KARLŠTEJN

zamek cesarski

ZAMEK KARLŠTEJN UNOSI SIĘ NAD PEJZAŻEM Z TAKĄ GRACJĄ, ŻE MOŻNA ODNIEŚĆ WRAŻENIE, IŻ DELIKATNIE PROSI O PODZIW

DZIEJE ZAMKU


Karol IV Luksemburski (zm. 1378), król cze­ski i ce­sarz rzym­ski Cesarz Świętego Cesarstwa Rzymskiego był najwyższym władcą ogromnej i zróżnicowanej Rzeszy, która działała raczej jak luźna federacja księstw, biskupstw i wolnych miast niż jednolite państwo. Jego prestiż wyrastał z idei odtworzenia dawnego Imperium Rzymskiego, ale w praktyce musiał umiejętnie godzić interesy wpływowych lokalnych władców. Tron nie przechodził z ojca na syna — o wyborze cesarza decydowali potężni elektorzy. Papież koronował wybrańca, nadając jego władzy religijny splendor i podkreślając sakralny charakter urzędu. , na­le­żał do tych wład­ców, któ­rzy po­tra­fi­li prze­kuć am­bi­cję w ka­mień – wła­śnie z tej po­trze­by trwa­łe­go śla­du w hi­sto­rii zro­dzi­ły się je­go wiel­kie przed­się­wzię­cia: pra­ski Uni­wer­sy­tet Ka­ro­la, No­we Mia­sto i wre­szcie za­mek Karl­štejn, wznie­sio­ny po 1348 ro­ku. Ta mo­nu­men­tal­na wa­ro­wnia, jed­na z naj­pięk­niej­szych w Cze­chach, mia­ła chro­nić ce­sar­skie in­sy­gnia i re­li­kwie, a przy tym świad­czyć o po­tę­dze mo­nar­chy, któ­ry bu­du­jąc schro­nie­nie dla świę­tych przed­mio­tów, mi­mo­cho­dem zbu­do­wał też san­ktu­arium wła­snej chwa­ły.

TA PRZEDWOJENNA POCZTÓWKA POKAZUJE KARLŠTEJN W SCENERII, KTÓRA WYSTARCZA ZA CAŁĄ OPOWIEŚĆ BEZ ŻADNEGO DODATKOWEGO KOMENTARZA

Początkowo Karlštejn miał być je­dy­nie pry­wa­tną re­zy­den­cją miesz­kal­no-obron­ną Ka­ro­la IV, czymś w ro­dza­ju ce­sar­skiej da­czy z wi­do­kiem na do­li­nę Be­roun­ki. Jed­nak po ko­ro­na­cji na ce­sa­rza rzym­skie­go w 1355 ro­ku zna­cze­nie zam­ku szyb­ko uro­sło – i to nie tyl­ko w oczach bu­dow­ni­czych. Karl­štejn stał się nie ty­le miej­scem od­po­czyn­ku, co ma­ni­fe­stem wła­dzy: sie­dzi­bą, w któ­rej po­bo­żność spo­tka­ła się z po­li­ty­ką, a re­li­kwie z ce­sar­skim skarb­cem. Zna­ny z za­mi­ło­wa­nia do po­rząd­ku i sym­bo­li Ka­rol za­peł­nił Karl­štejn ty­lo­ma świę­to­ścia­mi, że trud­no by­ło stwier­dzić, czy bar­dziej pil­no­wał tu­taj wia­ry, czy ma­jąt­ku.

WIZERUNEK KAROLA IV ZE ŚCIAN KOŚCIOŁA MARII PANNY W WIEŻY MARIACKIEJ JEST JEDNYM Z TYCH FRESKÓW, KTÓRE PRZYPOMINAJĄ, ŻE CESARZ Z NIEZACHWIANĄ KONSEKWENCJĄ DBAŁ O TO, BY JEGO OBECNOŚĆ W ZAMKU BYŁA NIE TYLKO WYRAŹNA ALE I NIEZMIENNIE WIDOCZNA

Już w 1355 roku bu­do­wa kró­lew­skie­go pa­ła­cu była na ty­le za­awan­so­wa­na, że sam ce­sarz mógł wre­szcie za­mie­szkać w swo­im no­wym gnie­ździe. Za­miast mu­rów wzno­szo­no więc pre­stiż – trwa­ły głów­nie pra­ce nad bo­ga­tym wy­stro­jem wnętrz, w któ­rych każ­dy fresk miał przy­po­mi­nać, że Ka­rol ma gust rów­nie ko­szto­wny jak je­go ko­ro­na. Dwa la­ta póź­niej, 27 mar­ca 1357 ro­ku, przy ko­ście­le Pan­ny Ma­rii w Wie­ży Ma­ria­ckiej po­wo­ła­no ka­pi­tu­łę ko­le­gial­ną – gru­pę du­chow­nych, któ­rzy mie­li czu­wać nad świę­to­ścią miej­sca, pó­ki bur­gra­bia i je­go lu­dzie czu­wa­li nad tym, by nikt tej świę­to­ści nie wy­niósł.

KAPLICA ŚWIĘTEGO KRZYŻA ROZKŁADA PRZED OCZAMI TAKĄ OBSESJĘ ZŁOTA, ŻE NIE MA WĄTPLIWOŚCI, ILE SERCA KAROL IV WŁOŻYŁ W OPIEKĘ NAD SWOIM SKARBCEM

Za symboliczne za­koń­cze­nie bu­do­wy Karl­štej­nu uzna­je się rok 1365, kie­dy uro­czy­ście kon­se­kro­wa­no ka­pli­cę św. Krzy­ża – klej­not ca­łe­go zam­ku i do­wód na to, że na­wet ka­mień po­tra­fi być po­bo­żny, je­śli od­po­wie­dnio go po­zło­cić. Choć we­dług ba­dań den­dro­chro­no­lo­gi­cznych pra­ce na zam­ku trwa­ły jesz­cze do koń­ca lat sześć­dzie­sią­tych, Ka­rol IV nie cze­kał na osta­tni gwóźdź – szyb­ko za­dbał o bez­pie­czeń­stwo swe­go dzie­ła. Wo­kół wa­ro­wni osa­dził wier­nych pod­da­nych, a w mu­rach umie­ścił gar­ni­zon żoł­nie­rzy i ry­ce­rzy (wa­sa­li), któ­rzy mie­li pil­no­wać, by świę­te re­li­kwie i ce­sar­skie klej­no­ty nie zmie­ni­ły wła­ści­cie­la w naj­mniej od­po­wie­dnim mo­men­cie.

TAK KARLŠTEJN WYOBRAŻANO SOBIE W XIX WIEKU W CHWILI TUŻ PO ZAKOŃCZENIU BUDOWY, Z PEŁNYM ZAPAŁEM I NIEWIELKĄ ILOŚCIĄ DOWODÓW

Wasale z Karlštejna, ry­ce­rze z po­bli­skich ma­jąt­ków, sta­no­wi­li coś w ro­dza­ju lo­kal­nej eli­ty na ce­sar­skim eta­cie – zo­bo­wią­za­ni by­li do obro­ny zam­ku i sta­wie­nia się na we­zwa­nie w każ­dej chwi­li, nie­za­leż­nie od po­go­dy i na­stro­ju. Mie­li na zam­ku wła­sną kom­na­tę i sza­fy na broń, co po­zwa­la­ło im czuć się waż­nie, choć dla ce­sa­rza po­zo­sta­wa­li ano­ni­mo­wi jak zbro­je bez her­bów. Mniej chwa­le­bne obo­wią­zki spa­da­ły na tzw. wol­nych wa­sa­li, któ­rych służ­ba po­le­ga­ła na trzy­ma­niu stra­ży przy bra­mie, dzwo­nie­niu na zmia­nę war­ty i pil­no­wa­niu po­rząd­ku na dzie­dziń­cu – czy­li wy­ko­ny­wa­li oni wszyst­kie te za­da­nia, któ­re w kro­ni­kach nie ma­ją na­wet przy­pi­su, ale bez nich ce­sar­ska wiel­kość nie wy­glą­da­ła­by tak do­stoj­nie.

Z TYM WIDOKIEM WASALE MOGLI MARZYĆ O SŁAWIE, ALE ZAMEK PRZYPOMINAŁ IM, ŻE ICH ROLA OGRANICZA SIĘ DO ZADAŃ, KTÓRE NIE DOCZEKAŁY SIĘ NAWET JEDNEJ LINII W KRONIKACH

W tamtym cza­sie Ka­rol IV czę­sto prze­by­wał na Karl­štej­nie i sam do­glą­dał prac przy wy­stro­ju kom­nat, chcąc, by re­zy­den­cja w peł­ni od­po­wia­da­ła je­go ce­sar­skiej po­zy­cji. W 1371 ro­ku za­cho­ro­wał tam cięż­ko, a je­go żo­na, El­żbie­ta Po­mo­rzan­ka (zm. 1393), wy­ru­szy­ła pie­szo z zam­ku do Pra­gi, by mo­dlić się o je­go zdro­wie przy gro­bie św. Zyg­mun­ta. Kro­ni­ka­rze zgod­nie twier­dzi­li, że po­mo­gło – Ka­rol wy­zdro­wiał, od­je­chał i od­tąd po­ja­wiał się tu już tyl­ko od świę­ta. Osta­tni raz za­wi­tał w li­sto­pa­dzie 1376 ro­ku wraz z sy­nem, Wa­cła­wem IV (zm. 1419) i moż­na po­wie­dzieć, że był to mo­ment, w któ­rym hi­sto­ria od­da­ła za­mek w mniej pew­ne rę­ce.

NA XIX-WIECZNYM OBRAZIE KARLŠTEJN WYRASTA Z PEJZAŻU JAK ILUSTRACJA DO POWIEŚCI, W KTÓREJ NIKT NIE PYTA O WIARYGODNOŚĆ SZCZEGÓŁÓW

Wacław IV spędził na Karl­štej­nie kil­ka­na­ście lat ze swo­ją pier­wszą żo­ną, Jo­an­ną Ba­war­ską (zm. 1386), i był za­ra­zem osta­tnim mo­nar­chą, któ­ry na­praw­dę uczy­nił za­mek miej­scem za­mie­szka­nia, a nie de­ko­ra­cją wła­dzy. Ich po­ży­cie za­koń­czy­ło się hi­sto­rią, któ­ra bar­dziej przy­po­mi­na­ła dwor­ską ane­gdo­tę niż kró­lew­ski dra­mat. Ed­mund z Bra­ban­cji za­pi­sał bo­wiem, że pew­nej no­cy kró­lo­wa, się­ga­jąc po no­cnik, zo­sta­ła po­gry­zio­na przez psa my­śliw­skie­go, któ­re­go Wa­cław trzy­mał w sy­pial­ni. Zma­rła z po­wo­du ran, a król – choć z na­tu­ry nie na­le­żał do prze­sa­dnie po­boż­nych – naj­wy­ra­źniej uznał to za znak, by po­szu­kać so­bie spo­koj­niej­sze­go miej­sca do ży­cia. Od tej po­ry po­ja­wiał się tu­taj rzad­ko, a gdy w 1412 ro­ku wy­pra­wił na Karl­štej­nie ucztę dla Er­ne­sta Że­la­zne­go , ar­cy­księ­cia Sty­rii i Ka­ryn­tii, i je­go no­wo po­ślu­bio­nej żo­ny Cym­bar­ki ma­zo­wie­ckiej, za­dbał już, by w sy­pial­ni spa­ły wy­łącz­nie psy o nie­na­gan­nych ma­nie­rach.

KOMNATY ZAMKU KARLŠTEJN NARZUCAJĄ SKOJARZENIE Z OSTATNIMI LATAMI WACŁAWA IV I JOANNY BAWARSKIEJ, ZAPISANYMI W DZIEJACH PRZEZ INCYDENT DALEKI OD DWORSKIEJ GODNOŚCI

Na początku husyckich za­wie­ruch, gdy Cze­chy po raz ko­lej­ny prze­ko­ny­wa­ły się, że wia­ra dzie­li sku­te­czniej niż gra­ni­ce, na za­mek prze­wie­zio­no cze­skie in­sy­gnia kró­lew­skie oraz skar­by z po­bli­skich kla­szto­rów. W ka­pli­cy św. Krzy­ża przez pe­wien czas spo­czy­wa­ły więc obok sie­bie sym­bo­le dwóch po­tęg – cze­skiej i ce­sar­skiej – co wy­glą­da­ło jak chwi­lo­we za­wie­sze­nie bro­ni mię­dzy nie­bem a zie­mią. Choć Karl­štejn ucho­dził za twier­dzę nie do zdo­by­cia, Zyg­munt Luk­sem­bur­ski (zm. 1437), dru­gi syn Ka­ro­la IV, wo­lał nie spra­wdzać te­go w pra­kty­ce i wy­słał kró­lew­skie in­sy­gnia w be­zpiecz­ną po­dróż przez Wę­gry do No­rym­be­rgi. W wa­ro­wni po­zo­sta­ły jed­nak skar­by wy­star­cza­ją­co cen­ne, by roz­pa­lić wy­obraź­nię każ­de­go, kto są­dził, że z woj­ny moż­na wró­cić nie tyl­ko ży­wym, ale i bo­ga­tszym.

TAK WEDŁUG ČERNEGO PREZENTOWAŁA SIĘ HUSYCKA GOTOWOŚĆ POD KARLŠTEJNEM, KTÓRA OSTATECZNIE ZDERZYŁA SIĘ Z MURAMI NIEZMIERNIE ODPORNYMI NA ENTUZJAZM

To właśnie one spro­wa­dzi­ły tu w ma­ju 1422 ro­ku hu­sy­ckie woj­ska Pra­żan do­wo­dzo­ne przez Zyg­mun­ta Ko­ry­bu­to­wi­cza, bra­tan­ka Wła­dy­sła­wa Ja­gieł­ły. We­dług kro­ni­ka­rza Wa­cła­wa Háj­ka z Li­bo­čan za­mek ostrze­li­wa­no nie tyl­ko ka­mien­ny­mi ku­la­mi, lecz tak­że pło­ną­cy­mi becz­ka­mi ze smo­łą oraz po­jem­ni­ka­mi wy­peł­nio­ny­mi od­pad­ka­mi i fe­ka­lia­mi z pra­skich klo­ak, któ­re mia­ły nie ty­le zni­szczyć mu­ry, co wy­wo­łać za­ra­zę wśród obroń­ców. Moż­na więc bez prze­sa­dy po­wie­dzieć, że Karl­štejn prze­żył oblę­że­nie, któ­re bar­dziej śmier­dzia­ło niż stra­szy­ło, i wy­szedł z nie­go nie­po­ko­na­ny, choć z pew­no­ścią nie pach­niał zwy­cię­stwem.

PRZEZ TE MURY ZAPEWNE LECIAŁY PRASKIE „ARGUMENTY”, KTÓRE MIAŁY ZŁAMAĆ OBRONĘ GŁÓWNIE PRZY UŻYCIU WRAŻEŃ WĘCHOWYCH

Królewski gmach wyszedł z oblę­że­nia bez więk­szych uszko­dzeń, choć trud­no po­wie­dzieć to sa­mo o je­go wy­po­sa­że­niu. Ka­pli­ca św. Krzy­ża ucier­pia­ła bar­dziej niż mu­ry, bo oblę­żo­na za­ło­ga utrzy­my­wa­ła się ze sprze­da­ży wszyst­kie­go, co da­ło się oder­wać, prze­to­pić lub za­sta­wić – od re­li­kwia­rzy po frag­men­ty zło­tych ozdób, dzię­ki cze­mu za­mek prze­trwał woj­nę, ale za­pła­cił za to wła­snym splen­do­rem.

TRZY KLUCZOWE BUDYNKI KARLŠTEJNA: DONŻON, WIEŻA MARIACKA I PAŁAC CESARSKI, IDEALNIE USTAWIONE DO ROBIENIA WRAŻENIA

Czeskie insygnia kró­lew­skie po­wró­ci­ły na Karl­štejn w 1436 ro­ku, gdy za­mek po­no­wnie stał się miej­scem ich prze­cho­wy­wa­nia, a przy oka­zji schro­nie­niem dla naj­waż­niej­szych ak­tów i do­ku­men­tów pań­stwo­wych, zna­nych ja­ko "cze­skie ar­chi­wum". Rok póź­niej Zyg­munt Luk­sem­bur­ski mia­no­wał bur­gra­bią Men­har­ta z Hrad­ce, któ­ry za­sły­nął głów­nie tym, że nie zno­sił Je­rze­go z Po­die­bra­dów . Kie­dy Je­rzy w 1448 ro­ku zdo­był tron, nie za­po­mniał o daw­nych ura­zach i zam­knął Men­har­ta w Po­dě­bra­dach. Ten nie prze­żył nie­wo­li, a je­go syn Ol­dřich, za­miast po­jed­nać się z no­wym kró­lem, za­brał in­sy­gnia z Karl­štej­nu i ulo­ko­wał je w zam­ku Vel­har­ti­ce, po­ka­zu­jąc w ten spo­sób, że w spo­rze z mo­nar­chą wo­lał sta­nąć po stro­nie ro­dzin­nych in­te­re­sów niż kró­lew­skie­go ma­je­sta­tu.

VELHARTICE WG RICHTERA (1848) WZNOSZĄ SIĘ NIEWZRUSZONE NAD DOLINĄ, A JEDNAK KRYJĄ CHWILĘ W KTÓREJ OLDRICH ZAMIENIŁ KRÓLEWSKI SYMBOL W RODZINNY KOMENTARZ POLITYCZNY

Regalia wróciły na Karl­štejn do­pie­ro po ko­ro­na­cji Wła­dy­sła­wa Po­gro­bo­wca (zm. 1457) w 1453 ro­ku, gdzie z krót­ki­mi przer­wa­mi spę­dzi­ły na­stęp­ne dwa stu­le­cia. Pod ko­niec XV wie­ku, za pa­no­wa­nia Wła­dy­sła­wa Ja­giel­loń­czy­ka (zm. 1516), za­mek wciąż za­cho­wy­wał swo­ją daw­ną ran­gę sym­bo­lu cze­skiej mo­nar­chii, a urząd bur­gra­bie­go na­le­żał do naj­bar­dziej pre­sti­żo­wych w pań­stwie, co w ów­cze­snych re­aliach ozna­cza­ło za­szczyt, któ­ry po­tra­fił cią­żyć.

KARLŠTEJN W EPOCE WŁADYSŁAWA JAGIELLOŃCZYKA, GDY POLSKA KREW PŁYNĘŁA W CZESKIEJ KORONIE, A URZĄD BURGRABIEGO MIEWAŁ WIĘCEJ CIĘŻARU NIŻ BLASKU

W 1541 roku, gdy wiel­ki po­żar stra­wił znacz­ną część Pra­gi wraz z księ­ga­mi ziem­ski­mi, po­sta­no­wio­no, że ich du­pli­ka­ty zo­sta­ną prze­nie­sio­ne do bez­pie­czniej­szych mu­rów Karl­štej­nu. Za­mek, któ­ry przez stu­le­cia strzegł kró­lew­skich in­sy­gniów, od­tąd pil­no­wał per­ga­mi­nów i pie­czę­ci, co nie­wąt­pli­wie by­ło wy­mo­wnym zna­kiem cza­sów, w któ­rych o po­tę­dze pań­stwa co­raz czę­ściej de­cy­do­wa­ło pi­smo, a nie miecz.

POŻAR Z 1541 ROKU POKAZAŁ PRADZE, JAK ŁATWO STRACIĆ PAMIĘĆ PAŃSTWA I DLATEGO KSIĘGI ZIEMSKIE PRZEPROWADZONO POD SKRZYDŁA KARLŠTEJNA

W drugiej po­ło­wie XVI wie­ku, za pa­no­wa­nia Ru­dol­fa II (zm. 1612), bur­gra­bia Já­chym No­vo­hrad­ský z Ko­lo­vrat po­sta­no­wił tchnąć w Karl­štejn du­cha re­ne­san­su i zle­cił je­go prze­bu­do­wę ar­chi­te­kto­wi Ul­ri­co Aostal­li­so­wi. Pra­ce kon­ty­nu­owa­no w la­tach 1605–1611 pod okiem Vilé­ma Sla­va­ty z Chlu­mu (zm. 1652), a z daw­nej wa­ro­wni za­czę­ła wy­ła­niać się re­zy­den­cja, któ­ra bar­dziej za­chwy­ca­ła niż od­stra­sza­ła. Po­wsta­ły no­we ko­ry­ta­rze, ze­wnętrz­na klat­ka scho­do­wa przy Wie­ży Ma­ria­ckiej i bo­ga­to zdo­bio­ne tyn­ki sgraf­fi­to­we – wszyst­ko to spra­wi­ło, że Karl­štejn prze­stał wy­glą­dać jak twier­dza i za­czął przy­po­mi­nać pa­łac w zbroi.

RYCINA VENUTO POWSTAŁA DWIEŚCIE LAT PO TYM JAK Z KARLŠTEJNA WYŁONIŁ SIĘ RENESANSOWY PAŁAC, JEDNAK WCIĄŻ WIDOCZNE SĄ NA NIEJ ECHA METAMORFOZY, KTÓRA PRZEKSZTAŁCIŁA STRAŻNICĘ W REZYDENCJĘ

Zamek, odświeżony i ozdo­bio­ny, zda­wał się go­to­wy na no­we cza­sy, choć te szyb­ko udo­wo­dni­ły, że uro­da nie za­wsze idzie w pa­rze z po­wo­dze­niem. W 1609 ro­ku umie­szczo­no tu z wiel­ką pom­pą słyn­ny Ma­je­stäts­brief - do­ku­me­nt ce­sa­rza Ru­dol­fa II gwa­ran­tu­ją­cy wol­ność wy­zna­nia, co nie przy­pa­dło do gu­stu wspo­mnia­ne­mu już wcze­śniej bur­gra­bie­mu Vi­lé­mo­wi Sla­va­cie – gor­li­we­mu ka­to­li­ko­wi, któ­ry na dźwięk sło­wa „to­le­ran­cja” od­ru­cho­wo się­gał po ró­ża­niec. Kil­ka lat póź­niej Cze­chy po­grą­ży­ły się w cha­osie wo­jen re­li­gij­nych, a Karl­štejn – nie­gdyś sym­bol ce­sar­skie­go ła­du – co­raz czę­ściej sta­wał się świad­kiem zmian, któ­re z ła­dem mia­ły nie­wie­le wspól­ne­go.

WIDOK KARLŠTEJNA Z 1790 ROKU UKAZUJE ZAMEK W EPOCE, GDY WIĘCEJ BYŁO W NIM PAMIĘCI NIŻ POTĘGI, A RZECZYWISTOŚĆ ZACZĘŁA DELIKATNIE ROZMYWAĆ JEGO ŚREDNIOWIECZNĄ LEGENDĘ

Na początku woj­ny trzy­dzie­sto­let­niej Cze­si po­zba­wi­li urzę­du bur­gra­bie­go Ada­ma Hrzá­na von Ha­ra­so­wa, a kró­lew­skie in­sy­gnia prze­wie­zio­no 22 czerw­ca 1619 z Karl­štej­nu na Pra­ski Za­mek, uzna­jąc, że daw­na twier­dza nie da­je już gwa­ran­cji bez­pie­czeń­stwa. W ro­ku na­stęp­nym, po klę­sce „zi­mo­we­go kró­la” Fry­de­ry­ka V w bi­twie na Bia­łej Gó­rze, gar­ni­zon Karl­štej­nu – sze­ściu­set an­giel­skich żoł­nie­rzy – pod­dał się bez wal­ki woj­skom Fer­dy­nan­da II . Wład­ca, któ­ry ce­nił po­rzą­dek bar­dziej niż opór, zli­kwi­do­wał urząd bur­gra­bie­go i po­da­ro­wał Karl­štejn wraz z po­sia­dło­ścia­mi swo­jej mał­żon­ce Ele­ono­rze (zm. 1655), czy­niąc z nie­go pre­zent ślub­ny o nie­co wo­jen­nym ro­do­wo­dzie.

KARLŠTEJN U SCHYŁKU XVIII WIEKU PRÓBUJE WCIĄŻ ODGRYWAĆ ROLĘ STRAŻNIKA KRÓLEWSKIEJ CHWAŁY, MIMO ŻE JEGO NAJBLIŻSZYM AUDYTORIUM POZOSTAJE JUŻ GŁÓWNIE BYDŁO

U schyłku wojny, w 1648 ro­ku, Karl­štejn zdo­by­li Szwe­dzi, a gdy w koń­cu się wy­nie­śli, za­mek nie do­cze­kał się już lep­szych cza­sów. W ko­lej­nych la­tach od­da­no go w rę­ce urzę­dów tak skrom­nych, że na­wet pie­czę­cie zda­wa­ły się przy­bi­jać z we­stchnie­niem re­zy­gna­cji, świa­do­me, iż nic wiel­kie­go już tu nie zo­sta­nie za­pie­czę­to­wa­ne. Przez ten dłu­gi okres – aż do koń­ca XVIII stu­le­cia – Karl­štejn po­zo­sta­wał jed­no­cze­śnie w dzier­ża­wie szla­che­ckie­go ro­du Kav­ków, któ­ry jed­nak nie zdo­łał przy­wró­cić mu daw­nej świet­no­ści. Z daw­nej twier­dzy ce­sa­rzy zo­sta­ło więc miej­sce, gdzie za­miast roz­ka­zów wy­da­wa­no for­mu­la­rze, a echo bi­tew za­stą­pi­ło do­stoj­ne skro­ba­nie piór po pa­pie­rze.

W WIZJI BLAZERA Z 1790 ROKU KARLŠTEJN WYGLĄDA JAKBY NADAL CZEKAŁ NA IMPERIUM, CHOĆ OD LAT SŁYSZAŁ JUŻ GŁÓWNIE SZELEST URZĘDOWYCH PAPIERÓW ZAMIAST ODDECHU POLITYKI

Za Kavków na Pra­ski Za­mek tra­fi­ły osta­tnie skar­by Ka­ro­la IV – te sa­me, któ­re nie­gdyś świe­ci­ły w je­go kom­na­tach, a po wy­wie­zie­niu in­sy­gniów kró­lew­skich po­zo­sta­wa­ły tu na stra­ży daw­nej chwa­ły. We­dług ów­cze­snych za­pi­sków ko­szto­wno­ści by­ło ty­le, że do ich prze­cho­wa­nia po­trze­ba by­ło dwu­dzie­stu dwóch szaf, co sa­mo w so­bie mó­wi­ło wię­cej o ich ilo­ści niż o po­rząd­ku w ce­sar­skiej ad­mi­ni­stra­cji. W no­wym miej­scu za­si­lo­no ni­mi skar­biec św. Wi­ta, gdzie, oto­czo­ne ca­łym ce­re­mo­nial­nym splen­do­rem, po­wo­li zni­knę­ły w tłu­mie in­nych pa­mią­tek – jak akto­rzy, któ­rzy po la­tach gra­nia głów­nych ról na­gle tra­fi­li do chó­ru.

PRASKI ZAMEK NA HRADČANACH PRZYJĄŁ CESARSKIE KLEJNOTY W TYM SAMYM TONIE, W JAKIM STOI OD WIEKÓW — Z DYSTANSEM GODNYM MIEJSCA, GDZIE NAWET ZŁOTO UZNAJE HIERARCHIĘ

Z czasem pojawiła się jed­nak myśl, że Karl­štejn, choć za­po­mnia­ny, wciąż go­dzien jest ko­ro­ny, a nie tyl­ko księ­go­wo­ści. Po­mysł ten zre­ali­zo­wa­ła Ele­ono­ra Ma­gda­le­na (zm. 1720), wdo­wa po ce­sa­rzu Le­opol­dzie I (zm. 1705), przy­wra­ca­jąc za­mek wia­nu cze­skich kró­lo­wych. Po niej na­le­żał on ko­lej­no do El­żbie­ty Kry­st­yny (zm. 1750), żo­ny Ka­ro­la VI (zm. 1740), a na­stęp­nie do Ma­rii Te­re­sy (zm. 1780), któ­ra – z ty­po­wą dla sie­bie mie­sza­ni­ną cno­ty i ra­chun­ko­wo­ści – prze­ka­za­ła karl­štejn­skie po­sia­dło­ści Za­kła­do­wi Szlach­cia­nek na Hrad­cza­nach. In­sty­tu­cja ta wy­ko­rzy­sty­wa­ła za­mek głów­nie do ce­lów go­spo­dar­czych, zaj­mu­jąc kil­ka sal na biu­ra i ma­ga­zy­ny, pod­czas gdy po­zo­sta­łe kom­na­ty opu­sto­sza­ły i sta­ły się roz­le­głym kró­le­stwem my­szy, któ­re pra­co­wi­cie dba­ły o to, by w zam­ku ni­gdy nie za­pa­no­wał spo­kój.

PUCHERNA W 1803 ROKU ZŁAPAŁ KARLŠTEJN W MOMENCIE, GDY WYGLĄDAŁ RACZEJ NA POETYCKO ZMĘCZONEGO NIŻ POTĘŻNEGO – I TRUDNO SIĘ Z TYM SPOTRZEGANIEM NIE ZGODZIĆ

Tak zamek trwał w swo­jej ci­chej re­zy­gna­cji, do­pó­ki w je­go mu­ry nie za­wi­tał ce­sarz Fran­ci­szek II (zm. 1835). W czer­wcu 1812 ro­ku od­wie­dził Karl­štejn wraz z cór­ką, Ma­rią Lu­izą (zm. 1847), i jak to czę­sto by­wa po spo­tka­niu z rze­czy­wi­sto­ścią, któ­ra nie do­ra­sta do wy­obra­żeń, uznał, że miej­sce to wy­ma­ga pew­nej po­pra­wy. Po­le­cił więc roz­po­cząć re­kon­stru­kcję pod­upa­da­ją­cej bu­do­wli i, co na­le­ży mu od­dać, na­wet prze­ka­zał na ten cel środ­ki. Z rów­ną jed­nak gor­li­wo­ścią roz­ka­zał wy­wieźć z zam­ku część daw­ne­go wy­po­sa­że­nia, łącz­nie z bo­aze­ria­mi i me­bla­mi, tak że od­bu­do­wę roz­po­czę­to od sta­ran­ne­go opróż­nie­nia sal z re­sztek ich daw­nej tre­ści. W ten spo­sób plan re­kon­stru­kcji zre­ali­zo­wa­no do po­ło­wy – tej ła­twiej­szej, jak na­ka­zu­je tra­dy­cja.

ZAMEK W POŁOWIE XIX WIEKU WYGLĄDA JAK MONUMENTALNY DŁUŻNIK, CIERPLIWIE OCZEKUJĄCY CESARSKIEJ RENOWACJI, KTÓRA ISTNIEJE NA RAZIE GŁÓWNIE W FORMIE UPRZEJMYCH ZAPEWNIEŃ

Za panowania ce­sa­rza Fran­ci­szka Jó­ze­fa I (zm. 1916) po­no­wnie po­sta­no­wio­no przy­wró­cić Karl­štej­no­wi daw­ny blask – co w pra­kty­ce ozna­cza­ło de­cy­zję, by za­mek wresz­cie wy­glą­dał tak, jak po­wi­nien wy­glą­dać w oczach mu współ­cze­snych. Cen­tral­na Ko­mi­sja ds. Za­cho­wa­nia Za­by­tków zle­ci­ła pro­jekt Frie­dri­cho­wi Schmid­to­wi (zm. 1891), pro­fe­so­ro­wi wie­deń­skiej Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych, któ­ry – być mo­że w ak­cie za­wo­do­wej prze­zor­no­ści – po­wie­rzył wy­ko­na­nie dzie­ła swe­mu ucznio­wi, Jo­se­fo­wi Mo­cke­ro­wi (zm. 1899).

ZAMEK NA FOTOGRAFII Z 1870 ROKU W JEDNYM Z OSTATNICH UJĘĆ PRZED ZMIANAMI, KTÓRE ODEBRAŁY MU DAWNĄ POWŚCIĄGLIWOŚĆ

Mocker, wierny du­cho­wi pu­ry­zmu, przy­stą­pił do pra­cy z na­uko­wą gor­li­wo­ścią. Je­go ce­lem by­ło przy­wró­ce­nie „sty­lo­wej czy­sto­ści” za­by­tku, co w tłu­ma­cze­niu na ję­zyk prak­ty­ki ozna­cza­ło usu­nię­cie wszyst­kie­go, co nie mie­ści­ło się w wy­obra­że­niu o śre­dnio­wie­czu. Zni­knę­ły więc re­ne­san­so­we do­bu­dów­ki, w du­żej mie­rze tak­że sie­dzi­ba bur­gra­biów, a ca­ła hi­sto­ria zo­sta­ła uprząt­nię­ta z zam­ku z ta­ką sta­ran­no­ścią, jak­by by­ła tyl­ko zbio­rem zbęd­nych me­bli.

ZAMEK PRZED I PO PRZEBUDOWIE, CZYLI JAK DONŻON DOSTAŁ ELEGANCKĄ CZAPKĘ, A RESZTA MURÓW UZNAŁA ŻE TEŻ CHCE WYGLĄDAĆ BARDZIEJ BAJKOWO

Gmach zyskał wów­czas swo­ją dzi­siej­szą syl­we­tkę: strze­li­ste da­chy, gład­kie li­nie, sta­ran­nie sko­ry­go­wa­ne wspom­nie­nia prze­szło­ści. W oczach jed­nych był to triumf kon­ser­wa­tor­skiej my­śli, w oczach in­nych – do­wód, że cza­sem ła­twiej od­two­rzyć wie­ki mi­nio­ne niż przy­znać, że się ich nie ro­zu­mie. Prze­bu­do­wę za­koń­czo­no w 1897 ro­ku, jed­nak po śmier­ci Mo­cke­ra pro­wa­dzo­no jesz­cze pra­ce wy­koń­cze­nio­we, głów­nie w ka­pli­cy św. Krzy­ża, gdzie sta­ra­no się do­pi­sać ostat­nie zda­nia do hi­sto­rii, któ­rą sam ar­chi­tekt uznał za skoń­czo­ną. W 1910 ro­ku Karl­štejn do­cze­kał się wre­szcie szczę­śli­we­go fi­na­łu – otwar­to go dla zwie­dza­ją­cych, już nie ja­ko twier­dzę, lecz ja­ko sta­ran­nie wy­re­ży­se­ro­wa­ną wer­sję wła­snej prze­szło­ści.

PIERWSI ZWIEDZAJĄCY PODZIWIAJĄ KARLŠTEJN, KTÓRY WŁAŚNIE ZADEBIUTOWAŁ JAKO STARANNIE ODŚWIEŻONA WERSJA SAMEGO SIEBIE

OPIS ZAMKU


Zamek wzniesiono wśród za­le­sio­nych wzgórz, w od­le­gło­ści jed­ne­go dnia jaz­dy od Pra­gi. Usy­tu­owa­no go na wznie­sie­niu opa­da­ją­cym ku po­łu­dnio­wej do­li­nie, od za­cho­du osło­nię­tym wą­wo­zem z po­to­kiem Mo­řin­ským, a od wscho­du ja­ra­mi Ha­knov­ca, któ­ry­mi pro­wa­dził trakt do Karl­štej­nu. Miej­sce wy­bra­no z chłod­ną lo­gi­ką wo­jen­nych prak­ty­ków, co naj­le­piej do­wo­dzi, że śre­dnio­wiecz­na ar­chi­te­ktu­ra ro­dzi­ła się nie z po­trze­by pięk­na, lecz z głę­bo­kie­go bra­ku za­ufa­nia do bliź­nich.

ZAMEK W ZIMOWYM KRAJOBRAZIE WYGLĄDA NA ROMANTYCZNY WYBÓR, CHOĆ W ISTOCIE BYŁ TO WYBÓR STRATEGÓW Z NATURY NIEUFNYCH

Rdzeń warowni two­rzy­ły trzy czę­ści roz­mie­szczo­ne na ta­ra­sach o róż­nej wy­so­ko­ści. Naj­wy­żej wzno­sił się za­mek gór­ny z po­tęż­ną Wiel­ką Wie­żą - Don­żo­nem, w któ­rym mie­ści­ła się kró­lew­ska ka­pli­ca św. Krzy­ża, oraz z niż­szą Wie­żą Ma­ria­cką i Pa­ła­cem Ce­sar­skim. Po­ni­żej roz­cią­gał się za­mek dol­ny z ob­szer­nym dzie­dziń­cem i sie­dzi­bą bur­gra­biów, do któ­rej pro­wa­dzi­ła dro­ga za­bez­pie­czo­na bra­ma­mi, prak­ty­czna w za­ło­że­niu, lecz peł­na ar­chi­te­kto­ni­cznej py­chy. W naj­niż­szym punk­cie kom­ple­ksu sta­ła Wie­ża Stu­dzien­na, skrom­na, lecz w chwi­lach oblę­że­nia to ona de­cy­do­wa­ła, czy w zam­ku nie za­bra­knie wia­ry – i wo­dy.

TRZY WARSTWY WAROWNI WSPINAJĄCE SIĘ KU WIELKIEJ WIEŻY PRZYPOMINAJĄ, ŻE ŚREDNIOWIECZE BUDOWAŁO PRZESTRZEŃ WEDŁUG RYGORU HIERARCHII: U GÓRY SACRUM, NIŻEJ WŁADZA, NA KOŃCU RESZTA ŚWIATA

W najwyższym punk­cie wzgó­rza, w pół­no­cnej czę­ści za­ło­że­nia, wznie­sio­no po­tęż­ną, pro­sto­kąt­ną w pla­nie wie­żę miesz­kal­no-obron­ną peł­nią­cą funk­cję don­żo­nu. Mie­rzy­ła ona 26 na 17 me­trów u pod­sta­wy i się­ga­ła 60 me­trów wy­so­ko­ści, co czy­ni­ło z niej nie tyl­ko cen­trum zam­ku, lecz tak­że wy­raź­ne oświad­cze­nie w spra­wie wła­dzy. Wie­ża gó­ro­wa­ła nad dro­gą i bra­mą wja­zdo­wą, jak przy­sta­ło na bu­do­wlę, któ­rej za­da­niem by­ło pa­trzeć na świat z bez­piecz­ne­go dy­stan­su. Od pół­no­cy, gdzie zie­mia sa­ma pod­su­wa­ła dra­bi­nę, bu­do­wla po­sia­da­ła ścia­nę gru­bo­ści sze­ściu me­trów, po­zba­wio­ną okien, dzię­ki cze­mu za­miast wi­do­ków ofe­ro­wa­ła gwa­ran­cję prze­trwa­nia.

MODEL DONŻONU UJMUJE ISTOTĘ TEJ BUDOWLI — CENTRUM ZAMKU I ZARAZEM PUNKT, Z KTÓREGO ŚWIAT WYDAWAŁ SIĘ NA TYLE DALEKI, BY MIEĆ GO POD KONTROLĄ

Od strony po­łu­dnio­wej do wie­ży do­sta­wio­no ry­za­lit z klat­ką scho­do­wą łą­czą­cy trzy niż­sze kon­dy­gna­cje z dwie­ma wyż­szy­mi. Trud­no po­wie­dzieć, czy mia­ło to słu­żyć wy­go­dzie, czy ra­czej za­pew­nić miesz­kań­com kon­dy­cję, ale w każ­dym ra­zie roz­wią­za­nie by­ło so­lid­ne. Przy­pusz­cza się, że pier­wo­tnie ca­łość wień­czy­ła kon­dy­gna­cja o kon­stru­kcji sza­chul­co­wej, na­to­miast obec­ny mu­ro­wa­ny szczyt z chod­ni­kiem stra­ży i dwu­spa­do­wym da­chem po­wstał w wy­ni­ku póź­no­go­ty­ckiej prze­bu­dowy, kie­dy mu­ry na­dal mia­ły chro­nić, ale już tak­że do­brze wy­glą­dać.

W IMPONUJĄCEJ SYLWECIE DONŻONU ODCZYTAĆ MOŻNA EWOLUCJĘ WAROWNI: OD SUROWEJ PRAKTYKI DO ARCHITEKTURY, KTÓRA WIE, JAKĄ ROLĘ PEŁNI W PANORAMIE

Przyziemie don­żo­nu, pier­wo­tnie przy­kry­te pła­ski­mi stro­pa­mi, po­dzie­lo­no na dwie ko­mo­ry, z któ­rych pół­no­cna wy­po­sa­żo­na by­ła w ko­mi­nek, drob­ny przy­wi­lej w epo­ce, któ­ra rzad­ko roz­pie­szcza­ła swo­ich go­spo­da­rzy. Świa­tło wpa­da­ło do wnę­trza przez nie­wiel­kie okna szcze­li­no­we, prze­pru­te w ścia­nach wscho­dniej i za­cho­dniej, co za­pe­wnia­ło od­po­wie­dni kom­pro­mis mię­dzy wi­do­czno­ścią a bez­pie­czeń­stwem. W póź­nym go­ty­ku po­miesz­cze­nia przy­kry­to skle­pie­nia­mi krzy­żo­wy­mi, któ­re do­da­wa­ły wnę­trzu ele­gan­cji, a przy oka­zji sku­tecz­nie utru­dnia­ły ży­cie każ­de­mu, kto mu­siał je na­pra­wiać.

PRZEKRÓJ DONŻONU POKAZUJE, JAK ŚREDNIOWIECZNA LOGIKA ROZDZIELAŁA PRZESTRZENIE: NA DOLE SUROWA OSZCZĘDNOŚĆ, WYŻEJ MIESZKALNY KOMFORT, A JESZCZE WYŻEJ — SAKRALNOŚĆ, DLA KTÓREJ WYSTARCZYŁA KAPLICA O WIELKOŚCI ADEKWATNEJ, A FUNKCJI PONADPRZECIĘTNEJ

Identyczny układ mia­ło pier­wsze pię­tro, po­cząt­ko­wo rów­nież przy­kry­te stro­pem, któ­ry po 1361 ro­ku za­stą­pio­no skle­pie­niem krzy­żo­wo-że­bro­wym. Dwie kom­na­ty na tym po­zio­mie oświe­tla­ły już więk­sze, pro­sto­kąt­ne ok­na z ka­mien­ny­mi ła­wa­mi po bo­kach — prak­ty­czne, je­śli ktoś chciał wy­glą­dać na za­my­ślo­ne­go, nie ru­sza­jąc się z miej­sca. Niż­sze kon­dy­gna­cje peł­ni­ły funk­cje miesz­kal­ne, przy czym sta­tus po­mie­szczeń rósł wraz z wy­so­ko­ścią, co do­sko­na­le od­da­je śre­dnio­wiecz­ną za­sa­dę, że im wy­żej sy­piasz, tym po­waż­niej trak­tu­ją cię na dzie­dziń­cu.

DONŻON. PRZESTRZEŃ POD PODŁOGĄ KAPLICY ŚWIĘTEGO KRZYŻA — MIEJSCE, KTÓRE NAJCISZEJ PRZYPOMINA, ŻE NAWET SAKRUM POTRZEBUJE SOLIDNEGO OPARCIA. FOT. ZDENÛK CHUDÁREK

Drugie piętro don­żo­nu wy­peł­nia­ła jed­na roz­le­gła sa­la, nie­gdyś prze­zna­czo­na do ży­cia, a z cza­sem prze­mie­nio­na w ka­pli­cę Świę­te­go Krzy­ża, z re­li­kwią przy­wie­zio­ną przez ce­sa­rza i pil­no­wa­na z ta­ką tro­ską, jak­by mia­ła strzec nie­ba nad je­go wła­dzą. Skle­pio­na krzy­żo­wo-że­bro­wa prze­strzeń, oświe­tla­na od wscho­du dwo­ma, a od za­cho­du jed­nym smu­kłym ok­nem, mie­ni­ła się bla­skiem ka­mie­ni, po­li­chro­mii i wi­tra­ży, któ­re czy­ni­ły z mo­dli­twy do­świad­cze­nie nie­mal ce­re­mo­nial­ne. Do ozdo­bie­nia wnę­trza uży­to bo­wiem po­nad dwóch ty­się­cy szli­fo­wa­nych ka­mie­ni i stu trzy­dzie­stu obra­zów ta­bli­co­wych mi­strza Te­o­do­ry­ka, na­dwor­ne­go ma­la­rza Ka­ro­la IV, któ­ry, są­dząc po bo­ga­ctwie barw i zło­ta, naj­wy­raź­niej tra­kto­wał skrom­ność jak he­re­zję prze­ciw sztu­ce.

KAPLICA ŚW. KRZYŻA W DONŻONIE ZAMKU KARLŠTEJN – PRZESTRZEŃ, W KTÓREJ ZŁOTO, RELIKWIE I CESARSKIE AMBICJE POŁĄCZYŁY SIŁY, TWORZĄC NAJMNIEJ SKROMNĄ ŚWIĘTOŚĆ W REGIONIE

Nawę od prezbiterium od­dzie­la­ła zło­co­na kra­ta z za­wie­szo­ny­mi klej­no­ta­mi, otwie­ra­na je­dy­nie w dni świą­tecz­ne, gdy po­boż­ność na­bie­ra­ła szcze­gól­nie wi­do­wi­sko­we­go cha­ra­kte­ru. Za kra­tą wstęp mie­li wy­łącz­nie ar­cy­bi­sk­upi, bi­sku­pi i dzie­ka­ni, co w epo­ce głę­bo­kiej wia­ry ucho­dzi­ło za do­wód po­rząd­ku, choć w prak­ty­ce przy­po­mi­na­ło ra­czej se­lek­cję przy bra­mie do ra­ju.

PRZED KRATĄ PANOWAŁA POKORA, A ZA NIĄ - WŁADZA I DŹWIĘK SZURANIA PURPUROWYCH SZAT, CZYLI LITURGICZNA WERSJA PODZIAŁU NA LEPSZYCH I GORSZYCH

W tak zdefiniowanej hie­rar­chii du­cho­wej gest na­bie­rał nie­mal kró­lew­skie­go zna­cze­nia, dla­te­go mó­wio­no, że Ka­rol IV zdej­mo­wał przed ka­pli­cą trze­wi­ki i wcho­dził tam bo­so, czy­niąc to z ta­ką po­wa­gą, jak­by sam akt był już mo­dli­twą. Z cza­sem to sa­mo miej­sce sta­ło się sce­ną dla ko­lej­nych ce­re­mo­nii: po­sło­wie ziem­skie­go sej­mu, przy­by­wa­ją­cy po kró­lew­skie in­sy­gnia, cze­ka­li po­kor­nie przed kra­tą, pod­czas gdy dzie­kan ka­pi­tu­ły prze­ka­zy­wał im klej­no­ty z na­ma­szcze­niem wła­ści­wym du­chow­nym, dla któ­rych do­tyk zło­ta ni­gdy nie ko­li­do­wał z tro­ską o zba­wie­nie.

KAPLICA ŚW. KRZYŻA, OKOŁO 1820 ROKU. WNĘTRZE ŚWIĄTYNI, W KTÓRYM PODDANI Z ZAPAŁEM ĆWICZĄ SWOJĄ ULEGŁOŚĆ, A DOSTOJNICY — DZIENNĄ GIMNASTYKĘ POWAGI.

Nad kaplicą wzno­si­ły się jesz­cze dwie kon­dy­gna­cje, każ­da mie­szczą­ca jed­ną prze­stron­ną sa­lę z drew­nia­nym stro­pem. Niż­sza z nich by­ła do­stęp­na przez scho­dy ukry­te w gru­bo­ści mu­ru, ogrze­wa­na ko­min­kiem i wy­po­sa­żo­na w drew­nia­ny wy­kusz la­try­no­wy — de­tal ma­ło re­pre­zen­ta­cyj­ny, lecz nie­zbęd­ny, na­wet w są­siedz­twie re­li­kwii. Obie kon­dy­gna­cje nad ka­pli­cą prze­zna­czo­no przy­pu­szczal­nie dla ry­cer­skiej stra­ży, któ­rej przy­padł w udzia­le za­szczyt czu­wa­nia nad kró­lew­ski­mi klej­no­ta­mi i za­pew­ne wal­ki z nu­dą, któ­rej nie da­ło się po­ko­nać na­wet mie­czem.

ELEWACJE WIELKIEJ WIEŻY: WARSTWY CZASU BEZ UPIĘKSZEŃ – JASNE PARTIE TO STAN Z LAT 1357–1365, BŁĘKITY ZDRADZAJĄ PÓŹNORENESANSOWE POPRAWKI Z KOŃCA XVI WIEKU, A ZIELENIE POKAZUJĄ DZIEWIĘTNASTOWIECZNE DOPISKI HISTORII. RYS. Z. CHUDÁREK, 1991.

Mur obronny za­my­kał don­żon szczel­nym pier­ście­niem, od­ci­na­jąc go od re­szty zam­ku jak twier­dzę w twier­dzy. Straż­ni­cy od­by­wa­ją­cy tam służ­bę po­ru­sza­li się wy­łącz­nie po je­go ko­ro­nie, po­zba­wie­ni do­stę­pu do kry­te­go chod­ni­ka, któ­ry łą­czył don­żon z wie­żą środ­ko­wą. Przed de­szczem i wia­trem chro­ni­ły ich je­dy­nie na­roż­ne wie­ży­czki, więc war­tę peł­nio­no tam ra­czej z upo­rem niż z wy­go­dą. Obro­nę sa­me­go don­żo­nu po­wie­rzo­no ma­nom – drob­ne­mu ry­cer­stwu w służ­bie moż­nych, któ­re za ho­nor mu­sia­ło uwa­żać to, co bo­ga­tsi na­zy­wa­li obo­wiąz­kiem.

WIELKĄ WIEŻĘ OTOCZYŁ WŁASNY MUR Z WIEŻYCZKAMI W NAROŻACH, TWORZĄCYMI WYRAŹNĄ, NIEZALEŻNĄ SYLWETĘ W RAMACH ZAMKOWEGO UKŁADU

Jeszcze w XVI wieku źró­dła wspo­mi­na­ją o sze­ściu z nich peł­nią­cych noc­ną war­tę na gór­nej ga­le­rii Wiel­kiej Wie­ży. Ich za­wo­ła­nie – „da­lej od zam­ku, da­lej, od­puść, a nie sta­nie się nie­szczę­ście nie­spo­dzie­wa­ne” – brzmia­ło bar­dziej jak prze­stro­ga niż roz­kaz. Praw­do­po­do­bnie oprócz gór­nej czę­ści don­żo­nu zaj­mo­wa­li też dol­ną kon­dy­gna­cję wie­ży środ­ko­wej, by w ra­zie po­trze­by móc szyb­ko zbli­żyć się do wład­cy. Trud­no po­wie­dzieć, czy czu­li się przez to waż­ni, ale z pew­no­ścią by­li naj­bli­żej mo­nar­chy w chwi­lach, gdy ten naj­mniej po­trze­bo­wał to­wa­rzy­stwa.

PLAN ZAMKU: 1. DONŻON, 2. WIEŻA MARIACKA, 3. PAŁAC CESARSKI, 4. PIERWSZA BRAMA, 5. DRUGA BRAMA, 6. TRZECIA BRAMA, 7. WIELKI DZIEDZINIEC, 8. WIEŻA STUDZIENNA, 9. SIEDZIBA BURGRABIÓW

Pierwszą bramę wjaz­do­wą umiesz­czo­no na pół­noc­no-wschod­nim sto­ku wzgó­rza, tuż po­ni­żej don­żo­nu, tam, gdzie dro­ga pod­ja­zdo­wa za­czy­na­ła przy­po­mi­nać wspi­na­czkę. Chro­ni­ła ją dwu­kon­dy­gna­cyj­na wie­ża, od­cię­ta od przed­po­la głę­bo­kim prze­ko­pem, nad któ­rym prze­rzu­co­no drew­nia­ny, czę­ścio­wo zwo­dzo­ny most. Nad prze­ja­zdem znaj­do­wał się por­tal pro­wa­dzą­cy na chod­nik w ko­ro­nie mu­rów, skąd straż­ni­cy mo­gli do­glą­dać dzie­dziń­ca i świa­ta, któ­ry miał do zam­ku co­raz mniej do­stę­pu.

PIERWSZA BRAMA, KTÓRA ZAMYKAŁA DOSTĘP DO ZAMKU NICZYM KLAMRA NA PRZEDPOLU WAROWNI

Mur piętrzył się da­lej ku nie­wiel­kiej, czwo­ro­bocz­nej basz­cie, za­pe­wnia­ją­cej im schro­nie­nie w cza­sie nie­po­go­dy i oka­zję do ziew­nię­cia w miej­scu o stra­te­gicz­nym zna­cze­niu, po czym łą­czył się z ob­wa­ro­wa­nia­mi don­żo­nu, two­rząc li­nię obro­ny tak prze­my­śla­ną, że na­wet wiatr mu­siał tu­taj pro­sić o po­zwo­le­nie na wej­ście.

OBWAROWANIA POD DONŻONEM — MIEJSCE, W KTÓRYM ARCHITEKTURA PRZEJMUJE KONTROLĘ NAD TERENEM

Druga brama otwie­ra się na wy­dłu­żo­ny dzie­dzi­niec bieg­ną­cy ze wscho­du na za­chód, dziś już od­le­gły od swo­je­go śre­dnio­wiecz­ne­go pier­wo­wzo­ru. Pier­wo­tnie sie­dzi­ba bur­gra­biów mie­ści­ła się nad wej­ściem do kom­ple­ksu stu­dzien­ne­go, lecz z bie­giem lat bu­dy­nek roz­ra­stał się, jak­by wła­dza lo­kal­na po­trze­bo­wa­ła co­raz wię­cej miej­sca na swo­je obo­wiąz­ki. W XV i XVI wie­ku po­wsta­ło skrzy­dło po­łu­dnio­we, za­cho­wa­ne do dziś, a ko­lej­ne do­bu­do­wy sto­pnio­wo zam­knę­ły ten plac nie­mal z każ­dej stro­ny.

REKONSTRUKCJA DRUGIEJ BRAMY I DOMU BURGRABIEGO — FRAGMENT, KTÓRY Z BIEGIEM LAT DOSTAWAŁ KOLEJNE PRZYBUDÓWKI W RYTMIE ROZWIJAJĄCEJ SIĘ ADMINISTRACJI

Nie była to re­zy­den­cja peł­na splen­do­ru, ra­czej so­lid­ne za­ple­cze ad­mi­ni­stra­cyj­ne zam­ku — z kom­na­tą wa­sa­li ry­cer­skich, po­miesz­cze­nia­mi bur­gra­bie­go i biu­ra­mi za­rzą­du go­spo­dar­cze­go, w któ­rych śre­dnio­wiecz­na bu­chal­te­ria spo­ty­ka­ła się z ry­cer­ską god­no­ścią. W póź­niej­szych la­tach, mię­dzy 1755 a 1884 ro­kiem, w tych sa­mych mu­rach mie­ści­ły się miesz­ka­nia i kan­ce­la­rie Za­kła­du Szlach­cia­nek, co do­wo­dzi, że hi­sto­ria zam­ku zna róż­ne obli­cza służ­by.

DZIEDZINIEC WIELKI Z POŁUDNIOWYM SKRZYDŁEM, JEDYNYM ŚLADEM DAWNYCH KOMNAT WASALSKICH I BIUR BURGRABIEGO

Z dziedzińca scho­dzi się do ze­spo­łu zam­ko­wej stud­ni, w któ­re­go oto­cze­niu mie­ści­ły się przed wie­ka­mi pie­kar­nia, pral­nia i in­ne bu­dyn­ki go­spo­dar­cze – skrom­ne za­ple­cze co­dzien­no­ści w cie­niu ce­sar­skich mu­rów. Daw­niej wo­dę do­pro­wa­dza­no tu z po­to­ku Mo­řin­skie­go pod zam­kiem po­przez spe­cjal­ny, po­głę­bio­ny ka­nał, co wy­ma­ga­ło wię­cej cier­pli­wo­ści niż tech­ni­ki. Sa­ma stud­nia mie­rzy oko­ło osiem­dzie­siat me­trów głę­bo­ko­ści, lecz słup wo­dy się­ga le­dwie dzie­się­ciu – wy­star­cza­ją­co, by uga­sić prag­nie­nie, ale zbyt ma­ło, by uci­szyć cie­ka­wość, jak w ogó­le zdo­ła­no ją wy­ko­pać.

WERSJA CYFROWA WNĘTRZA WIEŻY STUDZIENNEJ Z 1906 ROKU SUGERUJE, ŻE PRZESZŁOŚĆ LUBI BYĆ WYGŁADZONA DO PUNKTU, W KTÓRYM NAWET DRZAZGA NIE MA ODWAGI ZAISTNIEĆ

Po wschodniej stro­nie wiel­kie­go dzie­dziń­ca wzno­si się trze­cia bra­ma, ozdo­bio­na ka­mien­nym her­bem Ja­na Bo­ř­ity z Mar­ti­nic, bur­gra­bie­go karl­štejn­skie­go z XVI wie­ku (1554–1577). Pro­wa­dzi ona na nie­wiel­ki, za­cisz­ny pla­cyk, z któ­re­go wcho­dzi się do Pa­ła­cu Ce­sar­skie­go – miej­sca, do któ­re­go wcho­dzi­ło się nie z cie­ka­wo­ści, lecz dla­te­go, że ta­ki był po­rzą­dek rze­czy.

WIDOK Z WIELKIEGO DZIEDZIŃCA NA ZAMEK WYSOKI, KTÓRY TRZECIĄ BRAMĄ WPROWADZA W ŚWIAT CESARSKIEJ RANGI I DWORSKIEJ DYSKRECJI

Pałac ów wzniesiono ja­ko bu­do­wlę jed­no­trak­to­wą, sze­ro­ką na nie­speł­na trzy­na­ście me­trów, za to roz­ciąg­nię­tą z roz­ma­chem na dłu­gość sześć­dzie­się­ciu sze­ściu. W je­go wscho­dniej czę­ści wy­ro­sła pół­okrą­gła wie­ża, o jed­no pię­tro wyż­sza od re­szty, jak­by z pew­nym sa­mo­za­do­wo­le­niem spo­glą­da­jąc na swo­ją niż­szą to­wa­rzy­szkę. Ca­łość za­my­ka krót­kie skrzy­dło pół­no­cno-wscho­dnie, łą­czą­ce się z kor­pu­sem głów­nym i do­my­ka­ją­ce za­ło­że­nie spo­koj­ną, wy­wa­żo­ną li­nią. Pa­łac po­sia­dał piw­ni­cę, przy­zie­mie, dwa pię­tra mu­ro­wa­ne i trze­cie w kon­stru­kcji szkie­le­to­wej – układ, któ­ry rów­nie do­brze mógł wy­ni­kać z po­trze­by prak­ty­czno­ści, co z ka­pry­su este­ty.

PAŁAC CESARSKI (PO PRAWEJ) ROZSUWA SIĘ NA SKALE JAK BRYŁA, KTÓRA DOSKONALE WIE, ŻE DŁUGOŚĆ TEŻ BYWA ARGUMENTEM

Od zachodu na dzie­dzi­niec pro­wa­dzi­ła ram­pa scho­dzą­ca do piw­nic, a przy­zie­mie otwie­ra­ło się czte­re­ma mo­nu­men­tal­ny­mi ar­ka­da­mi, pod któ­ry­mi, jak gło­si­ła tra­dy­cja, nie­gdyś stał po­wóz prze­zna­czo­ny do prze­wo­że­nia kró­lew­skich in­sy­gniów do Pra­gi. Na par­te­rze mie­ści­ły się staj­nie, piw­ni­ce, spi­żar­nie i szo­py – to nie­od­zow­ne za­ple­cze co­dzien­no­ści, któ­re przy­po­mi­na­ło, że na­wet naj­oka­zal­sze re­zy­den­cje mu­szą pach­nieć sia­nem, wi­nem i ku­rzem, je­śli ma­ją ucho­dzić za na­praw­dę ży­we.

PRZEKRÓJ WIEŻY MARIACKIEJ I PAŁACU ŁĄCZY W SOBIE MASYWNOŚĆ MURU I SMUKŁOŚĆ POŁACI DACHOWYCH, Z ARKADOWYM GANKIEM JAK UPRZEJMYM PRZYPOMNIENIEM, ŻE ARCHITEKTURA TEŻ BYWA TOWARZYSKA

Pierwsze piętro pa­ła­cu po­cząt­ko­wo skła­da­ło się z du­żej sa­li i mniej­szej ko­mo­ry – ukła­du pro­ste­go, lecz god­ne­go epo­ki, gdy sy­me­tria by­ła nie­mal cno­tą. Z cza­sem jed­nak uzna­no, że prze­strzeń war­to upo­rząd­ko­wać, i wsta­wio­no ścian­ki dzia­ło­we, któ­re po­dzie­li­ły ją na trzy mniej­sze kom­na­ty. Naj­oka­zal­sza z nich, zwa­na Bia­łą Sie­nią, by­ła ser­cem ca­łej kon­dyg­na­cji. Trzy ok­na wpu­szcza­ły do środ­ka świa­tło i cie­pło, a ka­mien­ne ła­wy w ni­szach za­chę­ca­ły do roz­mów o spra­wach po­waż­nych i bła­hych. W jej pół­noc­nej ścia­nie umie­szczo­no du­ży ko­mi­nek, któ­ry nie tyl­ko ogrze­wał, ale i do­da­wał wnę­trzu ma­je­sta­tu.

WNĘTRZE, W KTÓRYM PIERWSZE PIĘTRO POKAZUJE SWÓJ SPOKOJNY PRAKTYCZNY WYMIAR BEZ DWORSKICH FAJERWERKÓW

Po stronie wscho­dniej znaj­do­wa­ła się mniej­sza kom­na­ta z jed­nym ok­nem i ostro­łu­ko­wym por­ta­lem pro­wa­dzą­cym do pół­ko­li­stej wie­ży, gdzie urzą­dzo­no ka­pli­cę św. Mi­ko­ła­ja – du­cho­wą en­kla­wę w świe­cie co­dzien­ne­go zgieł­ku. Po prze­ciw­nej stro­nie Sie­ni mie­ści­ła się iz­ba wy­ło­żo­na drew­nem, prak­ty­czna i przy­tul­na, oświe­tlo­na pię­cio­ma ma­ły­mi, ostro­łu­ko­wy­mi okien­ka­mi. Ca­łe pię­tro wraz z ka­pli­cą prze­zna­czo­ne by­ło dla dwo­rzan to­wa­rzy­szą­cych kró­lo­wi – lu­dzi, któ­rzy wie­dzie­li, że ka­rie­ra wy­ma­ga wię­cej ukło­nów niż ta­len­tu, a pro­sty krę­go­słup ła­two ła­mie się o próg wła­dzy.

KAPLICA ŚW. MIKOŁAJA TWORZY INTYMNY KONTRAPUNKT DLA PRZESTRONNYCH SAL PIERWSZEGO PIĘTRA

Drugie piętro pa­ła­cu da­wa­ło wład­cy to, cze­go nie za­pew­niał mu ża­den tron – chwi­lę sa­mo­tno­ści nie­ob­cią­żo­nej okla­ska­mi. Prze­strzeń tu­taj po­dzie­lo­no ścian­ka­mi na czte­ry kom­na­ty, z któ­rych każ­da mia­ła swo­je prze­zna­cze­nie i odro­bi­nę dwor­skie­go prze­py­chu. Wscho­dnia kom­na­ta po­sia­da­ła dwa po­łu­dnio­we ok­na, ko­mi­nek oraz wy­kusz la­try­no­wy – szcze­gół nie­zbęd­ny w ży­ciu, lecz po­mi­ja­ny w kro­ni­kach. Uzna­je się, że by­ła to sy­pial­nia, zwa­na też Pry­wa­tną Kom­na­tą Ka­ro­la, a po­miesz­cze­nie w wie­ży peł­ni­ło funk­cję ora­to­rium, po­świę­co­ne­go póź­niej we­dług tra­dy­cji św. Wa­cła­wo­wi.

TUTAJ ZACZYNAŁ SIĘ PAŁAC BEZ PUBLICZNOŚCI Z PRZEJŚCIEM DO WIEŻY I KILKOMA METRAMI SPOKOJU W BONUSIE

Tuż obok ulo­ko­wa­no iz­bę z ok­nem w wy­ku­szu i ścia­na­mi obi­ty­mi drew­nem. Strop zdo­bi­ły ma­lo­wi­dła i rzeź­bio­ne or­na­men­ty – wy­star­cza­ją­co wy­twor­ne, by przy­po­mi­na­ły, że na­wet ce­sarz po­trze­bu­je od­po­wie­dnie­go tła dla wła­sne­go au­to­ry­te­tu. Przyj­mu­je się, że wła­śnie tu mie­ści­ła się Sa­la Au­dien­cyj­na – miej­sce, w któ­rym wcho­dzo­no z po­chy­lo­ną gło­wą, a wy­cho­dzo­no z ul­gą, że jesz­cze ją ma się na kar­ku.

W SALI AUDIENCYJNEJ NA KARLŠTEJNIE PANOWAŁ TEN RODZAJ CISZY, KTÓRY PRZYPOMINAŁ, ŻE ŻARTY KOŃCZĄ SIĘ PRZED DRZWIAMI

W kolejnej kom­na­cie tej kon­dyg­na­cji ścia­ny aż do koń­ca XVI wie­ku zdo­bi­ły po­li­chro­mie przed­sta­wia­ją­ce mi­tycz­nych i rze­czy­wi­stych przod­ków Ka­ro­la. Z te­go po­wo­du jej wnę­trze zy­ska­ło dum­ne mia­no Sa­li Przod­ków – ga­le­rii, w któ­rej ge­ne­alo­gia spo­ty­ka­ła się z po­li­ty­ką, a brak po­do­bień­stwa do ory­gi­na­łu ni­gdy nie sta­no­wił prze­szko­dy. Z tej sa­li pro­wa­dził kry­ty ga­nek łą­czą­cy Pa­łac Ce­sar­ski z pier­wszym pię­trem Wie­ży Ma­ria­ckiej, za­pew­ne po to, by ce­sarz mógł udać się do ko­ścio­ła bez tru­du, któ­ry tak pięk­nie uszla­che­tnia pod­da­nych.

W TYM CICHYM PRZEJŚCIU PANOWAŁ KOMFORT WŁADCY, KTÓRY WOLAŁ OSZCZĘDZAĆ SWOJE SZLACHETNE ŁYDKI

Ostatnie, za­cho­dnie po­mie­szcze­nie dru­gie­go pię­tra zwa­no Sa­lą Bie­siad­ną. Pro­wa­dził z niej wą­ski por­tal na ga­nek są­sie­dnie­go mu­ru obron­ne­go oraz ze­wnętrz­ne scho­dy do niż­szej kon­dyg­na­cji. To tam koń­czy­ły się au­dien­cje i za­czy­na­ły plo­tki – zgod­nie z daw­ną za­sa­dą, że po­li­ty­ka naj­le­piej sma­ku­je przy sto­le.

PORTALE Z ZAMKU KARLŠTEJN TWORZĄ GALERIĘ, W KTÓREJ KAŻDE WEJŚCIE UWAŻA SIĘ ZA NAJWAŻNIEJSZE I NIE ZAMIERZA TEGO UKRYWAĆ

Z sypialni pro­wa­dzi­ły spi­ral­ne scho­dy, któ­re łą­czy­ły ją z trze­cim pię­trem, gdzie w XVI wie­ku miesz­ka­ła kró­lo­wa wraz z or­sza­kiem, cie­sząc się wi­do­kiem i przy­wi­le­jem wy­so­ko­ści. Pię­tro to mia­ło kon­struk­cję sza­chul­co­wą i wy­róż­nia­ło się sze­ścio­ma ozdob­ny­mi wy­ku­sza­mi po stro­nie po­łu­dnio­wej, dzię­ki któ­rym pa­łac zy­ski­wał lek­kość, a miesz­kań­cy – nie­co wię­cej świa­tła. Wszy­stkie kom­na­ty – za­rów­no tu­taj jak i na niż­szych kon­dyg­na­cjach – na­kry­wa­ły drew­nia­ne stro­py z po­prze­czny­mi, rzeź­bio­ny­mi bel­ka­mi, któ­re mil­cza­ły z god­no­ścią, jak przy­sta­ło na świad­ków wie­lu dwor­skich unie­sień i upad­ków.

PLAN AUTORSTWA JOSEFA MOCKERA Z 1888 ROKU PRZEDSTAWIA TRZECIE PIĘTRO PAŁACU W CZYTELNEJ UKŁADANCE LINII

Pomiędzy Pałacem Ce­sar­skim a Don­żo­nem wznie­sio­no trze­cią do­mi­nan­tę zam­ku – czwo­ro­bo­czną wie­żę zwa­ną Ko­ściel­ną lub Ma­ria­cką, o wy­mia­rach 23 na 16 me­trów i mu­rach gru­bo­ści trzech me­trów. Jej przy­zie­mie by­ło do­stęp­ne przez zwo­dzo­ny mo­stek w za­chod­niej ścia­nie, pro­wa­dzą­cy na mur obron­ny, co po­zwa­la­ło po­łą­czyć po­boż­ność z ostro­żno­ścią. Wie­ża li­czy czte­ry kon­dy­gna­cje, z któ­rych naj­wyż­sza, daw­niej wy­ko­na­na w kon­stru­kcji sza­chul­co­wej, gó­ro­wa­ła nad zam­kiem ni­czym znak, że na­wet mo­dli­twa wy­ma­ga od­po­wie­dnie­go pun­ktu wi­do­ko­we­go. Z dru­gie­go pię­tra wiódł drew­nia­ny, za­da­szo­ny po­most, któ­ry łą­czył wie­żę z mu­rem obron­nym i po­łu­dnio­wym ry­za­li­tem Don­żo­nu, po­zwa­la­jąc ce­sa­rzo­wi za­cho­wać dy­stans – za­rów­no wy­so­ko­ści, jak i sta­nu.

PRZEKRÓJ I WIDOK WIEŻY MARIACKIEJ NA RYSUNKU Z 1835 ROKU UKAZUJĄ JĄ W STYLU ZDECYDOWANIE TECHNICZNYM

Na drugim pię­trze wie­ży mie­ści­ła się ob­szer­na sa­la, w któ­rej urzą­dzo­no ko­ściół Wnie­bo­wzię­cia Pan­ny Ma­rii. W pier­wszym okre­sie bu­do­wy zam­ku peł­ni­ła ona jed­nak zu­peł­nie in­ną funk­cję – znaj­do­wa­ła się tu za­pew­ne pry­wa­tna skarb­ni­ca Ka­ro­la IV, do któ­rej przy­le­ga­ła nie­wiel­ka ka­pli­ca, zna­na pod na­zwą ka­pli­cy św. Ka­ta­rzy­ny. W skar­bcu Ka­rol gro­ma­dził licz­ne ko­le­kcje przed­mio­tów, któ­re uzna­wał za naj­cen­niej­sze na świe­cie, czy­li głów­nie świę­te człon­ki uło­żo­ne w mi­ster­nych skrzyn­kach re­li­kwia­rzo­wych. Ce­sarz strzegł ich z ta­ką gor­li­wo­ścią, z ja­ką in­ni bro­nią gra­nic swo­ich państw, jak­by owe szcząt­ki mia­ły więk­szą moc niż ro­zum i do­świad­cze­nie ra­zem wzię­te.

WNĘTRZE WIEŻY MARIACKIEJ ODSŁANIA PRZESTRZEŃ, W KTÓREJ ŚCIANY PRZYZNAJĄ SIĘ DO SWOJEGO WIEKU BEZ ZBĘDNEGO WZDYCHANIA

Dopiero w późniejszym eta­pie, gdy po­boż­ność za­czę­ła ustę­po­wać po­trze­bie re­pre­zen­ta­cji, wnę­trze skar­bca prze­bu­do­wa­no na świą­ty­nię. W 1357 ro­ku Ka­rol IV ufun­do­wał przy niej ka­pi­tu­łę karl­štejn­ską, czy­niąc z te­go miej­sca du­cho­we ser­ce ca­łej wa­ro­wni. Ko­ściół oświe­tla­ły z dwóch stron ok­na z ka­mien­ny­mi ła­wa­mi we wnę­kach, a jej ścia­ny po­kry­wa­ły ma­lo­wi­dła o te­ma­ty­ce bi­blij­nej au­tor­stwa Mi­ko­ła­ja Wurm­se­ra ze Stras­bur­ga, ar­ty­sty któ­ry po­tra­fił na­dać na­wet świę­tym ry­sy dwo­rzan – spo­koj­nych, do­stoj­nych i dy­skret­nie za­do­wo­lo­nych z sie­bie.

SCENY APOKALIPSY W KOŚCIELE WMP W WIEŻY MARIACKIEJ PRZEDSTAWIAJĄ WIZJĘ ŚREDNIOWIECZNEGO ARTYSTY, W KTÓREJ ŚWIAT DŹWIGA CIĘŻAR OSTATECZNEGO PRZEZNACZENIA

ZWIEDZANIE


Karlštejn zaj­mu­je wy­jąt­ko­we miej­sce wśród cze­skich zam­ków – nie tyl­ko dla­te­go, że prze­trwał wie­ki w zna­ko­mi­tym sta­nie, lecz prze­de wszyst­kim dzię­ki po­my­sło­wi, któ­ry wię­cej mó­wi o cha­ra­kte­rze je­go fun­da­to­ra niż o epo­ce. Ka­rol IV stwo­rzył bo­wiem bu­do­wlę, w któ­rej su­ro­wość twier­dzy spo­ty­ka się z wy­go­dą re­zy­den­cji wład­cy pra­gną­ce­go jed­no­cze­śnie się mo­dlić, bły­szczeć i rzą­dzić. Za­mek miał chro­nić i bu­dzić re­spekt, ale też świad­czyć o ce­sar­skim gu­ście – al­bo, jak kto wo­li, o prze­ko­na­niu, że Bóg i mu­rarz po­tra­fią zna­ko­mi­cie współ­pra­co­wać, je­śli ma­ją wspól­ny in­te­res.

KARLŠTEJN STOI TAK WYSOKO, ŻE WYDAJE SIĘ SPEŁNIENIEM IDEI, W KTÓREJ POBOŻNOŚĆ MA BYĆ CHRONIONA A PRÓŻNOŚĆ WYRAŹNIE EKSPONOWANA

Tę mieszaninę pra­kty­czno­ści i am­bi­cji naj­le­piej wi­dać w Wiel­kiej Wie­ży, czy­li Don­żo­nie, któ­ra na­wią­zu­je do fran­cu­skich i an­giel­skich wzor­ców z X–XII wie­ku, choć w prze­ci­wień­stwie do nich po­zba­wio­no ją sys­te­mu baszt flan­ku­ją­cych. Za­miast te­go po­ja­wi­ły się pro­sto­kąt­ne ok­na – drob­ny, ale wy­mo­wny szcze­gół, zdra­dza­ją­cy, że go­tyk, wciąż za­pa­trzo­ny w ide­ały wznio­sło­ści, za­czy­nał już ule­gać po­ku­sie wy­go­dy i świa­tła. Moż­na więc po­wie­dzieć, że oto po­wsta­ła twier­dza, w któ­rej po­boż­ność ma gru­be mu­ry, a próż­ność świet­ny wi­dok z ok­na.

WIELKA WIEŻA KRYJE PRZESTRZEŃ, KTÓRA WCIĄŻ TRWA W PÓŁMROKU, ALE EKSPERYMENT Z OKNAMI PRZYJMUJE JAK CICHĄ PROPOZYCJĘ ZMIANY

Największym skarbem Karl­štej­nu po­zo­sta­je ka­pli­ca św. Krzy­ża, dzie­ło bez od­po­wie­dni­ka w ca­łej Eu­ro­pie, oraz bo­ga­to zdo­bio­na ka­pli­ca św. Ka­ta­rzy­ny, gdzie o po­ko­rze przy­po­mi­na już tyl­ko we­zwa­nie, bo re­szta to czy­sta de­mon­stra­cja ce­sar­skie­go splen­do­ru. Los jed­nak ob­szedł się z zam­kiem mniej po­boż­nie. W XIX wie­ku część je­go za­bu­do­wy ro­ze­bra­no – zbu­rzo­no dom bur­gra­bie­go i oba bu­dyn­ki bram­ne, by wkrót­ce wznieść je na no­wo, zgod­nie z mod­nym wte­dy spoj­rze­niem na prze­szłość. Z te­go sa­me­go cza­su po­cho­dzą też no­we da­chy obu głów­nych wież, dzię­ki któ­rym Karl­štejn znów wy­glą­da tak, jak – zda­niem XIX wie­ku – wy­glą­dać po­wi­nien.

TEN WIDOK NA OBIE WIEŻE PRZYPOMINA, ŻE KARLŠTEJN JEST DOWODEM NA TO, IŻ XIX WIEK POTRAFIŁ ODMALOWAĆ GOTYK Z WDZIĘKIEM WŁASNEJ WYOBRAŹNI

Dziś Karlštejn to je­den z naj­bar­dziej zna­nych zam­ków w Cze­chach – a więc i je­den z naj­bar­dziej oble­ga­nych. Zwie­dza się go we­dług ty­po­wo cze­skie­go po­my­słu – wszy­stko ma tu­taj swój po­rzą­dek, lecz nie­ko­nie­cznie w tem­pie, któ­re od­po­wia­da przy­je­zdnym. Za­mek po­dzie­lo­no na kil­ka tras te­ma­ty­cznych pro­wa­dzą­cych w róż­ne czę­ści kom­ple­ksu, co po­zwa­la wra­cać wie­lo­kro­tnie i za każ­dym ra­zem od­kry­wać coś no­we­go – pod wa­run­kiem, że ma się wy­star­cza­ją­co du­żo cza­su, cier­pli­wo­ści i ko­ron.

WIZYTÓWKA ZAMKU KARLŠTEJN, CZYLI PAMIĄTKOWY KARTONIK Z PEŁNEJ WDZIĘKU CZESKIEJ SERII “TURISTICKÁ VIZITKA”

Dla tu­ry­sty z Pol­ski to roz­wią­za­nie by­wa mniej ła­ska­we – że­by zo­ba­czyć ca­łość, trze­ba ku­pić kil­ka bi­le­tów, cze­kać na ko­lej­ne gru­py i pil­no­wać go­dzin jak w urzę­dzie. W prak­ty­ce koń­czy się to za­zwy­czaj tak, że po ca­łym dniu czło­wiek wie o Karl­štej­nie mniej wię­cej ty­le, co o cze­skiej te­le­wi­zji: coś wi­dział, coś sły­szał, ale sen­su ca­ło­ści do koń­ca nie ogar­nia.

NA TYM DZIEDZIŃCU WIDAĆ, ŻE ZWIEDZANIE KARLŠTEJNU TO ĆWICZENIE W ZARZĄDZANIU CZASEM, W KTÓRYM MURY ZAPRASZAJĄ A GRAFIK PILNUJE DYSYPLINY

Kasy biletowe ulo­ko­wa­no w daw­nym bu­dyn­ku bur­gra­bie­go, co zgrab­nie roz­wią­zu­je lo­gi­sty­kę i jesz­cze le­piej we­ry­fi­ku­je cha­ra­kter od­wie­dza­ją­cych. Wej­ście na dzie­dzi­niec zam­ku śre­dnie­go po­zo­sta­je dar­mo­we, więc kto wy­jąt­ko­wo re­stry­kcyj­nie za­rzą­dza swo­im bud­że­tem, mo­że tu le­gal­nie po­czuć po­wiew hi­sto­rii nie wy­da­jąc ani ko­ro­ny. Da­lej jed­nak za­czy­na się gra o bi­le­ty. Przy bra­mie, ozdo­bio­nej her­bem Ja­na Bo­ř­ity z Mar­ti­nic, cze­ka prze­wo­dnik, któ­ry z ka­mien­nym spo­ko­jem wpro­wa­dza nas w świat za­pla­no­wa­ny przez sce­na­riusz wy­cie­czki – a więc ta­ki, w któ­rym wi­dzi­my do­kład­nie to, co prze­wi­dzia­no, i ani ka­wał­ka wię­cej.

ŚWIEŻO ODNOWIONE TOALETY W DOMU BURGRABIEGO W BONUSIE Z WIDOKIEM NA LASY NAD BEROUNKĄ, IDEALNE DLA TYCH, KTÓRZY LUBIĄ ŁĄCZYĆ POTRZEBY Z KONTEMPLACJĄ

Najbliżej bramy znaj­du­je się Pa­łac Ce­sar­ski, gdzie wi­ta nas Sa­la Dwor­ska – prze­strzeń, w któ­rej kró­lew­ska świ­ta zbie­ra­ła się, by de­ba­to­wać, plo­tko­wać i uda­wać sku­pie­nie. Ścia­ny i strop ocie­plo­no tu w XIV wie­ku bo­aze­rią, co do­wo­dzi, że na­wet w epo­ce wznio­słych idei do­ce­nia­no cie­pło bar­dziej przy­ziem­ne. Z Sa­li Dwor­skiej prze­cho­dzi­my do Sa­li Ry­cer­skiej, gdzie mię­dzy ok­na­mi usta­wio­no sza­fy na broń; każ­dą z ma­lo­wa­nym her­bem wła­ści­cie­la ni­czym lo­go wcze­snej wer­sji ego, któ­re dziś chęt­nie no­si­my na ko­szul­kach.

SALA RYCERSKA WITA NAS RZĘDEM SZAF, KTÓRE PRZEKONUJĄ, ŻE BRANDING MA DŁUŻSZĄ TRADYCJĘ NIŻ NAM SIĘ WYDAJE

Kie­dy każ­dy już zna­lazł swo­ją sza­fę, czas zaj­rzeć tam, gdzie trzy­ma­no su­mie­nie. Od wscho­du prze­strzeń za­my­ka ka­pli­ca św. Mi­ko­ła­ja, wci­śnię­ta w pół­cy­lin­dry­czną wie­żę, z go­ty­cką rzeź­bą świę­te­go na oł­ta­rzu – ory­gi­na­łem z cza­sów Ka­rol­a IV, któ­ry, jak wi­dać, wie­rzył, że na­wet świę­ci po­win­ni do­brze wy­glą­dać w kon­te­kście ar­chi­te­kto­ni­cznym.

ŚWIĘTY W KAPLICY MIKOŁAJA TRWA OD EPOKI KAROLA IV Z DYSTANSEM GODNYM PRAWDZIWEGO ORYGINAŁU

Wchodzimy teraz do pry­wa­tnej kom­na­ty Ka­ro­la IV, miej­sca w któ­rym ce­sarz i je­go syn Wa­cław za­trzy­my­wa­li się pod­czas po­by­tów na Karl­štej­nie. To prze­strzeń bar­dziej oso­bi­sta niż re­pre­zen­ta­cyj­na, choć wła­dza nie re­zy­gno­wa­ła tu z wy­go­dy ani z ge­stu. Ścia­ny ocie­plo­no dra­pe­rią bę­dą­cą ko­pią tka­ni­ny na­le­żą­cej nie­gdyś do sa­me­go Ka­ro­la, świa­de­ctwem że na­wet świę­ty ce­sarz wo­lał sy­piać w cie­ple niż w asce­zie.

TO WŁAŚNIE TUTAJ CESARZ ODSTAWIAŁ CEREMONIAŁ NA PÓŁKĘ I ZOSTAWAŁ ZWYKŁYM ŚPIĄCYM CZŁOWIEKIEM

Wśród nielicznych za­cho­wa­nych przed­mio­tów oso­bi­stych ce­sa­rza znaj­du­je się mar­mu­ro­wa fi­gu­ra Ma­don­ny z pier­wsze­go ćwierć­wie­cza XIV wie­ku, pre­zent od Fran­cji, któ­ra wte­dy jesz­cze wie­rzy­ła, że dy­plo­ma­cja mo­że mieć twarz Ma­tki Bo­skiej. Obok stoi po­dróż­ny oł­tarz, dy­ptyk pę­dzla Tom­ma­sa da Mo­de­na, wło­skie­go ma­la­rza, któ­ry na cze­skim dwo­rze zdo­łał po­łą­czyć wło­ską mięk­kość for­my z dy­scy­pli­ną ce­sar­skie­go gu­stu.

DYPTYK MODENY I FRANCUSKA MADONNA STOJĄ OBOK SIEBIE JAK DWIE SZTUKI SPECJALIZUJĄCE SIĘ W USPOKAJANIU WŁADCÓW

Z sypialni cesarza wy­cho­dzi­my do Sa­li Au­dien­cyj­nej, miej­sca gdzie koń­czy­ła się pry­wa­tność, a za­czy­nał ry­tu­ał. Ca­łe wnę­trze uno­si się pod po­li­chro­mo­wa­nym stro­pem z drew­nia­ny­mi ka­se­to­na­mi, któ­rych więk­szość pa­mię­ta jesz­cze cza­sy Ka­ro­la, a cie­pły ton drew­na ła­go­dzi su­ro­wość miej­sca stwo­rzo­ne­go ra­czej do ukło­nów niż do roz­mów. To tu­taj ce­sarz przyj­mo­wał go­ści i udzie­lał au­dien­cji, za­mie­nia­jąc wła­dzę w sta­ran­nie re­ży­se­ro­wa­ny spe­ktakl wia­ry i po­słu­szeń­stwa.

SALA AUDIENCYJNA - PETENCI STALI W BLASKU A CESARZ SIEDZIAŁ W PÓŁMROKU, CO TWORZYŁO RÓWNOWAGĘ IDEALNĄ Z PUNKTU WIDZENIA WŁADZY

Z Salą Audiencyjną są­sia­du­je głów­na re­pre­zen­ta­cyj­na prze­strzeń pa­ła­cu ce­sar­skie­go, zwa­na Sa­lą Przod­ków. To tu­taj Ka­rol IV ka­zał uwiecz­nić na ścia­nach ca­łe swo­je drze­wo ge­ne­alo­gi­czne – praw­dzi­we, na­cią­ga­ne i zu­peł­nie zmy­ślo­ne. Wi­ze­run­ki ce­sa­rzy, kró­lów i świę­tych mia­ły po­twier­dzić, że je­go miej­sce na tro­nie nie jest dzie­łem przy­pa­dku, lecz prze­zna­cze­nia. W śre­dnio­wie­czu bo­wiem ro­do­wód by­wał rów­nie waż­ny jak ko­ro­na, a im da­lej się­ga­ły ko­rze­nie, tym szyb­ciej ro­sło po­czu­cie wła­snej nie­omyl­no­ści.

PATRZĄC NA TE ŚCIANY MOŻNA ODNIEŚĆ WRAŻENIE, ŻE CESARZ UPRAWIAŁ RODOWÓD JAK OGRODNIK HODUJĄCY RZADKIE OKAZY — Z SERCEM I DOWOLNYM DOBOREM GATUNKÓW

Na ścianach Sali Przod­ków Ka­rol ka­zał stwo­rzyć drze­wo ge­ne­alo­gi­czne, któ­re za­czy­na­ło się od No­ego i ciąg­nę­ło przez rzym­skich ce­sa­rzy, kró­lów Eu­ro­py i ksią­żąt Bra­ban­cji, by osta­tecz­nie dojść do miej­sca, w któ­rym tra­dy­cja spo­tka­ła się z ma­nią wiel­ko­ści — do sa­me­go Ka­ro­la i je­go mał­żo­nek. W efek­cie po­wsta­ła ga­le­ria, w któ­rej dzie­je prze­ro­dzi­ły się w au­to­pro­mo­cję, a skrom­ność zo­sta­ła zło­żo­na w ofie­rze ra­zem z praw­dą. Obec­ne ma­lo­wi­dła po­cho­dzą z XVII i XVIII wie­ku, ale na­wią­zu­ją do star­szych wzor­ców, praw­do­po­do­bnie z cza­sów sa­me­go Ka­ro­la, któ­ry jak każ­dy am­bi­tny wład­ca chciał nie ty­le udo­ku­men­to­wać swo­je po­cho­dze­nie, co po­pra­wić dzie­ło stwo­rze­nia na wła­sny uży­tek.

WYSTARCZY SPOJRZEĆ WOKÓŁ BY ZROZUMIEĆ, ŻE GENEALOGIA BYŁA TU RACZEJ NARZĘDZIEM DO ROZBUDOWY EGO NIŻ DO SZUKANIA PRAWDY

Ostatnią dużą sa­lą re­pre­zen­ta­cyj­ne­go pię­tra pa­ła­cu ce­sar­skie­go jest Sa­la Bie­siad­na, na­zy­wa­na też Sa­lą Go­ścin­ną, miej­sce w któ­rym daw­ne uczty ustą­pi­ły miej­sca współ­cze­snej ga­le­rii. Dziś pre­zen­tu­je się tu część ko­le­kcji por­tre­tów cze­skich wład­ców i ce­sa­rzy Rze­szy, na­wią­zu­ją­cych do tej sa­mej lo­gi­ki co ga­le­ria przod­ków, choć tu po­ka­za­no ją w spo­sób znacz­nie bar­dziej upo­rząd­ko­wa­ny – pięć­dzie­siąt sie­dem twa­rzy na­tu­ral­nej wiel­ko­ści w rów­nych rzę­dach nie po­zo­sta­wia miej­sca na im­pro­wi­za­cję. Oprócz por­tre­tów wy­sta­wio­no tak­że naj­cen­niej­sze przed­mio­ty z póź­no­go­ty­ckie­go i re­ne­san­so­we­go wy­po­sa­że­nia Karl­štej­nu …i wy­star­czy wy­obra­zić so­bie te mi­ster­nie zdo­bio­ne mi­sy w rę­kach lu­dzi, któ­rzy uwa­ża­li umy­cie pal­ców za fa­na­be­rię.

W SALI GOŚCINNEJ NIE MA JUŻ BIESIADY, ALE WCIĄŻ PACHNIE HIERARCHIĄ UKŁADANĄ WZDŁUŻ ŚCIAN Z APTEKARSKĄ PRECYZJĄ

Po zwiedzeniu Pałacu Ce­sar­skie­go prze­wo­dnik pro­wa­dzi nas do Wie­ży Ko­ściel­nej, zwa­nej tak­że Wie­żą Ma­ria­cką, gdzie na wzór daw­ne­go skar­bca Ka­ro­la IV zgro­ma­dzo­no karl­štejn­skie ko­le­kcje, w tym uni­ka­to­wą se­rię or­na­tów z XV i XVI wie­ku. Obok nich po­ka­za­no re­li­kwie, któ­re naj­le­piej świad­czą o tym, jak sze­ro­ki był w śre­dnio­wie­czu ka­ta­log cu­dów, obej­mu­ją­ce mię­dzy in­ny­mi frag­men­ty kol­czug przy­pi­sy­wa­ne św. Wa­cła­wo­wi oraz gło­wę kro­ko­dy­la uwa­ża­ną przez stu­le­cia za gło­wę smo­ka po­ko­na­ne­go przez św. Je­rze­go, przy czym naj­wy­raź­niej ni­ko­mu nie prze­szka­dza­ło, że smok miał skó­rę, zę­by i kształt jak­by żyw­cem prze­nie­sio­ny z del­ty Ni­lu.

WIEŻA MARIACKA WITA KLIMATEM, KTÓRY RODZI SIĘ Z SUROWEJ PRZESTRZENI — NIC WIĘCEJ NIE TRZEBA

W wieży zgro­ma­dzo­no rów­nież przed­mio­ty z naj­cen­niej­sze­go wnę­trza Karl­štej­nu, ka­pli­cy św. Krzy­ża (je­śli ktoś za­po­mniał: to ta w Don­żo­nie). Wśród nich znaj­du­ją się dwie re­ne­san­so­we, in­tar­sjo­wa­ne sza­fy, wy­ko­rzy­sty­wa­ne swe­go cza­su ja­ko scho­wek na cze­skie ar­chi­wum, oraz jed­na z za­cho­wa­nych szaf go­ty­ckich, pa­mię­ta­ją­ca jesz­cze cza­sy, gdy prze­cho­wy­wa­no w niej nie tyl­ko do­ku­men­ty, ale i spo­kój su­mie­nia. O daw­nym prze­zna­cze­niu Karl­štej­nu przy­po­mi­na rów­nież re­pli­ka ko­ro­ny św. Wa­cła­wa, sym­bol cze­skiej mo­nar­chii, któ­rej ory­gi­nał spo­czy­wał w zam­ku od 1436 do 1619 ro­ku, za­nim wró­cił na Hrad­ča­ny, za­pew­ne z ul­gą, że nie mu­si już dzie­lić prze­strze­ni z re­li­kwia­mi, któ­rych po­cho­dze­nie by­wa­ło rów­nie fan­ta­sty­czne jak ich opi­sy.

TEN KADR NIE PRZEDSTAWIA REPLIKI, LECZ AUTENTYCZNY SKARB SFOTOGRAFOWANY NA HRADCZANACH PODCZAS RZADKIEJ PREZENTACJI DLA PUBLICZNOŚCI. NIECH WAS NIE ZMYLI SPOKÓJ ZDJĘCIA — POZA KADREM CZUWAŁO KILKU POLICJANTÓW, KTÓRZY NIE MIELI W SOBIE ANI GRAMA TURYSTYCZNEGO NASTROJU.

Kościół Marii Panny, usy­tu­owa­ny na dru­gim pię­trze Wie­ży Ma­ria­ckiej i do­stęp­ny w ra­mach in­nej tra­sy zwie­dza­nia niż ta opi­sa­na wcze­śniej, kry­je jed­ne z naj­bar­dziej nie­zwy­kłych ma­lo­wi­deł na Karl­štej­nie. Je­go wnę­trza two­rzą cykl scen z Apo­ka­li­psy, któ­ry pro­wa­dzi wzrok od ścia­ny do ścia­ny jak sta­ran­nie za­pla­no­wa­ny spe­ktakl.

KOŚCIÓŁ MARII PANNY SERWUJE APOKALIPSĘ O ZASKAKUJĄCO ŁAGODNYM WYRAZIE, JAKBY ARTYSTA MIAŁ NADZIEJĘ, ŻE OSTATNI DZIEŃ TEŻ DA SIĘ NAMALOWAĆ PO LUDZKU

Z ko­lei na po­łu­dnio­wej ścia­nie wi­dzi­my Ka­ro­la IV od­bie­ra­ją­ce­go re­li­kwie od eu­ro­pej­skich mo­nar­chów: fran­cu­skie­go del­fi­na Ka­ro­la oraz – przy­naj­mniej we­dług in­skry­pcji, bo po­do­bie­ństwo wy­pa­da tu bar­dziej sym­bo­li­cznie niż por­tre­to­wo – al­bo cy­pryj­skie­go kró­la Pio­tra I Lu­si­gna­na, al­bo wę­gier­skie­go Lud­wi­ka Wiel­kie­go, oj­ca na­szej kró­lo­wej Ja­dwi­gi. Ce­sarz z peł­ną po­wa­gi mi­ną skła­da owe da­ry w re­li­kwia­rzo­wym krzy­żu, jak­by na­wet wo­bec Apo­ka­li­psy naj­wa­żniej­sza by­ła wła­ści­wa or­ga­ni­za­cja zbio­rów. Ma­lo­wi­dła po­wsta­ły praw­do­po­do­bnie jesz­cze przed ro­kiem 1357, co tyl­ko po­twier­dza, że Ka­rol dbał o to, by je­go obec­ność by­ła za­uwa­żal­na wszę­dzie, gdzie da­ło się przy­ło­żyć pę­dzel.

EUROPEJSCY WŁADCY SKŁADAJĄ RELIKWIE, A KAROL IV ODWZNAJEMNIA IM TEN GEST UROCZYSTĄ KONTROLĄ JAKOŚCI

Z kościoła wąski ko­ry­tarz pro­wa­dzi do ka­pli­cy św. Ka­ta­rzy­ny, pry­wa­tne­go miej­sca mo­dli­twy Ka­ro­la IV. Ścia­ny po­kry­to tu bo­ga­ty­mi okła­dzi­na­mi z ka­mie­ni pół­szla­che­tnych, wy­ko­na­ny­mi przed 1360 ro­kiem, dzię­ki cze­mu prze­strzeń ta wy­glą­da bar­dziej jak skrzy­nia na klej­no­ty niż miej­sce wy­ci­sze­nia.

ZWORNIK Z GEMMĄ W SKLEPIENIU KAPLICY ŚW. KATARZYNY PRZYCIĄGA WZROK JAK MAŁY KRÓLEWSKI AMULET WSZYTY W ARCHITEKTURĘ

W ołtarzowej wnęce za­cho­wa­ło się ma­lo­wi­dło przed­sta­wia­ją­ce Ka­ro­la IV i je­go trze­cią żo­nę, An­nę Świd­ni­cką, skła­da­ją­cych hołd Ma­rii z Dzie­ciąt­kiem; po­wsta­ło ono oko­ło 1355 ro­ku i trud­no się dzi­wić, że ce­sarz ka­zał uwiecz­nić się w tak sprzy­ja­ją­cym świe­tle. Tra­dy­cja gło­si, że Ka­rol za­my­kał się tu na dłu­gie go­dzi­ny, od­da­jąc się du­cho­wym roz­wa­ża­niom i me­dy­ta­cjom, choć pa­trząc na to wnę­trze trud­no oprzeć się wra­że­niu, że by­ła to ra­czej te­ra­pia bla­skiem, a ce­sarz cier­piał na wy­jąt­ko­wo za­awan­so­wa­ną po­trze­bę ota­cza­nia się rze­cza­mi, któ­re świe­cą moc­niej niż je­go za­pał do asce­zy.

CESARZ I JEGO TRZECIA ŻONA OTRZYMALI W NISZY KADR NA MIARĘ DWORSKIEJ REKLAMY — WSZYSTKO LŚNI, WSZYSTKO SPRZYJA

Po wejściu do naj­wyż­szej bu­do­wli zam­ku, czy­li Don­żo­nu, prze­wo­dnik pro­wa­dzi nas scho­da­mi na pier­wsze pię­tro, gdzie w dwóch skle­pio­nych kom­na­tach mie­ści się Zam­ko­wa Ga­le­ria. Oglą­da­my tu ko­le­kcję daw­nych wi­do­ków Karl­štej­nu oraz in­nych waż­nych cze­skich zam­ków i pa­ła­ców, a obok nich ma­te­ria­ły, szki­ce i pla­ny do­ku­men­tu­ją­ce prze­bu­do­wę wa­ro­wni z dru­giej po­ło­wy XIX wie­ku, kie­dy to ar­chi­tekt Jo­sef Mo­cker stwo­rzył śre­dnio­wie­cze w wer­sji, ja­kiej śre­dnio­wie­cze ni­gdy nie wi­dzia­ło.

REKONSTRUKCJA INSPIROWANA WIZJĄ MOCKERA Z DRUGIEJ POŁOWY XIX WIEKU SERWUJE NAM KARLŠTEJN W IDEALE, JAKIEGO ŚREDNIOWIECZE NIE DOSTARCZYŁO, CHOĆ ZNAKOMICIE PASUJE DO TEGO, CO XIX WIEK LUBIŁ NAZYWAĆ HISTORYZMEM

Drugie piętro wieży zaj­mu­je naj­cen­niej­sze miej­sce w ca­łym zam­ku, Ka­pli­ca św. Krzy­ża, o któ­rej już w śre­dnio­wie­czu mó­wio­no z ta­kim na­bo­żeń­stwem, jak­by by­ła po­łą­cze­niem nie­ba, skar­bca i ga­bi­ne­tu bar­dzo wy­ma­ga­ją­ce­go ko­le­kcjo­ne­ra. Jej strop to pry­wa­tny fir­ma­ment Ka­ro­la IV, up­strzo­ny gwia­zda­mi, księ­ży­ca­mi i słoń­ca­mi, jak­by ce­sarz za­kła­dał, że ła­twiej na­wią­zać kon­takt z Bo­giem, gdy nie­bo jest od­po­wie­dnio przy­go­to­wa­ne. Ścia­ny po­kry­to po­le­ro­wa­ny­mi ka­mie­nia­mi pół­szla­che­tny­mi uło­żo­ny­mi w krzy­że i za­to­pio­ny­mi w zło­co­nej war­stwie stiu­ku, ozdo­bio­nej cze­skim lwem, ce­sar­skim or­łem i ini­cja­łem K, co ja­sno po­ka­zu­je, że po­boż­ność po­bo­żno­ścią, ale oso­bi­sta mar­ka Ka­ro­la mu­sia­ła być wi­do­czna.

SKLEPIENIE KAPLICY ŚW. KRZYŻA PRZYPOMINA TABLICĘ Z PRÓBKAMI ZŁOTEGO PIGMENTU, KTÓRĄ KTOŚ ROZCIĄGNĄŁ NA CAŁEJ POWIERZCHNI, ŻEBY MODLITWA ZACZYNAŁA SIĘ OD ZACHWYTU, A NIE OD SKRUCHY

Nad pasem inkrustacji bie­gnie wzdłuż ca­łej ka­pli­cy rząd obra­zów z pra­co­wni nad­wor­ne­go ma­la­rza ce­sa­rza, Mi­strza Te­odo­ry­ka. To 129 ta­blic, któ­re two­rzą ko­le­kcję tak wy­jąt­ko­wą, że trud­no zna­leźć na świe­cie coś po­do­bne­go, cho­ciaż nie jest pew­ne, czy bar­dziej im­po­nu­je ich war­tość ar­ty­sty­czna, czy kon­se­kwen­cja, z ja­ką Ka­rol IV pró­bo­wał urzą­dzić ka­pli­cę tak, by nie po­zo­sta­wić Bo­gu żad­nych wąt­pli­wo­ści co do te­go, kto tu jest go­spo­da­rzem.

TEN ŚW. HIERONIM NIE WYGLĄDA NA ZWYKŁY PORTRET — TO CZĘŚĆ 129-OSOBOWEJ ORKIESTRY MISTRZA TEODORYKA, KTÓRA W KAPLICY ŚW. KRZYŻA GRA WYŁĄCZNIE NA CESARSKĄ CHWAŁĘ

Właściwy wystrój ka­pli­cy po­wsta­wał w la­tach 60. XIV wie­ku, a ca­łość ukoń­czo­no tuż przed jej uro­czy­stym po­świę­ce­niem 9 lu­te­go 1365 ro­ku. Go­ty­cka ko­le­kcja ma­lar­stwa ta­bli­co­we­go ota­cza wnę­trze jak za­stęp nie­biań­skich ochro­nia­rzy: apo­sto­ło­wie, pa­pie­że, bi­sku­pi, kró­lo­wie, ry­ce­rze i świę­ci two­rzą wspól­nie ar­mię, któ­ra stoi w go­to­wo­ści z de­ter­mi­na­cją god­ną ochro­ny naj­bar­dziej ka­pry­śne­go mu­ze­al­ne­go eks­po­na­tu. W oł­ta­rzu umie­szczo­no tryp­tyk Tom­ma­sa da Mo­de­na, uka­zu­ją­cy Ma­don­nę z Dzie­ciąt­kiem, św. Wa­cła­wem i św. Pal­ma­cy­ju­szem — ze­staw tak re­pre­zen­ta­cyj­ny, że wy­glą­da jak śre­dnio­wie­czna wer­sja zdję­cia ro­dzin­ne­go, któ­re­go nikt nie od­wa­żył­by się po­wie­sić krzy­wo.

ZŁOTY BLASK TRYPTYKU USTAWIA NASTRÓJ W CAŁEJ KAPLICY, PODCZAS GDY ŚWIĘCI WOKÓŁ PEŁNIĄ FUNKCJĘ CEREMONIALNEGO TŁA

We wschodniej wnę­ce pre­zbi­te­rium zna­la­zła się sce­na Po­kło­nu Trzech Kró­li, a w po­sta­ci trze­cie­go z nich moż­na do­strzec ry­sy Ka­ro­la IV. To naj­praw­do­po­do­bniej jed­na z naj­star­szych je­go po­do­bizn i dy­skret­ny ukłon wo­bec za­sa­dy, że je­śli jest oka­zja, Ka­ro­la IV w ka­drze za­brak­nąć nie mo­że.

POKŁON TRZECH KRÓLI WE WNĘCE PREZBITERIUM DOSTARCZA PIĘKNEJ LEKCJI O KAROLU IV: SKORO SCENA POZWALA, NAJSTARSZE CESARSKIE OBLICZE PRZYKLEJA SIĘ PROSTO DO TRZECIEGO MONARCHY, ŻEBY PRZYPOMNIEĆ, KTO RZĄDZI NAWET W BETLEJEM

W kaplicy św. Krzyża ce­sarz zgro­ma­dził swój naj­waż­niej­szy skarb: re­li­kwie zwo­żo­ne z róż­nych stron świa­ta, umie­szczo­ne nie tyl­ko w re­li­kwia­rzach, lecz na­wet w sa­mych obra­zach ta­bli­co­wych, któ­re mia­ły peł­nić ro­lę ele­gan­ckich schow­ków na świę­to­ści. Z cza­sem do ze­sta­wu do­łą­czył też skarb ko­ro­na­cyj­ny Ce­sar­stwa Rzym­skie­go, po­zy­ska­ny po 1350 ro­ku, dzię­ki cze­mu ka­pli­ca za­czę­ła przy­po­mi­nać miej­sce, w któ­rym mo­dli­twa spo­ty­ka­ła się z po­li­ty­ką, a du­cho­wość z bar­dzo ziem­ską po­trze­bą pod­kre­śla­nia wła­snej po­zy­cji. Nie­zwy­kły wy­strój wnę­trza i funk­cja Karl­štej­nu ja­ko ce­sar­skie­go skarb­ca spra­wi­ły, że do dziś po­zo­sta­je to prze­strzeń, w któ­rej śre­dnio­wie­czna wia­ra i am­bi­cje Ka­ro­la IV two­rzą du­et trud­ny do po­my­le­nia z czym­kol­wiek in­nym.

ŚREDNIOWIECZNY MAGAZYN RELIKWII PREZENTUJE SIĘ SKROMNIE, ALE TRUDNO O BARDZIEJ DOŚWIADCZONY MEBEL: KAROL IV ŁADOWAŁ DO NIEGO PÓŁ ŚWIĘTEJ EUROPY

Na parterze Wiel­kiej Wie­ży znaj­du­ją się dwa skle­pio­ne po­mie­szcze­nia, któ­re w róż­nych epo­kach peł­ni­ły zu­peł­nie od­mien­ne funk­cje. Naj­pierw ma­ga­zy­no­wa­no tu wszy­stko, co mo­gło przy­dać się do obro­ny zam­ku, być mo­że na­wet proch strzel­ni­czy, co z dzi­siej­szej per­spe­kty­wy brzmi jak plan wy­ma­ga­ją­cy spo­re­go za­ufa­nia do ja­ko­ści wen­ty­la­cji. Póź­niej trzy­ma­no tu wię­źniów, cze­go do­wo­dem są za­cho­wa­ne na­pi­sy, szcze­gól­nie te we wnę­ce drzwio­wej, gdzie wi­dać rów­nież ka­len­darz żmud­nie ry­ty przez ko­goś, kto miał zde­cy­do­wa­nie za du­żo cza­su.

WIELKA WIEŻA NA PARTERZE ŁĄCZYŁA W SOBIE MAGAZYN OBRONNY I WIĘZIENIE, CZYLI MIEJSCE, W KTÓRYM PRZECHOWYWANO NAPRAWDĘ WSZYSTKO — OD PROCHU, KTÓRY MÓGŁ WYBUCHNĄĆ, PO LUDZI, KTÓRZY NIE MIELI DOKĄD UCIEC

W kolejnych wiekach po­mie­szcze­nia prze­ję­ły ro­lę ma­ga­zy­nu „rze­czy zna­le­zio­nych na zam­ku”, czy­li ele­men­tów bu­do­wla­nych wy­mie­nio­nych pod­czas XIX-wiecz­nych prac re­stau­ra­tor­skich. Tak na­ro­dzi­ło się tu­tej­sze la­pi­da­rium — miej­sce, w któ­rym ka­mien­ne frag­men­ty daw­nej wa­ro­wni cze­ka­ją na swo­ją dru­gą mło­dość al­bo przy­naj­mniej na ko­goś, kto do­strze­że w nich coś wię­cej niż gruz z ro­do­wo­dem. Oprócz ma­swer­ków, frag­men­tów bru­ku, obra­mień i czę­ści ro­ze­bra­nej sie­dzi­by bur­gra­bie­go le­żą tu tak­że ka­mien­ne ku­le, pa­miąt­ki po dwóch oblę­że­niach: hu­sy­ckim z 1422 ro­ku i szwedz­kim z 1648 ro­ku — je­dy­ne świa­de­ctwa walk, któ­re nie pró­bu­ją się wy­bie­lić, wy­po­le­ro­wać ani do­pa­so­wać do wi­zji żad­nej epo­ki.

ZDJĘCIA LAPIDARIUM NIE MA, WIĘC W ZAMIAN WIDZIMY DZWONNICĘ — NIEOPISANĄ WCZEŚNIEJ, A ZASŁUGUJĄCĄ NA KRÓTKI UKŁON
Zamek zwie­dza­my z prze­wo­dni­kiem, w ję­zy­ku cze­skim lub an­giel­skim, co sku­tecz­nie po­rząd­ku­je ruch tu­ry­sty­czny, choć nie­ko­nie­cznie na­sze pla­ny. W 2024 bi­let na każ­dą z tras ko­szto­wał oko­ło 50 zł — ce­na uczci­wa, zwła­szcza jak na ta­ką atrak­cję, ale w prak­ty­ce mno­ży się ją przez licz­bę tras, je­śli ktoś chce zo­ba­czyć ca­łość. War­to wie­dzieć, że wej­ście na dzie­dzi­niec zam­ku śre­dnie­go jest bez­pła­tne i moż­na je od­wie­dzić nie­za­leż­nie od wy­bra­nej tra­sy.
Czas zwie­dza­nia po­szcze­gól­nych tras wy­no­si od go­dzi­ny do oko­ło pół­to­rej, w za­leż­no­ści od te­go, któ­rą opcję wy­bie­rze­my.
Fo­to­gra­fo­wa­nie do wła­snych ce­lów jest wli­czo­ne w ce­nę bi­le­tu, więc pa­mią­tko­we zdję­cia moż­na ro­bić do wo­li, by­le bez lam­py bły­sko­wej — śre­dnio­wie­cze już i tak wy­star­cza­ją­co du­żo prze­szło.
Nie je­stem pe­wien, ale z pie­skiem ra­czej zam­ku nie zwie­dzi­my — tu na­wet król mu­siał­by zo­sta­wić pu­pi­la pod bra­mą.

TA PERSPEKTYWA NA ZACHÓD JEST LEKKIM UKŁONEM W STRONĘ LUKSEMBURSKIEJ OJCZYZNY PRZODKÓW KAROLA IV, CHOĆ ON SAM NA TYM GANKU MYŚLAŁ JUŻ GŁÓWNIE O PRADZE

DOJAZD


Jak wspomniałem wcze­śniej, Karl­štejn le­ży w odle­gło­ści jed­ne­go dnia ja­zdy kon­no od sto­li­cy Czech. Je­że­li jed­nak ktoś nie po­sia­da ko­nia, a za to jest szczę­śli­wym wła­ści­cie­lem sa­mo­cho­du, do­trze tu z Pra­gi w oko­ło 30–40 mi­nut, czy­li mniej wię­cej ty­le, ile zaj­mu­je od­mó­wie­nie stu zdro­wa­siek — je­śli ktoś lu­bi mie­rzyć czas w ka­te­go­riach bar­dziej du­cho­wych niż dro­go­wych.

Auto zo­sta­wia­my na du­żym tu­ry­sty­cznym par­kin­gu (ce­na w 2024: oko­ło 20 zł) od­da­lo­nym o ja­kieś 1,3 ki­lo­me­tra od zam­ku. Bli­żej się nie da, ale tru­dno uznać to za nie­do­go­dność, bo pro­wa­dzi stąd ma­lo­wni­cza dro­ga, szczel­nie obu­do­wa­na skle­pa­mi i atra­kcja­mi za­pro­gra­mo­wa­ny­mi na sku­te­czne opróż­nia­nie por­tfe­li tu­ry­stów w sta­nie hi­sto­ry­czne­go en­tu­zja­zmu. Co cie­ka­we, w pięk­ny wrze­śnio­wy po­nie­dział­ko­wy po­ra­nek by­ło tu nie­mal pu­sto, co sta­no­wi cen­ną wska­zów­kę dla wszyst­kich, któ­rzy wo­lą oglą­dać zam­ki, a nie lu­dzi oglą­da­ją­cych zam­ki.
Jeżeli ktoś wy­bie­rze się do Karl­štej­nu na ro­we­rze, los rów­nież bę­dzie mu sprzy­jał. Jed­no­ślad moż­na do­pro­wa­dzić aż na dzie­dzi­niec zam­ku i zo­sta­wić w prze­zna­czo­nym do te­go sto­ja­ku, gdzie – ni­czym wier­ny gier­mek – po­cze­ka na swo­je­go pa­na.

PO DRODZE NA KARLŠTEJN PYSZNIE POUSTAWIANE RESTAURACJE WYGLĄDAJĄ TAK, JAKBY CHCIAŁY DELIKATNIE PODPOWIEDZIEĆ, ŻE ŚREDNIOWIECZE ŚREDNIOWIECZEM, ALE OBIADEK TO OBIADEK

ZAMKI W CZECHACH


ŹRÓDŁA


  1. Z. Chudárek: Pří­spě­vek k po­zná­ní sta­ve­bních dě­jin věží na hra­dě Karl­štej­ně v do­bě Kar­la IV
  2. B. Holečková: Ora­to­ř sv. Ka­te­ři­ny – iko­no­gra­fi­cké a sym­bo­li­cké sou­vi­slo­sti, Uni­ver­zita Pa­la­ckého v Olo­mou­ci Fi­lo­zo­fi­cká fa­kul­ta Ka­te­dra dě­jin um­ění 2021
  3. N. Kubu: Zamek Karl­štejn, Lep­ton Stu­dio 2001
  4. J. A. Novak: Ta­jem­ný hrad Karl­štejn, Alpress 2016
  5. T. Ratajczak: Wie­że miesz­kal­ne na Zam­ku Wa­wel­skim – ba­da­nia nad chro­no­lo­gią go­ty­ckiej ar­chi­te­ktu­ry re­zy­den­cji kró­lew­skiej, Rocz­nik Hi­sto­rii Sztu­ki, tom XXXIX PAN WDN 2014
  6. B. Uchytilová: Ná­stěn­né mal­by v ka­pli sv. Kříže na hradě Karl­štejn, Ka­to­li­cká te­olo­gi­cká fa­kul­ta Pra­ha 2017
  7. cs.wikipedia.org
  8. www.hrad-karlstejn.cz