miejscem odpoczynku, co manifestem władzy: siedzibą, w której pobożność spotkała się z polityką, a relikwie z cesarskim skarbcem. Znany z zamiłowania do porządku i symboli Karol zapełnił Karlštejn tyloma świętościami, że trudno było stwierdzić, czy bardziej pilnował tutaj wiary, czy majątku.

Już w 1355 roku budowa królewskiego pałacu była na tyle zaawansowana, że sam cesarz mógł wreszcie zamieszkać w swoim nowym gnieździe. Zamiast murów wznoszono więc prestiż – trwały głównie prace nad bogatym wystrojem wnętrz, w których każdy fresk miał przypominać, że Karol ma gust równie kosztowny jak jego korona. Dwa lata później, 27 marca 1357 roku, przy kościele Panny Marii w Wieży Mariackiej powołano kapitułę kolegialną – grupę duchownych, którzy mieli czuwać nad świętością miejsca, póki burgrabia i jego ludzie czuwali nad tym, by nikt tej świętości nie wyniósł.

Za symboliczne zakończenie budowy Karlštejnu uznaje się rok 1365, kiedy uroczyście konsekrowano kaplicę św. Krzyża – klejnot całego zamku i dowód na to, że nawet kamień potrafi być pobożny, jeśli odpowiednio go pozłocić. Choć według badań dendrochronologicznych prace na zamku trwały jeszcze do końca lat sześćdziesiątych, Karol IV nie czekał na ostatni gwóźdź – szybko zadbał o bezpieczeństwo swego dzieła. Wokół warowni osadził wiernych poddanych, a w murach umieścił garnizon żołnierzy i rycerzy (wasali), którzy mieli pilnować, by święte relikwie i cesarskie klejnoty nie zmieniły właściciela w najmniej odpowiednim momencie.


W tamtym czasie Karol IV często przebywał na Karlštejnie i sam doglądał prac przy wystroju komnat, chcąc, by rezydencja w pełni odpowiadała jego cesarskiej pozycji. W 1371 roku zachorował tam ciężko, a jego żona,
Elżbieta Pomorzanka
(zm. 1393), wyruszyła pieszo z zamku do Pragi, by modlić się o jego zdrowie przy grobie św. Zygmunta. Kronikarze zgodnie twierdzili, że pomogło – Karol wyzdrowiał, odjechał i odtąd pojawiał się tu już tylko od święta. Ostatni raz zawitał w listopadzie 1376 roku wraz z synem,
Wacławem IV
(zm. 1419) i można powiedzieć, że był to moment, w którym historia oddała zamek w mniej pewne ręce.

Wacław IV spędził na Karlštejnie kilkanaście lat ze swoją pierwszą żoną,
Joanną Bawarską
(zm. 1386), i był zarazem ostatnim monarchą, który naprawdę uczynił zamek miejscem zamieszkania, a nie dekoracją władzy. Ich pożycie zakończyło się historią, która bardziej przypominała dworską anegdotę niż królewski dramat. Edmund z Brabancji zapisał bowiem, że pewnej nocy królowa, sięgając po nocnik, została pogryziona przez psa myśliwskiego, którego Wacław trzymał w sypialni. Zmarła z powodu ran, a król – choć z natury nie należał do przesadnie pobożnych – najwyraźniej uznał to za znak, by poszukać sobie spokojniejszego miejsca do życia. Od tej pory pojawiał się tutaj rzadko, a gdy w 1412 roku wyprawił na Karlštejnie ucztę dla
Ernesta Żelaznego
, arcyksięcia Styrii i Karyntii, i jego nowo poślubionej żony Cymbarki mazowieckiej, zadbał już, by w sypialni spały wyłącznie psy o nienagannych manierach.

Na początku husyckich zawieruch, gdy Czechy po raz kolejny przekonywały się, że wiara dzieli skuteczniej niż granice, na zamek przewieziono czeskie insygnia królewskie oraz skarby z pobliskich klasztorów. W kaplicy św. Krzyża przez pewien czas spoczywały więc obok siebie symbole dwóch potęg – czeskiej i cesarskiej – co wyglądało jak chwilowe zawieszenie broni między niebem a ziemią. Choć Karlštejn uchodził za twierdzę nie do zdobycia,
Zygmunt Luksemburski
(zm. 1437), drugi syn Karola IV, wolał nie sprawdzać tego w praktyce i wysłał królewskie insygnia w bezpieczną podróż przez Węgry do Norymbergi. W warowni pozostały jednak skarby wystarczająco cenne, by rozpalić wyobraźnię każdego, kto sądził, że z wojny można wrócić nie tylko żywym, ale i bogatszym.

To właśnie one sprowadziły tu w maju 1422 roku husyckie wojska Prażan dowodzone przez Zygmunta Korybutowicza, bratanka Władysława Jagiełły. Według kronikarza Wacława Hájka z Libočan zamek ostrzeliwano nie tylko kamiennymi kulami, lecz także płonącymi beczkami ze smołą oraz pojemnikami wypełnionymi odpadkami i fekaliami z praskich kloak, które miały nie tyle zniszczyć mury, co wywołać zarazę wśród obrońców. Można więc bez przesady powiedzieć, że Karlštejn przeżył oblężenie, które bardziej śmierdziało niż straszyło, i wyszedł z niego niepokonany, choć z pewnością nie pachniał zwycięstwem.

Królewski gmach wyszedł z oblężenia bez większych uszkodzeń, choć trudno powiedzieć to samo o jego wyposażeniu. Kaplica św. Krzyża ucierpiała bardziej niż mury, bo oblężona załoga utrzymywała się ze sprzedaży wszystkiego, co dało się oderwać, przetopić lub zastawić – od relikwiarzy po fragmenty złotych ozdób, dzięki czemu zamek przetrwał wojnę, ale zapłacił za to własnym splendorem.

Czeskie insygnia królewskie powróciły na Karlštejn w 1436 roku, gdy zamek ponownie stał się miejscem ich przechowywania, a przy okazji schronieniem dla najważniejszych aktów i dokumentów państwowych, znanych jako "czeskie archiwum". Rok później Zygmunt Luksemburski mianował burgrabią Menharta z Hradce, który zasłynął głównie tym, że nie znosił
Jerzego z Podiebradów
. Kiedy Jerzy w 1448 roku zdobył tron, nie zapomniał o dawnych urazach i zamknął Menharta w Poděbradach. Ten nie przeżył niewoli, a jego syn Oldřich, zamiast pojednać się z nowym królem, zabrał insygnia z Karlštejnu i ulokował je w zamku Velhartice, pokazując w ten sposób, że w sporze z monarchą wolał stanąć po stronie rodzinnych interesów niż królewskiego majestatu.

Regalia wróciły na Karlštejn dopiero po koronacji
Władysława Pogrobowca
(zm. 1457) w 1453 roku, gdzie z krótkimi przerwami spędziły następne dwa stulecia. Pod koniec XV wieku, za panowania
Władysława Jagiellończyka
(zm. 1516), zamek wciąż zachowywał swoją dawną rangę symbolu czeskiej monarchii, a urząd burgrabiego należał do najbardziej prestiżowych w państwie, co w ówczesnych realiach oznaczało zaszczyt, który potrafił ciążyć.

W 1541 roku, gdy wielki pożar strawił znaczną część Pragi wraz z księgami ziemskimi, postanowiono, że ich duplikaty zostaną przeniesione do bezpieczniejszych murów Karlštejnu. Zamek, który przez stulecia strzegł królewskich insygniów, odtąd pilnował pergaminów i pieczęci, co niewątpliwie było wymownym znakiem czasów, w których o potędze państwa coraz częściej decydowało pismo, a nie miecz.

W drugiej połowie XVI wieku, za panowania
Rudolfa II
(zm. 1612), burgrabia Jáchym Novohradský z Kolovrat postanowił tchnąć w Karlštejn ducha renesansu i zlecił jego przebudowę architektowi Ulrico Aostallisowi. Prace kontynuowano w latach 1605–1611 pod okiem
Viléma Slavaty
z Chlumu (zm. 1652), a z dawnej warowni zaczęła wyłaniać się rezydencja, która bardziej zachwycała niż odstraszała. Powstały nowe korytarze, zewnętrzna klatka schodowa przy Wieży Mariackiej i bogato zdobione tynki sgraffitowe – wszystko to sprawiło, że Karlštejn przestał wyglądać jak twierdza i zaczął przypominać pałac w zbroi.

Zamek, odświeżony i ozdobiony, zdawał się gotowy na nowe czasy, choć te szybko udowodniły, że uroda nie zawsze idzie w parze z powodzeniem. W 1609 roku umieszczono tu z wielką pompą słynny Majestätsbrief - dokument cesarza Rudolfa II gwarantujący wolność wyznania, co nie przypadło do gustu wspomnianemu już wcześniej burgrabiemu Vilémowi Slavacie – gorliwemu katolikowi, który na dźwięk słowa „tolerancja” odruchowo sięgał po różaniec. Kilka lat później Czechy pogrążyły się w chaosie wojen religijnych, a Karlštejn – niegdyś symbol cesarskiego ładu – coraz częściej stawał się świadkiem zmian, które z ładem miały niewiele wspólnego.

Na początku wojny trzydziestoletniej Czesi pozbawili urzędu burgrabiego Adama Hrzána von Harasowa, a królewskie insygnia przewieziono 22 czerwca 1619 z Karlštejnu na Praski Zamek, uznając, że dawna twierdza nie daje już gwarancji bezpieczeństwa. W roku następnym, po klęsce „zimowego króla”
Fryderyka V
w bitwie na Białej Górze, garnizon Karlštejnu – sześciuset angielskich żołnierzy – poddał się bez walki wojskom
Ferdynanda II
. Władca, który cenił porządek bardziej niż opór, zlikwidował urząd burgrabiego i podarował Karlštejn wraz z posiadłościami swojej małżonce
Eleonorze
(zm. 1655), czyniąc z niego prezent ślubny o nieco wojennym rodowodzie.

U schyłku wojny, w 1648 roku, Karlštejn zdobyli Szwedzi, a gdy w końcu się wynieśli, zamek nie doczekał się już lepszych czasów. W kolejnych latach oddano go w ręce urzędów tak skromnych, że nawet pieczęcie zdawały się przybijać z westchnieniem rezygnacji, świadome, iż nic wielkiego już tu nie zostanie zapieczętowane. Przez ten długi okres – aż do końca XVIII stulecia – Karlštejn pozostawał jednocześnie w dzierżawie szlacheckiego rodu Kavków, który jednak nie zdołał przywrócić mu dawnej świetności. Z dawnej twierdzy cesarzy zostało więc miejsce, gdzie zamiast rozkazów wydawano formularze, a echo bitew zastąpiło dostojne skrobanie piór po papierze.

Za Kavków na Praski Zamek trafiły ostatnie skarby Karola IV – te same, które niegdyś świeciły w jego komnatach, a po wywiezieniu insygniów królewskich pozostawały tu na straży dawnej chwały. Według ówczesnych zapisków kosztowności było tyle, że do ich przechowania potrzeba było dwudziestu dwóch szaf, co samo w sobie mówiło więcej o ich ilości niż o porządku w cesarskiej administracji. W nowym miejscu zasilono nimi skarbiec św. Wita, gdzie, otoczone całym ceremonialnym splendorem, powoli zniknęły w tłumie innych pamiątek – jak aktorzy, którzy po latach grania głównych ról nagle trafili do chóru.

Z czasem pojawiła się jednak myśl, że Karlštejn, choć zapomniany, wciąż godzien jest korony, a nie tylko księgowości. Pomysł ten zrealizowała
Eleonora Magdalena
(zm. 1720), wdowa po cesarzu
Leopoldzie I
(zm. 1705), przywracając zamek wianu czeskich królowych. Po niej należał on kolejno do
Elżbiety Krystyny
(zm. 1750), żony
Karola VI
(zm. 1740), a następnie do
Marii Teresy
(zm. 1780), która – z typową dla siebie mieszaniną cnoty i rachunkowości – przekazała karlštejnskie posiadłości Zakładowi Szlachcianek na Hradczanach. Instytucja ta wykorzystywała zamek głównie do celów gospodarczych, zajmując kilka sal na biura i magazyny, podczas gdy pozostałe komnaty opustoszały i stały się rozległym królestwem myszy, które pracowicie dbały o to, by w zamku nigdy nie zapanował spokój.

Tak zamek trwał w swojej cichej rezygnacji, dopóki w jego mury nie zawitał cesarz
Franciszek II
(zm. 1835). W czerwcu 1812 roku odwiedził Karlštejn wraz z córką,
Marią Luizą
(zm. 1847), i jak to często bywa po spotkaniu z rzeczywistością, która nie dorasta do wyobrażeń, uznał, że miejsce to wymaga pewnej poprawy. Polecił więc rozpocząć rekonstrukcję podupadającej budowli i, co należy mu oddać, nawet przekazał na ten cel środki. Z równą jednak gorliwością rozkazał wywieźć z zamku część dawnego wyposażenia, łącznie z boazeriami i meblami, tak że odbudowę rozpoczęto od starannego opróżnienia sal z resztek ich dawnej treści. W ten sposób plan rekonstrukcji zrealizowano do połowy – tej łatwiejszej, jak nakazuje tradycja.

Za panowania cesarza
Franciszka Józefa I
(zm. 1916) ponownie postanowiono przywrócić Karlštejnowi dawny blask – co w praktyce oznaczało decyzję, by zamek wreszcie wyglądał tak, jak powinien wyglądać w oczach mu współczesnych. Centralna Komisja ds. Zachowania Zabytków zleciła projekt
Friedrichowi Schmidtowi
(zm. 1891), profesorowi wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych, który – być może w akcie zawodowej przezorności – powierzył wykonanie dzieła swemu uczniowi,
Josefowi Mockerowi
(zm. 1899).

Mocker, wierny duchowi puryzmu, przystąpił do pracy z naukową gorliwością. Jego celem było przywrócenie „stylowej czystości” zabytku, co w tłumaczeniu na język praktyki oznaczało usunięcie wszystkiego, co nie mieściło się w wyobrażeniu o średniowieczu. Zniknęły więc renesansowe dobudówki, w dużej mierze także siedziba burgrabiów, a cała historia została uprzątnięta z zamku z taką starannością, jakby była tylko zbiorem zbędnych mebli.


Gmach zyskał wówczas swoją dzisiejszą sylwetkę: strzeliste dachy, gładkie linie, starannie skorygowane wspomnienia przeszłości. W oczach jednych był to triumf konserwatorskiej myśli, w oczach innych – dowód, że czasem łatwiej odtworzyć wieki minione niż przyznać, że się ich nie rozumie. Przebudowę zakończono w 1897 roku, jednak po śmierci Mockera prowadzono jeszcze prace wykończeniowe, głównie w kaplicy św. Krzyża, gdzie starano się dopisać ostatnie zdania do historii, którą sam architekt uznał za skończoną. W 1910 roku Karlštejn doczekał się wreszcie szczęśliwego finału – otwarto go dla zwiedzających, już nie jako twierdzę, lecz jako starannie wyreżyserowaną wersję własnej przeszłości.

OPIS ZAMKU
Zamek wzniesiono wśród zalesionych wzgórz, w odległości jednego dnia jazdy od Pragi. Usytuowano go na wzniesieniu opadającym ku południowej dolinie, od zachodu osłoniętym wąwozem z potokiem Mořinským, a od wschodu jarami Haknovca, którymi prowadził trakt do Karlštejnu. Miejsce wybrano z chłodną logiką wojennych praktyków, co najlepiej dowodzi, że średniowieczna architektura rodziła się nie z potrzeby piękna, lecz z głębokiego braku zaufania do bliźnich.

Rdzeń warowni tworzyły trzy części rozmieszczone na tarasach o różnej wysokości. Najwyżej wznosił się zamek górny z potężną Wielką Wieżą - Donżonem, w którym mieściła się królewska kaplica św. Krzyża, oraz z niższą Wieżą Mariacką i Pałacem Cesarskim. Poniżej rozciągał się zamek dolny z obszernym dziedzińcem i siedzibą burgrabiów, do której prowadziła droga zabezpieczona bramami, praktyczna w założeniu, lecz pełna architektonicznej pychy. W najniższym punkcie kompleksu stała Wieża Studzienna, skromna, lecz w chwilach oblężenia to ona decydowała, czy w zamku nie zabraknie wiary – i wody.

W najwyższym punkcie wzgórza, w północnej części założenia, wzniesiono potężną, prostokątną w planie wieżę mieszkalno-obronną pełniącą funkcję donżonu. Mierzyła ona 26 na 17 metrów u podstawy i sięgała 60 metrów wysokości, co czyniło z niej nie tylko centrum zamku, lecz także wyraźne oświadczenie w sprawie władzy. Wieża górowała nad drogą i bramą wjazdową, jak przystało na budowlę, której zadaniem było patrzeć na świat z bezpiecznego dystansu. Od północy, gdzie ziemia sama podsuwała drabinę, budowla posiadała ścianę grubości sześciu metrów, pozbawioną okien, dzięki czemu zamiast widoków oferowała gwarancję przetrwania.

Od strony południowej do wieży dostawiono ryzalit z klatką schodową łączący trzy niższe kondygnacje z dwiema wyższymi. Trudno powiedzieć, czy miało to służyć wygodzie, czy raczej zapewnić mieszkańcom kondycję, ale w każdym razie rozwiązanie było solidne. Przypuszcza się, że pierwotnie całość wieńczyła kondygnacja o konstrukcji szachulcowej, natomiast obecny murowany szczyt z chodnikiem straży i dwuspadowym dachem powstał w wyniku późnogotyckiej przebudowy, kiedy mury nadal miały chronić, ale już także dobrze wyglądać.

Przyziemie donżonu, pierwotnie przykryte płaskimi stropami, podzielono na dwie komory, z których północna wyposażona była w kominek, drobny przywilej w epoce, która rzadko rozpieszczała swoich gospodarzy. Światło wpadało do wnętrza przez niewielkie okna szczelinowe, przeprute w ścianach wschodniej i zachodniej, co zapewniało odpowiedni kompromis między widocznością a bezpieczeństwem. W późnym gotyku pomieszczenia przykryto sklepieniami krzyżowymi, które dodawały wnętrzu elegancji, a przy okazji skutecznie utrudniały życie każdemu, kto musiał je naprawiać.

Identyczny układ miało pierwsze piętro, początkowo również przykryte stropem, który po 1361 roku zastąpiono sklepieniem krzyżowo-żebrowym. Dwie komnaty na tym poziomie oświetlały już większe, prostokątne okna z kamiennymi ławami po bokach — praktyczne, jeśli ktoś chciał wyglądać na zamyślonego, nie ruszając się z miejsca. Niższe kondygnacje pełniły funkcje mieszkalne, przy czym status pomieszczeń rósł wraz z wysokością, co doskonale oddaje średniowieczną zasadę, że im wyżej sypiasz, tym poważniej traktują cię na dziedzińcu.

Drugie piętro donżonu wypełniała jedna rozległa sala, niegdyś przeznaczona do życia, a z czasem przemieniona w kaplicę Świętego Krzyża, z relikwią przywiezioną przez cesarza i pilnowana z taką troską, jakby miała strzec nieba nad jego władzą. Sklepiona krzyżowo-żebrowa przestrzeń, oświetlana od wschodu dwoma, a od zachodu jednym smukłym oknem, mieniła się blaskiem kamieni, polichromii i witraży, które czyniły z modlitwy doświadczenie niemal ceremonialne. Do ozdobienia wnętrza użyto bowiem ponad dwóch tysięcy szlifowanych kamieni i stu trzydziestu obrazów tablicowych mistrza Teodoryka, nadwornego malarza Karola IV, który, sądząc po bogactwie barw i złota, najwyraźniej traktował skromność jak herezję przeciw sztuce.

Nawę od prezbiterium oddzielała złocona krata z zawieszonymi klejnotami, otwierana jedynie w dni świąteczne, gdy pobożność nabierała szczególnie widowiskowego charakteru. Za kratą wstęp mieli wyłącznie arcybiskupi, biskupi i dziekani, co w epoce głębokiej wiary uchodziło za dowód porządku, choć w praktyce przypominało raczej selekcję przy bramie do raju.

W tak zdefiniowanej hierarchii duchowej gest nabierał niemal królewskiego znaczenia, dlatego mówiono, że Karol IV zdejmował przed kaplicą trzewiki i wchodził tam boso, czyniąc to z taką powagą, jakby sam akt był już modlitwą. Z czasem to samo miejsce stało się sceną dla kolejnych ceremonii: posłowie ziemskiego sejmu, przybywający po królewskie insygnia, czekali pokornie przed kratą, podczas gdy dziekan kapituły przekazywał im klejnoty z namaszczeniem właściwym duchownym, dla których dotyk złota nigdy nie kolidował z troską o zbawienie.

Nad kaplicą wznosiły się jeszcze dwie kondygnacje, każda mieszcząca jedną przestronną salę z drewnianym stropem. Niższa z nich była dostępna przez schody ukryte w grubości muru, ogrzewana kominkiem i wyposażona w drewniany wykusz latrynowy — detal mało reprezentacyjny, lecz niezbędny, nawet w sąsiedztwie relikwii. Obie kondygnacje nad kaplicą przeznaczono przypuszczalnie dla rycerskiej straży, której przypadł w udziale zaszczyt czuwania nad królewskimi klejnotami i zapewne walki z nudą, której nie dało się pokonać nawet mieczem.

Mur obronny zamykał donżon szczelnym pierścieniem, odcinając go od reszty zamku jak twierdzę w twierdzy. Strażnicy odbywający tam służbę poruszali się wyłącznie po jego koronie, pozbawieni dostępu do krytego chodnika, który łączył donżon z wieżą środkową. Przed deszczem i wiatrem chroniły ich jedynie narożne wieżyczki, więc wartę pełniono tam raczej z uporem niż z wygodą. Obronę samego donżonu powierzono manom – drobnemu rycerstwu w służbie możnych, które za honor musiało uważać to, co bogatsi nazywali obowiązkiem.

Jeszcze w XVI wieku źródła wspominają o sześciu z nich pełniących nocną wartę na górnej galerii Wielkiej Wieży. Ich zawołanie – „dalej od zamku, dalej, odpuść, a nie stanie się nieszczęście niespodziewane” – brzmiało bardziej jak przestroga niż rozkaz. Prawdopodobnie oprócz górnej części donżonu zajmowali też dolną kondygnację wieży środkowej, by w razie potrzeby móc szybko zbliżyć się do władcy. Trudno powiedzieć, czy czuli się przez to ważni, ale z pewnością byli najbliżej monarchy w chwilach, gdy ten najmniej potrzebował towarzystwa.

Pierwszą bramę wjazdową umieszczono na północno-wschodnim stoku wzgórza, tuż poniżej donżonu, tam, gdzie droga podjazdowa zaczynała przypominać wspinaczkę. Chroniła ją dwukondygnacyjna wieża, odcięta od przedpola głębokim przekopem, nad którym przerzucono drewniany, częściowo zwodzony most. Nad przejazdem znajdował się portal prowadzący na chodnik w koronie murów, skąd strażnicy mogli doglądać dziedzińca i świata, który miał do zamku coraz mniej dostępu.

Mur piętrzył się dalej ku niewielkiej, czworobocznej baszcie, zapewniającej im schronienie w czasie niepogody i okazję do ziewnięcia w miejscu o strategicznym znaczeniu, po czym łączył się z obwarowaniami donżonu, tworząc linię obrony tak przemyślaną, że nawet wiatr musiał tutaj prosić o pozwolenie na wejście.

Druga brama otwiera się na wydłużony dziedziniec biegnący ze wschodu na zachód, dziś już odległy od swojego średniowiecznego pierwowzoru. Pierwotnie siedziba burgrabiów mieściła się nad wejściem do kompleksu studziennego, lecz z biegiem lat budynek rozrastał się, jakby władza lokalna potrzebowała coraz więcej miejsca na swoje obowiązki. W XV i XVI wieku powstało skrzydło południowe, zachowane do dziś, a kolejne dobudowy stopniowo zamknęły ten plac niemal z każdej strony.

Nie była to rezydencja pełna splendoru, raczej solidne zaplecze administracyjne zamku — z komnatą wasali rycerskich, pomieszczeniami burgrabiego i biurami zarządu gospodarczego, w których średniowieczna buchalteria spotykała się z rycerską godnością. W późniejszych latach, między 1755 a 1884 rokiem, w tych samych murach mieściły się mieszkania i kancelarie Zakładu Szlachcianek, co dowodzi, że historia zamku zna różne oblicza służby.

Z dziedzińca schodzi się do zespołu zamkowej studni, w którego otoczeniu mieściły się przed wiekami piekarnia, pralnia i inne budynki gospodarcze – skromne zaplecze codzienności w cieniu cesarskich murów. Dawniej wodę doprowadzano tu z potoku Mořinskiego pod zamkiem poprzez specjalny, pogłębiony kanał, co wymagało więcej cierpliwości niż techniki. Sama studnia mierzy około osiemdziesiat metrów głębokości, lecz słup wody sięga ledwie dziesięciu – wystarczająco, by ugasić pragnienie, ale zbyt mało, by uciszyć ciekawość, jak w ogóle zdołano ją wykopać.

Po wschodniej stronie wielkiego dziedzińca wznosi się trzecia brama, ozdobiona kamiennym herbem Jana Bořity z Martinic, burgrabiego karlštejnskiego z XVI wieku (1554–1577). Prowadzi ona na niewielki, zaciszny placyk, z którego wchodzi się do Pałacu Cesarskiego – miejsca, do którego wchodziło się nie z ciekawości, lecz dlatego, że taki był porządek rzeczy.

Pałac ów wzniesiono jako budowlę jednotraktową, szeroką na niespełna trzynaście metrów, za to rozciągniętą z rozmachem na długość sześćdziesięciu sześciu. W jego wschodniej części wyrosła półokrągła wieża, o jedno piętro wyższa od reszty, jakby z pewnym samozadowoleniem spoglądając na swoją niższą towarzyszkę. Całość zamyka krótkie skrzydło północno-wschodnie, łączące się z korpusem głównym i domykające założenie spokojną, wyważoną linią. Pałac posiadał piwnicę, przyziemie, dwa piętra murowane i trzecie w konstrukcji szkieletowej – układ, który równie dobrze mógł wynikać z potrzeby praktyczności, co z kaprysu estety.

Od zachodu na dziedziniec prowadziła rampa schodząca do piwnic, a przyziemie otwierało się czterema monumentalnymi arkadami, pod którymi, jak głosiła tradycja, niegdyś stał powóz przeznaczony do przewożenia królewskich insygniów do Pragi. Na parterze mieściły się stajnie, piwnice, spiżarnie i szopy – to nieodzowne zaplecze codzienności, które przypominało, że nawet najokazalsze rezydencje muszą pachnieć sianem, winem i kurzem, jeśli mają uchodzić za naprawdę żywe.

Pierwsze piętro pałacu początkowo składało się z dużej sali i mniejszej komory – układu prostego, lecz godnego epoki, gdy symetria była niemal cnotą. Z czasem jednak uznano, że przestrzeń warto uporządkować, i wstawiono ścianki działowe, które podzieliły ją na trzy mniejsze komnaty. Najokazalsza z nich, zwana Białą Sienią, była sercem całej kondygnacji. Trzy okna wpuszczały do środka światło i ciepło, a kamienne ławy w niszach zachęcały do rozmów o sprawach poważnych i błahych. W jej północnej ścianie umieszczono duży kominek, który nie tylko ogrzewał, ale i dodawał wnętrzu majestatu.

Po stronie wschodniej znajdowała się mniejsza komnata z jednym oknem i ostrołukowym portalem prowadzącym do półkolistej wieży, gdzie urządzono kaplicę św. Mikołaja – duchową enklawę w świecie codziennego zgiełku. Po przeciwnej stronie Sieni mieściła się izba wyłożona drewnem, praktyczna i przytulna, oświetlona pięcioma małymi, ostrołukowymi okienkami. Całe piętro wraz z kaplicą przeznaczone było dla dworzan towarzyszących królowi – ludzi, którzy wiedzieli, że kariera wymaga więcej ukłonów niż talentu, a prosty kręgosłup łatwo łamie się o próg władzy.

Drugie piętro pałacu dawało władcy to, czego nie zapewniał mu żaden tron – chwilę samotności nieobciążonej oklaskami. Przestrzeń tutaj podzielono ściankami na cztery komnaty, z których każda miała swoje przeznaczenie i odrobinę dworskiego przepychu. Wschodnia komnata posiadała dwa południowe okna, kominek oraz wykusz latrynowy – szczegół niezbędny w życiu, lecz pomijany w kronikach. Uznaje się, że była to sypialnia, zwana też Prywatną Komnatą Karola, a pomieszczenie w wieży pełniło funkcję oratorium, poświęconego później według tradycji św. Wacławowi.

Tuż obok ulokowano izbę z oknem w wykuszu i ścianami obitymi drewnem. Strop zdobiły malowidła i rzeźbione ornamenty – wystarczająco wytworne, by przypominały, że nawet cesarz potrzebuje odpowiedniego tła dla własnego autorytetu. Przyjmuje się, że właśnie tu mieściła się Sala Audiencyjna – miejsce, w którym wchodzono z pochyloną głową, a wychodzono z ulgą, że jeszcze ją ma się na karku.

W kolejnej komnacie tej kondygnacji ściany aż do końca XVI wieku zdobiły polichromie przedstawiające mitycznych i rzeczywistych przodków Karola. Z tego powodu jej wnętrze zyskało dumne miano Sali Przodków – galerii, w której genealogia spotykała się z polityką, a brak podobieństwa do oryginału nigdy nie stanowił przeszkody. Z tej sali prowadził kryty ganek łączący Pałac Cesarski z pierwszym piętrem Wieży Mariackiej, zapewne po to, by cesarz mógł udać się do kościoła bez trudu, który tak pięknie uszlachetnia poddanych.

Ostatnie, zachodnie pomieszczenie drugiego piętra zwano Salą Biesiadną. Prowadził z niej wąski portal na ganek sąsiedniego muru obronnego oraz zewnętrzne schody do niższej kondygnacji. To tam kończyły się audiencje i zaczynały plotki – zgodnie z dawną zasadą, że polityka najlepiej smakuje przy stole.

Z sypialni prowadziły spiralne schody, które łączyły ją z trzecim piętrem, gdzie w XVI wieku mieszkała królowa wraz z orszakiem, ciesząc się widokiem i przywilejem wysokości. Piętro to miało konstrukcję szachulcową i wyróżniało się sześcioma ozdobnymi wykuszami po stronie południowej, dzięki którym pałac zyskiwał lekkość, a mieszkańcy – nieco więcej światła. Wszystkie komnaty – zarówno tutaj jak i na niższych kondygnacjach – nakrywały drewniane stropy z poprzecznymi, rzeźbionymi belkami, które milczały z godnością, jak przystało na świadków wielu dworskich uniesień i upadków.

Pomiędzy Pałacem Cesarskim a Donżonem wzniesiono trzecią dominantę zamku – czworoboczną wieżę zwaną Kościelną lub Mariacką, o wymiarach 23 na 16 metrów i murach grubości trzech metrów. Jej przyziemie było dostępne przez zwodzony mostek w zachodniej ścianie, prowadzący na mur obronny, co pozwalało połączyć pobożność z ostrożnością. Wieża liczy cztery kondygnacje, z których najwyższa, dawniej wykonana w konstrukcji szachulcowej, górowała nad zamkiem niczym znak, że nawet modlitwa wymaga odpowiedniego punktu widokowego. Z drugiego piętra wiódł drewniany, zadaszony pomost, który łączył wieżę z murem obronnym i południowym ryzalitem Donżonu, pozwalając cesarzowi zachować dystans – zarówno wysokości, jak i stanu.

Na drugim piętrze wieży mieściła się obszerna sala, w której urządzono kościół Wniebowzięcia Panny Marii. W pierwszym okresie budowy zamku pełniła ona jednak zupełnie inną funkcję – znajdowała się tu zapewne prywatna skarbnica Karola IV, do której przylegała niewielka kaplica, znana pod nazwą kaplicy św. Katarzyny. W skarbcu Karol gromadził liczne kolekcje przedmiotów, które uznawał za najcenniejsze na świecie, czyli głównie święte członki ułożone w misternych skrzynkach relikwiarzowych. Cesarz strzegł ich z taką gorliwością, z jaką inni bronią granic swoich państw, jakby owe szczątki miały większą moc niż rozum i doświadczenie razem wzięte.

Dopiero w późniejszym etapie, gdy pobożność zaczęła ustępować potrzebie reprezentacji, wnętrze skarbca przebudowano na świątynię. W 1357 roku Karol IV ufundował przy niej kapitułę karlštejnską, czyniąc z tego miejsca duchowe serce całej warowni. Kościół oświetlały z dwóch stron okna z kamiennymi ławami we wnękach, a jej ściany pokrywały malowidła o tematyce biblijnej autorstwa Mikołaja Wurmsera ze Strasburga, artysty który potrafił nadać nawet świętym rysy dworzan – spokojnych, dostojnych i dyskretnie zadowolonych z siebie.

ZWIEDZANIE
Karlštejn zajmuje wyjątkowe miejsce wśród czeskich zamków – nie tylko dlatego, że przetrwał wieki w znakomitym stanie, lecz przede wszystkim dzięki pomysłowi, który więcej mówi o charakterze jego fundatora niż o epoce. Karol IV stworzył bowiem budowlę, w której surowość twierdzy spotyka się z wygodą rezydencji władcy pragnącego jednocześnie się modlić, błyszczeć i rządzić. Zamek miał chronić i budzić respekt, ale też świadczyć o cesarskim guście – albo, jak kto woli, o przekonaniu, że Bóg i murarz potrafią znakomicie współpracować, jeśli mają wspólny interes.

Tę mieszaninę praktyczności i ambicji najlepiej widać w Wielkiej Wieży, czyli Donżonie, która nawiązuje do francuskich i angielskich wzorców z X–XII wieku, choć w przeciwieństwie do nich pozbawiono ją systemu baszt flankujących. Zamiast tego pojawiły się prostokątne okna – drobny, ale wymowny szczegół, zdradzający, że gotyk, wciąż zapatrzony w ideały wzniosłości, zaczynał już ulegać pokusie wygody i światła. Można więc powiedzieć, że oto powstała twierdza, w której pobożność ma grube mury, a próżność świetny widok z okna.

Największym skarbem Karlštejnu pozostaje kaplica św. Krzyża, dzieło bez odpowiednika w całej Europie, oraz bogato zdobiona kaplica św. Katarzyny, gdzie o pokorze przypomina już tylko wezwanie, bo reszta to czysta demonstracja cesarskiego splendoru. Los jednak obszedł się z zamkiem mniej pobożnie. W XIX wieku część jego zabudowy rozebrano – zburzono dom burgrabiego i oba budynki bramne, by wkrótce wznieść je na nowo, zgodnie z modnym wtedy spojrzeniem na przeszłość. Z tego samego czasu pochodzą też nowe dachy obu głównych wież, dzięki którym Karlštejn znów wygląda tak, jak – zdaniem XIX wieku – wyglądać powinien.

Dziś Karlštejn to jeden z najbardziej znanych zamków w Czechach – a więc i jeden z najbardziej obleganych. Zwiedza się go według typowo czeskiego pomysłu – wszystko ma tutaj swój porządek, lecz niekoniecznie w tempie, które odpowiada przyjezdnym. Zamek podzielono na kilka tras tematycznych prowadzących w różne części kompleksu, co pozwala wracać wielokrotnie i za każdym razem odkrywać coś nowego – pod warunkiem, że ma się wystarczająco dużo czasu, cierpliwości i koron.

Dla turysty z Polski to rozwiązanie bywa mniej łaskawe – żeby zobaczyć całość, trzeba kupić kilka biletów, czekać na kolejne grupy i pilnować godzin jak w urzędzie. W praktyce kończy się to zazwyczaj tak, że po całym dniu człowiek wie o Karlštejnie mniej więcej tyle, co o czeskiej telewizji: coś widział, coś słyszał, ale sensu całości do końca nie ogarnia.

Kasy biletowe ulokowano w dawnym budynku burgrabiego, co zgrabnie rozwiązuje logistykę i jeszcze lepiej weryfikuje charakter odwiedzających. Wejście na dziedziniec zamku średniego pozostaje darmowe, więc kto wyjątkowo restrykcyjnie zarządza swoim budżetem, może tu legalnie poczuć powiew historii nie wydając ani korony. Dalej jednak zaczyna się gra o bilety. Przy bramie, ozdobionej herbem Jana Bořity z Martinic, czeka przewodnik, który z kamiennym spokojem wprowadza nas w świat zaplanowany przez scenariusz wycieczki – a więc taki, w którym widzimy dokładnie to, co przewidziano, i ani kawałka więcej.

Najbliżej bramy znajduje się Pałac Cesarski, gdzie wita nas Sala Dworska – przestrzeń, w której królewska świta zbierała się, by debatować, plotkować i udawać skupienie. Ściany i strop ocieplono tu w XIV wieku boazerią, co dowodzi, że nawet w epoce wzniosłych idei doceniano ciepło bardziej przyziemne. Z Sali Dworskiej przechodzimy do Sali Rycerskiej, gdzie między oknami ustawiono szafy na broń; każdą z malowanym herbem właściciela niczym logo wczesnej wersji ego, które dziś chętnie nosimy na koszulkach.

Kiedy każdy już znalazł swoją szafę, czas zajrzeć tam, gdzie trzymano sumienie. Od wschodu przestrzeń zamyka kaplica św. Mikołaja, wciśnięta w półcylindryczną wieżę, z gotycką rzeźbą świętego na ołtarzu – oryginałem z czasów Karola IV, który, jak widać, wierzył, że nawet święci powinni dobrze wyglądać w kontekście architektonicznym.

Wchodzimy teraz do prywatnej komnaty Karola IV, miejsca w którym cesarz i jego syn Wacław zatrzymywali się podczas pobytów na Karlštejnie. To przestrzeń bardziej osobista niż reprezentacyjna, choć władza nie rezygnowała tu z wygody ani z gestu. Ściany ocieplono draperią będącą kopią tkaniny należącej niegdyś do samego Karola, świadectwem że nawet święty cesarz wolał sypiać w cieple niż w ascezie.

Wśród nielicznych zachowanych przedmiotów osobistych cesarza znajduje się marmurowa figura Madonny z pierwszego ćwierćwiecza XIV wieku, prezent od Francji, która wtedy jeszcze wierzyła, że dyplomacja może mieć twarz Matki Boskiej. Obok stoi podróżny ołtarz, dyptyk pędzla Tommasa da Modena, włoskiego malarza, który na czeskim dworze zdołał połączyć włoską miękkość formy z dyscypliną cesarskiego gustu.

Z sypialni cesarza wychodzimy do Sali Audiencyjnej, miejsca gdzie kończyła się prywatność, a zaczynał rytuał. Całe wnętrze unosi się pod polichromowanym stropem z drewnianymi kasetonami, których większość pamięta jeszcze czasy Karola, a ciepły ton drewna łagodzi surowość miejsca stworzonego raczej do ukłonów niż do rozmów. To tutaj cesarz przyjmował gości i udzielał audiencji, zamieniając władzę w starannie reżyserowany spektakl wiary i posłuszeństwa.

Z Salą Audiencyjną sąsiaduje główna reprezentacyjna przestrzeń pałacu cesarskiego, zwana Salą Przodków. To tutaj Karol IV kazał uwiecznić na ścianach całe swoje drzewo genealogiczne – prawdziwe, naciągane i zupełnie zmyślone. Wizerunki cesarzy, królów i świętych miały potwierdzić, że jego miejsce na tronie nie jest dziełem przypadku, lecz przeznaczenia. W średniowieczu bowiem rodowód bywał równie ważny jak korona, a im dalej sięgały korzenie, tym szybciej rosło poczucie własnej nieomylności.

Na ścianach Sali Przodków Karol kazał stworzyć drzewo genealogiczne, które zaczynało się od Noego i ciągnęło przez rzymskich cesarzy, królów Europy i książąt Brabancji, by ostatecznie dojść do miejsca, w którym tradycja spotkała się z manią wielkości — do samego Karola i jego małżonek. W efekcie powstała galeria, w której dzieje przerodziły się w autopromocję, a skromność została złożona w ofierze razem z prawdą. Obecne malowidła pochodzą z XVII i XVIII wieku, ale nawiązują do starszych wzorców, prawdopodobnie z czasów samego Karola, który jak każdy ambitny władca chciał nie tyle udokumentować swoje pochodzenie, co poprawić dzieło stworzenia na własny użytek.

Ostatnią dużą salą reprezentacyjnego piętra pałacu cesarskiego jest Sala Biesiadna, nazywana też Salą Gościnną, miejsce w którym dawne uczty ustąpiły miejsca współczesnej galerii. Dziś prezentuje się tu część kolekcji portretów czeskich władców i cesarzy Rzeszy, nawiązujących do tej samej logiki co galeria przodków, choć tu pokazano ją w sposób znacznie bardziej uporządkowany – pięćdziesiąt siedem twarzy naturalnej wielkości w równych rzędach nie pozostawia miejsca na improwizację. Oprócz portretów wystawiono także najcenniejsze przedmioty z późnogotyckiego i renesansowego wyposażenia Karlštejnu …i wystarczy wyobrazić sobie te misternie zdobione misy w rękach ludzi, którzy uważali umycie palców za fanaberię.

Po zwiedzeniu Pałacu Cesarskiego przewodnik prowadzi nas do Wieży Kościelnej, zwanej także Wieżą Mariacką, gdzie na wzór dawnego skarbca Karola IV zgromadzono karlštejnskie kolekcje, w tym unikatową serię ornatów z XV i XVI wieku. Obok nich pokazano relikwie, które najlepiej świadczą o tym, jak szeroki był w średniowieczu katalog cudów, obejmujące między innymi fragmenty kolczug przypisywane św. Wacławowi oraz głowę krokodyla uważaną przez stulecia za głowę smoka pokonanego przez św. Jerzego, przy czym najwyraźniej nikomu nie przeszkadzało, że smok miał skórę, zęby i kształt jakby żywcem przeniesiony z delty Nilu.

W wieży zgromadzono również przedmioty z najcenniejszego wnętrza Karlštejnu, kaplicy św. Krzyża (jeśli ktoś zapomniał: to ta w Donżonie). Wśród nich znajdują się dwie renesansowe, intarsjowane szafy, wykorzystywane swego czasu jako schowek na czeskie archiwum, oraz jedna z zachowanych szaf gotyckich, pamiętająca jeszcze czasy, gdy przechowywano w niej nie tylko dokumenty, ale i spokój sumienia. O dawnym przeznaczeniu Karlštejnu przypomina również replika korony św. Wacława, symbol czeskiej monarchii, której oryginał spoczywał w zamku od 1436 do 1619 roku, zanim wrócił na Hradčany, zapewne z ulgą, że nie musi już dzielić przestrzeni z relikwiami, których pochodzenie bywało równie fantastyczne jak ich opisy.

Kościół Marii Panny, usytuowany na drugim piętrze Wieży Mariackiej i dostępny w ramach innej trasy zwiedzania niż ta opisana wcześniej, kryje jedne z najbardziej niezwykłych malowideł na Karlštejnie. Jego wnętrza tworzą cykl scen z Apokalipsy, który prowadzi wzrok od ściany do ściany jak starannie zaplanowany spektakl.

Z kolei na południowej ścianie widzimy Karola IV odbierającego relikwie od europejskich monarchów: francuskiego delfina Karola oraz – przynajmniej według inskrypcji, bo podobieństwo wypada tu bardziej symbolicznie niż portretowo – albo cypryjskiego króla Piotra I Lusignana, albo węgierskiego Ludwika Wielkiego, ojca naszej królowej Jadwigi. Cesarz z pełną powagi miną składa owe dary w relikwiarzowym krzyżu, jakby nawet wobec Apokalipsy najważniejsza była właściwa organizacja zbiorów. Malowidła powstały prawdopodobnie jeszcze przed rokiem 1357, co tylko potwierdza, że Karol dbał o to, by jego obecność była zauważalna wszędzie, gdzie dało się przyłożyć pędzel.

Z kościoła wąski korytarz prowadzi do kaplicy św. Katarzyny, prywatnego miejsca modlitwy Karola IV. Ściany pokryto tu bogatymi okładzinami z kamieni półszlachetnych, wykonanymi przed 1360 rokiem, dzięki czemu przestrzeń ta wygląda bardziej jak skrzynia na klejnoty niż miejsce wyciszenia.

W ołtarzowej wnęce zachowało się malowidło przedstawiające Karola IV i jego trzecią żonę, Annę Świdnicką, składających hołd Marii z Dzieciątkiem; powstało ono około 1355 roku i trudno się dziwić, że cesarz kazał uwiecznić się w tak sprzyjającym świetle. Tradycja głosi, że Karol zamykał się tu na długie godziny, oddając się duchowym rozważaniom i medytacjom, choć patrząc na to wnętrze trudno oprzeć się wrażeniu, że była to raczej terapia blaskiem, a cesarz cierpiał na wyjątkowo zaawansowaną potrzebę otaczania się rzeczami, które świecą mocniej niż jego zapał do ascezy.

Po wejściu do najwyższej budowli zamku, czyli Donżonu, przewodnik prowadzi nas schodami na pierwsze piętro, gdzie w dwóch sklepionych komnatach mieści się Zamkowa Galeria. Oglądamy tu kolekcję dawnych widoków Karlštejnu oraz innych ważnych czeskich zamków i pałaców, a obok nich materiały, szkice i plany dokumentujące przebudowę warowni z drugiej połowy XIX wieku, kiedy to architekt Josef Mocker stworzył średniowiecze w wersji, jakiej średniowiecze nigdy nie widziało.

Drugie piętro wieży zajmuje najcenniejsze miejsce w całym zamku, Kaplica św. Krzyża, o której już w średniowieczu mówiono z takim nabożeństwem, jakby była połączeniem nieba, skarbca i gabinetu bardzo wymagającego kolekcjonera. Jej strop to prywatny firmament Karola IV, upstrzony gwiazdami, księżycami i słońcami, jakby cesarz zakładał, że łatwiej nawiązać kontakt z Bogiem, gdy niebo jest odpowiednio przygotowane. Ściany pokryto polerowanymi kamieniami półszlachetnymi ułożonymi w krzyże i zatopionymi w złoconej warstwie stiuku, ozdobionej czeskim lwem, cesarskim orłem i inicjałem K, co jasno pokazuje, że pobożność pobożnością, ale osobista marka Karola musiała być widoczna.

Nad pasem inkrustacji biegnie wzdłuż całej kaplicy rząd obrazów z pracowni nadwornego malarza cesarza, Mistrza Teodoryka. To 129 tablic, które tworzą kolekcję tak wyjątkową, że trudno znaleźć na świecie coś podobnego, chociaż nie jest pewne, czy bardziej imponuje ich wartość artystyczna, czy konsekwencja, z jaką Karol IV próbował urządzić kaplicę tak, by nie pozostawić Bogu żadnych wątpliwości co do tego, kto tu jest gospodarzem.

Właściwy wystrój kaplicy powstawał w latach 60. XIV wieku, a całość ukończono tuż przed jej uroczystym poświęceniem 9 lutego 1365 roku. Gotycka kolekcja malarstwa tablicowego otacza wnętrze jak zastęp niebiańskich ochroniarzy: apostołowie, papieże, biskupi, królowie, rycerze i święci tworzą wspólnie armię, która stoi w gotowości z determinacją godną ochrony najbardziej kapryśnego muzealnego eksponatu. W ołtarzu umieszczono tryptyk Tommasa da Modena, ukazujący Madonnę z Dzieciątkiem, św. Wacławem i św. Palmacyjuszem — zestaw tak reprezentacyjny, że wygląda jak średniowieczna wersja zdjęcia rodzinnego, którego nikt nie odważyłby się powiesić krzywo.

We wschodniej wnęce prezbiterium znalazła się scena Pokłonu Trzech Króli, a w postaci trzeciego z nich można dostrzec rysy Karola IV. To najprawdopodobniej jedna z najstarszych jego podobizn i dyskretny ukłon wobec zasady, że jeśli jest okazja, Karola IV w kadrze zabraknąć nie może.

W kaplicy św. Krzyża cesarz zgromadził swój najważniejszy skarb: relikwie zwożone z różnych stron świata, umieszczone nie tylko w relikwiarzach, lecz nawet w samych obrazach tablicowych, które miały pełnić rolę eleganckich schowków na świętości. Z czasem do zestawu dołączył też skarb koronacyjny Cesarstwa Rzymskiego, pozyskany po 1350 roku, dzięki czemu kaplica zaczęła przypominać miejsce, w którym modlitwa spotykała się z polityką, a duchowość z bardzo ziemską potrzebą podkreślania własnej pozycji. Niezwykły wystrój wnętrza i funkcja Karlštejnu jako cesarskiego skarbca sprawiły, że do dziś pozostaje to przestrzeń, w której średniowieczna wiara i ambicje Karola IV tworzą duet trudny do pomylenia z czymkolwiek innym.

Na parterze Wielkiej Wieży znajdują się dwa sklepione pomieszczenia, które w różnych epokach pełniły zupełnie odmienne funkcje. Najpierw magazynowano tu wszystko, co mogło przydać się do obrony zamku, być może nawet proch strzelniczy, co z dzisiejszej perspektywy brzmi jak plan wymagający sporego zaufania do jakości wentylacji. Później trzymano tu więźniów, czego dowodem są zachowane napisy, szczególnie te we wnęce drzwiowej, gdzie widać również kalendarz żmudnie ryty przez kogoś, kto miał zdecydowanie za dużo czasu.

W kolejnych wiekach pomieszczenia przejęły rolę magazynu „rzeczy znalezionych na zamku”, czyli elementów budowlanych wymienionych podczas XIX-wiecznych prac restauratorskich. Tak narodziło się tutejsze lapidarium — miejsce, w którym kamienne fragmenty dawnej warowni czekają na swoją drugą młodość albo przynajmniej na kogoś, kto dostrzeże w nich coś więcej niż gruz z rodowodem. Oprócz maswerków, fragmentów bruku, obramień i części rozebranej siedziby burgrabiego leżą tu także kamienne kule, pamiątki po dwóch oblężeniach: husyckim z 1422 roku i szwedzkim z 1648 roku — jedyne świadectwa walk, które nie próbują się wybielić, wypolerować ani dopasować do wizji żadnej epoki.

Zamek zwiedzamy z przewodnikiem, w języku czeskim lub angielskim, co skutecznie porządkuje ruch turystyczny, choć niekoniecznie nasze plany. W 2024 bilet na każdą z tras kosztował około 50 zł — cena uczciwa, zwłaszcza jak na taką atrakcję, ale w praktyce mnoży się ją przez liczbę tras, jeśli ktoś chce zobaczyć całość. Warto wiedzieć, że wejście na dziedziniec zamku średniego jest bezpłatne i można je odwiedzić niezależnie od wybranej trasy.
Czas zwiedzania poszczególnych tras wynosi od godziny do około półtorej, w zależności od tego, którą opcję wybierzemy.
Fotografowanie do własnych celów jest wliczone w cenę biletu, więc pamiątkowe zdjęcia można robić do woli, byle bez lampy błyskowej — średniowiecze już i tak wystarczająco dużo przeszło.
Nie jestem pewien, ale z pieskiem raczej zamku nie zwiedzimy — tu nawet król musiałby zostawić pupila pod bramą.

DOJAZD
Jak wspomniałem wcześniej, Karlštejn leży w odległości jednego dnia jazdy konno od stolicy Czech. Jeżeli jednak ktoś nie posiada konia, a za to jest szczęśliwym właścicielem samochodu, dotrze tu z Pragi w około 30–40 minut, czyli mniej więcej tyle, ile zajmuje odmówienie stu zdrowasiek — jeśli ktoś lubi mierzyć czas w kategoriach bardziej duchowych niż drogowych.
Auto zostawiamy na dużym turystycznym parkingu (cena w 2024: około 20 zł) oddalonym o jakieś 1,3 kilometra od zamku. Bliżej się nie da, ale trudno uznać to za niedogodność, bo prowadzi stąd malownicza droga, szczelnie obudowana sklepami i atrakcjami zaprogramowanymi na skuteczne opróżnianie portfeli turystów w stanie historycznego entuzjazmu. Co ciekawe, w piękny wrześniowy poniedziałkowy poranek było tu niemal pusto, co stanowi cenną wskazówkę dla wszystkich, którzy wolą oglądać zamki, a nie ludzi oglądających zamki.
Jeżeli ktoś wybierze się do Karlštejnu na rowerze, los również będzie mu sprzyjał. Jednoślad można doprowadzić aż na dziedziniec zamku i zostawić w przeznaczonym do tego stojaku, gdzie – niczym wierny giermek – poczeka na swojego pana.

ZAMKI W CZECHACH
- Hrubá Skála – Zámek Hrubá Skála z XIV-XIX w., 119 km
ŹRÓDŁA
- Z. Chudárek: Příspěvek k poznání stavebních dějin věží na hradě Karlštejně v době Karla IV
- B. Holečková: Oratoř sv. Kateřiny – ikonografické a symbolické souvislosti, Univerzita Palackého v Olomouci Filozofická fakulta Katedra dějin umění 2021
- N. Kubu: Zamek Karlštejn, Lepton Studio 2001
- J. A. Novak: Tajemný hrad Karlštejn, Alpress 2016
- T. Ratajczak: Wieże mieszkalne na Zamku Wawelskim – badania nad chronologią gotyckiej architektury rezydencji królewskiej, Rocznik Historii Sztuki, tom XXXIX PAN WDN 2014
- B. Uchytilová: Nástěnné malby v kapli sv. Kříže na hradě Karlštejn, Katolická teologická fakulta Praha 2017
- cs.wikipedia.org
- www.hrad-karlstejn.cz