ZAMEK CZOCHA

WSCHODNIA ELEWACJA ZAMKU CZOCHA NA DZIEŃ DOBRY USTAWIA OCZEKIWANIA WYSOKO I ANI MYŚLI PRZEPRASZAĆ ZA ILOŚĆ SZCZYTÓW

DZIEJE ZAMKU


Na miejscu mu­ro­wa­ne­go zam­ku, któ­re­go syl­we­tka sta­ła się nie­mal obo­wią­zko­wym ele­men­tem lo­kal­nej toż­sa­mo­ści, po­cząt­ko­wo wzno­sił się gród z drew­na i zie­mi, su­ro­wy, lecz wy­trwa­ły. Wzmian­ka z 1241 ro­ku na­zy­wa go Mons Ty­zow, co brzmi tak, jak­by kro­ni­karz chciał do­dać te­mu miej­scu odro­bi­nę ma­je­sta­tu, choć w rze­czy­wi­sto­ści by­ło to po pro­stu wzgó­rze, któ­re mia­ło pil­no­wać, by cu­dze cho­rą­gwie nie po­ja­wia­ły się tu zbyt swo­bo­dnie.

Z GÓRY WIDAĆ, ŻE ZAMEK NIE TRAFIŁ TU PRZYPADKIEM, TYLKO ZAJĄŁ NAJLEPSZY ZAKRĘT RZEKI

Warowny zamek po­ja­wił się do­pie­ro w po­ło­wie XIII wie­ku i — jak to czę­sto by­wa — je­go fun­da­tor nie zo­sta­wił po so­bie jed­no­zna­czne­go pod­pi­su. Naj­czę­ściej wska­zu­je się na kró­la cze­skie­go Vá­cla­va I Prze­my­śli­dę, zwa­ne­go Jed­no­okim lub je­go sy­na Pře­my­sla II Ot­to­ka­ra , choć na li­ście po­dej­rza­nych są też ksią­żę­ta świ­dni­cko-ja­wor­scy, dla któ­rych ta­ka wa­ro­wnia sta­no­wi­ła na­rzę­dzie do ogar­nia­nia ca­łe­go te­go ka­wał­ka świa­ta z jed­ne­go, do­brze usta­wio­ne­go miej­sca.

A TU WIDZIMY CZOCHĘ OD ZACHODU, GDZIE ZAKOLE RZEKI ROBI TŁO, A RESZTA TYLKO KORZYSTA Z SYTUACJI (1937)

W latach 1253–1319 te­ren ten znaj­do­wał się pod wła­dzą bran­den­bur­skich Askań­czy­ków, ale trud­no po­wie­dzieć, jak wy­glą­da­ło to w pra­kty­ce, bo źró­dła zo­sta­wi­ły nam w tej spra­wie im­po­nu­ją­cą pu­stkę. Za­mek funk­cjo­no­wał w tym cza­sie ra­czej ja­ko punkt na ma­pie niż ja­ko bo­ha­ter kro­nik, a to, co dzia­ło się tu na­pra­wdę, po­zo­sta­je jed­ną z tych śre­dnio­wie­cznych za­ga­dek, któ­re hi­sto­ria naj­wy­ra­źniej po­sta­no­wi­ła za­cho­wać dla sie­bie.

NA ZAMKNIĘCIE LOTNICZEJ SERII ZAMEK CZOCHA JUŻ NIE DOMINUJE, TYLKO SIADA SPOKOJNIE WŚRÓD PÓL I WODY (1940)

W 1319 roku majątek prze­jął ksią­żę ja­wor­sko-świd­ni­cki Hen­ryk I , a nie­speł­na dwie de­ka­dy póź­niej ro­ze­grał trans­akcję, któ­ra spo­koj­nie mo­gła­by ucho­dzić za śre­dnio­wie­czną wer­sję wy­mia­ny z do­pła­tą w po­sta­ci pre­sti­żu. Czo­cha, ra­zem z zam­kiem Świe­cie oraz Lu­ba­niem, Mir­skiem i Ża­ra­mi, tra­fi­ła w rę­ce kró­la Czech Ja­na Luk­sem­bur­skie­go , w za­mian za po­ło­wę Gło­go­wa od­da­ną Hen­ry­ko­wi I w do­ży­wo­tnie wła­da­nie. Sa­mo prze­ka­za­nie wła­dzy prze­ciąg­nę­ło się jed­nak do 1346 ro­ku, kie­dy śmierć księ­cia za­koń­czy­ła spra­wę w try­bie osta­te­cznym i nie­wzru­szal­nym.

ZANIM POJAWIŁY SIĘ SZCZYTY I DEKORACJE, BYŁA TAKA CZOCHA, XIV WIEK I KONKRET ZAMIAST EFEKTU

W 1417 roku Wen­zel von Do­hna sprze­dał pra­wa do zam­ku Hein­ri­cho­wi von Ren­ker­no­wi z Lwó­wka — i był to mo­ment, w któ­rym spra­wy za­czę­ły na­bie­rać wy­ra­źniej­sze­go cha­ra­kte­ru. No­wy wła­ści­ciel po­czuł się za ka­mien­ny­mi mu­ra­mi na ty­le pew­nie, że szyb­ko prze­szedł od za­rzą­dza­nia do dzia­ła­nia, or­ga­ni­zu­jąc re­gu­lar­ne wy­pra­wy prze­ciw­ko są­sia­dom i prze­je­żdża­ją­cym nie­opo­dal kup­com. W ten spo­sób w krót­kim cza­sie zy­skał re­pu­ta­cję, któ­ra mo­że i bu­dzi­ła re­spekt, ale zde­cy­do­wa­nie nie by­ła tym ro­dza­jem sła­wy, któ­rą pie­śnia­rze za­mie­nia­ją w bal­la­dy.

WEJŚCIE NA ZAMEK ZACZYNA SIĘ OD TYCH WIEŻ, KTÓRE WYGLĄDAJĄ JAKBY PAMIĘTAŁY ŚREDNIOWIECZE, CHOĆ TAK NAPRAWDĘ PAMIĘTAJĄ GŁÓWNIE MODĘ SPRZED STULECIA (1936)

Taki sposób pro­wa­dze­nia spraw nie um­knął uwa­dze zwierz­chni­ków. Na­ci­ski po­ja­wi­ły się szyb­ko i — co isto­tne — oka­za­ły się sku­te­czne. Von Ren­kern zo­stał zmu­szo­ny do opu­szcze­nia Czo­chy, a za­mek w 1420 ro­ku tra­fił w rę­ce Har­tun­ga von Klux, rad­cy na cze­skim dwo­rze kró­le­wskim. No­wy wła­ści­ciel, za­ję­ty obo­wią­zka­mi pań­stwo­wy­mi, by­wał tu rzad­ko, po­zo­sta­wia­jąc co­dzien­ne za­rzą­dza­nie bra­tan­ko­wi Die­tri­cho­wi — co, jak moż­na się do­my­ślać, by­ło roz­wią­za­niem wy­go­dnym, choć wy­ma­ga­ją­cym za­ufa­nia, bo jak to w ży­ciu, naj­bliż­si po­tra­fią wbić nóż w ple­cy z ta­ką gra­cją, że jesz­cze po­dzię­ku­jesz za ma­saż (ale nie uprze­dzaj­my fa­któw).

NAPIS JAK NAPIS, TYLKO DLACZEGO OD RAZU ROBI SIĘ MNIEJ KOMFORTOWO?

Jak łatwo prze­wi­dzieć, te­oria szyb­ko zo­sta­ła zwe­ry­fi­ko­wa­na w pra­kty­ce, bo ów mło­dszy krew­ny nie oka­zał się szcze­gól­nie wdzię­cznym be­ne­fi­cjen­tem ła­ski, ja­ka spły­nę­ła na nie­go za spra­wą stry­ja. Za­miast bo­wiem zaj­mo­wać się za­rzą­dza­niem ma­jąt­kiem, wy­ra­źnie bar­dziej in­te­re­so­wa­ło go to, co da­ło się z nie­go — oraz z te­go, co aku­rat prze­je­żdża­ło — ścią­gnąć w ra­mach pry­wa­tnej po­li­ty­ki fi­skal­nej. W prak­ty­ce ozna­cza­ło to na­pa­dy na kup­ców prze­mie­rza­ją­cych po­bli­skie szla­ki, pro­wa­dzo­ne z ta­ką re­gu­lar­no­ścią, jak­by by­ły ele­men­tem do­brze za­pla­no­wa­nej dzia­łal­no­ści go­spo­dar­czej.

TABLICZKA PRÓBUJE ZROBIĆ WSTĘP Z DRESZCZYKIEM, MY JEDNAK WCHODZIMY NA MOST …I JAKBY KTOŚ PRZEŁĄCZYŁ SCENERIĘ Z „MROCZNEGO ŚREDNIOWIECZA” NA „POCZTÓWKOWY ZACHWYT”.

Po jednym z ta­kich wy­stą­pień, wy­mie­rzo­nym w oby­wa­te­li Kra­ko­wa zmie­rza­ją­cych do Zgo­rzel­ca, spra­wa na­bra­ła szer­sze­go roz­gło­su. Król Wła­dy­sław Ja­gieł­ło , po­cząt­ko­wo prze­ko­na­ny, że za ca­łym zaj­ściem sto­ją si­ły zwią­za­ne bez­po­śre­dnio z tym łu­ży­ckim mia­stem, zde­cy­do­wał się na dość sta­no­wczy krok i za­ka­zał kon­ta­któw han­dlo­wych ze Zgo­rzel­cem. Do­pie­ro po­sel­stwo miej­skie, któ­re po­fa­ty­go­wa­ło się do wład­cy z wy­ja­śnie­nia­mi, na­pro­wa­dzi­ło go na wła­ści­wy trop. To z ko­lei zmu­si­ło Har­tun­ga do szyb­kiej re­ak­cji i od­wo­ła­nia bra­tan­ka z funk­cji po­wier­ni­ka — de­cy­zji spó­źnio­nej, choć fi­nal­nie nie do uni­knię­cia, bo, jak po raz ko­lej­ny po­ka­za­ło ży­cie, krew­ni naj­le­piej wy­cho­dzą na ro­do­wej cho­rąg­wi, a nie na szcze­blu, gdzie za­pa­da­ją wy­ro­ki.

NA ZEWNĄTRZ MALOWNICZO, NIEMAL SZLACHETNIE — W ŚRODKU SZYBKA ZMIANA REALIÓW I WEJŚCIE W RUCH JEDNOKIERUNKOWY

W 1433 roku, gdy Har­tung prze­by­wał w szwaj­car­skiej Ba­zy­lei, za­mek padł ofia­rą zbroj­ne­go na­ja­zdu od­dzia­łu hu­sy­ckie­go Husyci to czeski ruch z XV wieku inspirowany naukami Jana Husa, który domagał się ograniczenia nadużyć Kościoła i większej równości wiernych. Gdy ich postulaty zignorowano, spór szybko przestał być teologiczny i przeniósł się na pole bitwy. W praktyce była to reforma, która zamiast debat kończyła się ustawieniem wozów bojowych i sprawdzeniem racji w terenie. do­wo­dzo­ne­go przez ry­ce­rza Han­sa von Tschir­na z Nie­sy­tna. No­wi „go­spo­da­rze” przez kil­ka mie­się­cy ko­rzy­sta­li z za­so­bów wa­ro­wni z ta­ką swo­bo­dą, jak­by tra­fi­li na do­brze za­opa­trzo­ny za­jazd bez ra­chun­ku — i sys­te­ma­ty­cznie ogo­ła­ca­li za­mek ze wszy­stkie­go, co da­ło się za­brać, zu­żyć al­bo spie­nię­żyć. Do­pie­ro wio­sną 1434 ro­ku pra­wo­wi­ty wła­ści­ciel wró­cił z woj­skiem i roz­pra­wił się z tą im­pro­wi­zo­wa­ną oku­pa­cją tak, jak zdmu­chu­je się kurz z pa­ra­pe­tu, tak że na­wet naj­twar­dszym ode­chcia­ło się za­ba­wy w har­ce sa­mo­zwań­czych ka­szte­la­nów.

HUSYCKI TABOR W WERSJI POLNEJ, CZYLI JAK ZROBIĆ TWIERDZĘ Z TEGO CO SIĘ TOCZY

Nie znamy ety­mo­lo­gii na­zwy zam­ku Czo­cha — i trze­ba przy­znać, że sa­ma na­zwa ro­bi wszy­stko, by tej za­gad­ki nie uła­twiać. W jed­nych pu­bli­ka­cjach po­ja­wia się su­ge­stia, że wy­wo­dzi się ona od czaj­ki, co brzmi cał­kiem swoj­sko, choć trud­no po­wie­dzieć, czy ptak rze­czy­wi­ście miał tu aż tak sil­ną po­zy­cję. In­ni ba­da­cze wo­lą wer­sję bar­dziej uczo­ną, wska­zu­jąc na ła­ciń­skie ta­xus, czy­li cis — drze­wo, któ­re mia­ło nie­gdyś gę­sto po­ra­stać wzgó­rze zam­ko­we i zo­sta­wić po so­bie ślad nie ty­le w kraj­obra­zie, co w na­zwie.

NA RYSUNKU ARTHURA BLASCHNIKA ZAMEK ROZSIADŁ SIĘ NA SKALE NICZYM KWOKA, Z TĄ SPOKOJNĄ PEWNOŚCIĄ, ŻE LEPSZEGO PUNKTU OBSERWACYJNEGO JUŻ NIE ZNAJDZIE (1868)

Z biegiem czasu okre­śle­nie to za­czę­ło żyć wła­snym ży­ciem, prze­cho­dząc ko­lej­ne prze­kształ­ce­nia, któ­re aż na­zbyt do­brze po­ka­zu­ją, co hi­sto­ria po­tra­fi zro­bić z ję­zy­kiem, kie­dy nikt nie pil­nu­je se­man­ty­czne­go in­wen­ta­rza. W do­ku­men­tach z pier­wszej po­ło­wy XIV wie­ku trzy­ma­ją się jesz­cze sło­wiań­skie for­my Cay­chow oraz Ca­chow, lecz nie­dłu­go póź­niej wkra­cza nie­mie­cka kon­se­kwen­cja i do­rzu­ca „sch”, „tsch” i „z”, aż ca­łość za­czy­na przy­po­mi­nać in­stru­kcję ka­szlu za­miast cze­go­kol­wiek, co da się wy­po­wie­dzieć bez wal­ki. W XV wie­ku po­ja­wia­ją się więc za­pi­sy ta­kie jak Scho­chav, Cso­chow czy Scho­chuff — każ­dy ko­lej­ny wy­glą­da tak, jak­by po­wstał w wy­ni­ku krót­kiej kon­sul­ta­cji ze słu­chem, dłuż­szej z wy­obra­źnią i żad­nej z kon­se­kwen­cją. Wszy­stkie do­ty­czą te­go sa­me­go miej­sca, tyl­ko za­pis za­le­ży wy­łącz­nie od te­go, kto aku­rat słu­chał i co mu się w tym mo­me­ncie wy­da­wa­ło, że sły­szy.

THEODOR BLATTERBAUER ROZSUWA KADR — I NAGLE "KWOKA" OKAZUJE SIĘ MIEĆ POD SOBĄ CAŁKIEM IMPONUJĄCE PODWÓRKO

Czasy nowożytne przy­no­szą dal­sze wa­rian­ty — Scho­cha (1592), Zho­cha (1732), aż wre­szcie Tzscho­cha (1816), któ­ra wy­glą­da już jak pró­ba zam­knię­cia spra­wy raz na za­wsze, choć na­dal z wy­raź­nym upo­do­ba­niem do zgrzY­tli­wych kom­bi­na­cji. Do­pie­ro po 1945 ro­ku, wraz z przy­łą­cze­niem Dol­ne­go Ślą­ska do Pol­ski, na­zwę prze­ło­żo­no na Cza­chów, by nie­dłu­go póź­niej usta­lić for­mę Czo­cha — kró­tszą, bar­dziej sta­no­wczą i, co naj­wa­żniej­sze, wre­szcie od­por­ną na ko­lej­ne fo­ne­ty­czne im­pro­wi­za­cje.

PO TAMTYM „PATRZ, JAK SZEROKO” PRZYCHODZI „PATRZ, JAK CICHO”, FOTOGRAFIA Z OKOŁO 1920

W 1451 roku zmarł Ram­fold von Klux, osta­tni wła­ści­ciel Czo­chy z tej sta­rej li­nii ro­do­wych wło­da­rzy. Po je­go śmier­ci do­bra wraz z zam­kiem prze­szły w rę­ce Ka­spa­ra von No­stitz, któ­ry na­le­żał do zde­cy­do­wa­nych prze­ciw­ni­ków hu­sy­tów, wi­dząc w nich nie tyl­ko he­re­zję, ale i za­gro­że­nie dla po­rząd­ku, ja­ki przez po­ko­le­nia za­pe­wniał ry­cer­stwu i zie­mia­nom kom­fort nie­po­dwa­żal­nej wyż­szo­ści. Nie był to sprze­ciw zro­dzo­ny z idei, lecz z pra­kty­ki — tej, któ­ra od wie­ków pod­po­wia­da­ła moż­nym, że naj­pro­ściej prze­ma­wia się si­łą. W cza­sie woj­ny trzy­na­sto­le­tniej Ka­spar do­wo­dził bo­wiem woj­ska­mi za­cięż­ny­mi za­ko­nu krzy­ża­ckie­go, ucze­stni­cząc mię­dzy in­ny­mi w bi­twie pod Choj­ni­ca­mi Podczas bitwy pod Chojnicami Kazimierz Jagiellończyk przyprowadził pod miasto około 16–20 tysięcy ludzi, głównie pospolite ruszenie, które bardziej znało polowanie niż wojnę. Krzyżacy mieli mniej wojska, ale lepiej zorganizowanego — około 9–12 tysięcy — i wykorzystali klasyczny numer: najpierw związali walką, potem uderzyli z boku świeżymi siłami. Efekt był prosty i bolesny: polska armia się posypała, sam król musiał uciekać, a pierwsza duża bitwa wojny trzynastoletniej skończyła się spektakularną klapą zamiast szybkiego zwycięstwa. w 1454 ro­ku, za­koń­czo­nej dla za­ko­nu wy­jąt­ko­wo po­my­ślnym obro­tem wy­da­rzeń.

BITWA POD CHOJNICAMI 1454 WIDZIANA OCZAMI FRITZA GROTEMEYERA. RZADKI EPIZOD, W KTÓRYM KRZYŻACY NIE MUSZĄ DOPASOWYWAĆ OPOWIEŚCI DO WYNIKU.

Późniejszy bieg wy­da­rzeń wo­jen­nych nie przy­niósł mu już trium­fów tej wiel­ko­ści. Po klę­sce w bi­twie pod Świe­ci­nem Podczas bitwy pod Świecinem role się odwróciły i tym razem to Polska przyszła przygotowana, a nie „na pewniaka”. Piotr Dunin ustawił około 2–3 tysiące dobrze zdyscyplinowanych żołnierzy w taborze i kazał Krzyżakom rozbijać się o niego falami — aż w końcu sami się zmęczyli własną ofensywą. Zamiast efektownej szarży wyszła metodyczna egzekucja: zakon stracił kilka tysięcy ludzi i od tego momentu wojna zaczęła mu się wyraźnie psuć. w 1462 ro­ku von No­stitz po­wró­cił na Śląsk i Łu­ży­ce, gdzie tra­fił w sam śro­dek wrze­nia mię­dzy zwo­len­ni­ka­mi kró­la Wę­gier Ma­cie­ja Kor­wi­na , a cze­skie­go kró­la Je­rze­go z Po­die­bra­dów , co zno­wu usta­wi­ło go do­kła­dnie tam, gdzie dwóch wład­ców ciąg­nę­ło za ten sam ka­wa­łek ma­py i ża­den nie za­mie­rzał od­pu­ścić.

ADOLF LIEBSCHER UCHWYCIŁ PODIEBRADA W POZIE „GDZIE TEN KORWIN?”, CO IDEALNIE PASUJE DO CZASÓW, GDZIE DWÓCH KRÓLÓW CIĄGNĘŁO ZA TEN SAM KAWAŁEK EUROPY

Gdy w 1484 roku Kaspar von Nostitz od­szedł z te­go świa­ta, ma­ją­tek prze­szedł na je­go sy­na Hart­wi­ga von No­stitz, po­cho­dzą­ce­go ze zwią­zku z Sa­bi­ne von Gers­dorff — i był to ten etap, w któ­rym ród pie­lęg­no­wał głów­nie wła­sną le­gen­dę, bo rze­czy­wi­stość nie da­wała im już zbyt wie­lu po­wo­dów do du­my. Po Hart­wi­gu do­bra odzie­dzi­czył je­go wnuk Jo­hann von No­stitz, któ­ry za­pi­sał się nie­co wy­ra­źniej, po­dej­mu­jąc prze­bu­do­wę zam­ku w du­chu re­ne­san­su — i na tym kon­kre­ty wła­ści­wie się koń­czą. Wia­do­mo tyl­ko ty­le, że po ca­łym przed­się­wzię­ciu bu­do­wla wy­glą­da­ła ina­czej; jak bar­dzo, w któ­rą stro­nę i czy na le­psze — te­go hi­sto­ria już nie uzna­ła za war­te od­no­to­wa­nia.

Z NIEPOZORNEGO ZACZEPU NA SKALE DO TWIERDZY, KTÓRA WYGLĄDA, JAKBY OD ZAWSZE BYŁA TU GOSPODARZEM — CHOCIAŻ TEN STATUS WYPRACOWAŁA SOBIE DOPIERO U PROGU XVII WIEKU

Z małżeństwa Johanna von No­stitz i An­ny von Zet­tritz uro­dził się Abra­ham von No­stitz, po­stać już wy­ra­źnie ufor­mo­wa­na w śwież­szym du­chu epo­ki. Kształ­co­ny w pro­te­stan­ckim gim­na­zjum w Zło­to­ryi i na Uni­wer­sy­te­cie w Lip­sku, cie­szył się uzna­niem za­rów­no wśród so­bie rów­nych, jak i pod­da­nych — co nie by­ło tyl­ko uprzej­mym nad­da­tkiem, lecz kon­se­kwen­cją te­go, że Abra­ham trak­to­wał do­bro­czyn­ność jak obo­wią­zek, a nie jak oka­zjo­nal­ny gest pod pu­bli­czkę.

TO JEST DOBRZE ZROBIONY BRANDING — HERB VON NOSTITZ MA JEDEN MOTYW, ALE WYCISKANY DO MAKSIMUM, ZERO ROZMYCIA

Abraham zawierał mał­żeń­stwo trzy­kro­tnie, zgod­nie z ów­cze­sną mo­dą na ro­dzi­ny, któ­re trud­no by­ło ogar­nąć wzro­kiem, więc skrom­ne pię­ciu sy­nów i pięć có­rek wpi­sy­wa­ło się w ów­cze­sny stan­dard. Wśród te­go licz­ne­go gro­na zna­lazł się Chri­stoph von No­stitz, wła­ści­ciel Czo­chy od 1592 ro­ku. Je­go rzą­dy oka­za­ły się jed­nak krót­kie — le­dwie osiem lat póź­niej zmarł bez­po­to­mnie, po­zo­sta­wia­jąc ma­ją­tek w rę­kach bra­ci, Kon­ra­da i Ka­spa­ra von No­stitz. Od tej chwi­li za­mek po­zo­sta­wał pod ich wspól­nym za­rzą­dem aż do śmier­ci te­go dru­gie­go, co si­łą rze­czy przer­wa­ło ten oso­bli­wy du­et wło­da­rzy oko­li­cznych wło­ści i ca­łe­go ich an­tu­ra­żu.

TAK, TO REKONSTRUKCJA PODZAMCZA Z XVI WIEKU, I TAK — TROCHĘ PODKRĘCONA, ALE NIE OD CZAPY, BO ROZPLANOWANIE NIE JEST LOSOWE, TYLKO ZACIĄGNIĘTE Z TERENU

W 1639 roku panem na zam­ku zo­stał Chri­stoph von No­stitz-Rie­neck — i od tej chwi­li za­rzą­dza­nie ma­jąt­kiem prze­sta­ło ogra­ni­czać się do pil­no­wa­nia mu­rów, a za­czę­ło przy­po­mi­nać cał­kiem spraw­nie pro­wa­dzo­ny pro­jekt go­spo­dar­czy. No­wy wła­ści­ciel, za­miast bo­wiem kon­tem­plo­wać wi­do­ki z wie­ży, wo­lał za­glą­dać pod zie­mię: in­we­sto­wał w ba­da­nia ge­olo­gi­czne, z upo­rem tro­piąc śla­dy zło­ta, a przy oka­zji za­kła­dał w do­li­nie Kwi­sy wsie gór­ni­cze i tar­go­we. Osie­dlał w nich głów­nie pro­te­stan­tów ucie­ka­ją­cych z Czech i in­nych czę­ści Ślą­ska przed re­li­gij­nym do­ci­ska­niem śru­by, a znaj­du­ją­cych tu prze­strzeń, w któ­rej bez­pie­czeń­stwo mia­ło cał­kiem kon­kre­tną war­tość ryn­ko­wą; oni szu­ka­li spo­ko­ju, on mar­ży — i wszy­stko za­czy­na­ło się ele­gan­cko spi­nać.

DRZEWORYT Z NIEMIECKIEGO TŁUMACZENIA „DE REMEDIIS UTRIUSQUE FORTUNAE” POKAZUJE KOPALNIĘ ZŁOTA JAKO TEATR OGNIA I POTU. W 1639 CHRISTOPH VON NOSTITZ-RIENECK TEN TEATR ZAMIENIŁ W UKŁAD, W KTÓRYM SPOKÓJ OSADNIKÓW I JEGO MARŻA DZIAŁAŁY ZASKAKUJĄCO ZGODNIE.

Rzeczywistość epoki nie po­zwa­la­ła jed­nak sku­pić się tyl­ko na biz­ne­sie i tej na­iw­nej wi­zji świa­ta bez dy­mu i krzy­ku. Trwa­ła bo­wiem woj­na trzy­dzie­sto­le­tnia Wojna trzydziestoletnia, czyli wielka europejska rzeź z lat 1618–1648, wywołana po defenestracji praskiej z 23 maja 1618 roku i zakończona pokojem westfalskim w 1648 roku. Zaczęło się od konfliktu religijnego w Rzeszy, ale szybko przerobiło się to w regularną bijatykę o władzę, wpływy i cudze terytoria; po drodze weszli tam Habsburgowie, Szwecja, Dania, Francja i pół Europy, która uznała, że warto sobie urządzić kontynentalny pożar. , a wy­da­rze­nia lat 30. i 40. XVII wie­ku na Ślą­sku szyb­ko da­ły do zro­zu­mie­nia, że na­wet naj­le­piej za­po­wia­da­ją­ce się przed­się­wzię­cia wy­ma­ga­ją so­lid­ne­go za­ple­cza obron­ne­go. Chri­stoph von No­stitz-Rie­neck, zo­bo­wią­za­ny do­da­tko­wo aktem ele­ktor­skim do za­pe­wnie­nia schro­nie­nia oko­li­cznej lud­no­ści, przy­stą­pił więc do roz­bu­do­wy for­ty­fi­ka­cji i zwięk­sze­nia li­cze­bno­ści za­ło­gi, dzię­ki cze­mu w 1645 ro­ku miesz­kań­cy Gry­fo­wa nie tyl­ko się tu schro­ni­li, lecz tak­że urzą­dzi­li szwedz­kim ma­ru­de­rom krót­ką, bo­le­sną ko­re­ktę.

BASTEJA DZIOBOWA WYRAŹNIE SUGERUJE, ŻE ŚREDNIOWIECZE SIĘ SKOŃCZYŁO, A KTO TEGO NIE ZAUWAŻYŁ, TEN USŁYSZY

Christoph von Nostitz-Rieneck do­żył 84 lat, po­zo­sta­wia­jąc ma­ją­tek w rę­kach za­le­dwie 24-let­nie­go Al­bre­chta von No­stitz-Rie­neck. Ten jed­nak nie zdą­żył na­dać swo­jej obec­no­ści więk­sze­go zna­cze­nia — zmarł bo­wiem bez­po­to­mnie po sied­miu la­tach, za­my­ka­jąc mę­ską li­nię ro­du Roth­en­burg Tzscho­cha. W kon­se­kwen­cji do­bra zna­la­zły się przy wdo­wie po Chri­sto­phie i je­go cór­kach, któ­re w 1700 (lub 1703) ro­ku sprze­da­ły je Jo­han­no­wi Hart­wi­go­wi von Uech­tritz, rad­cy Au­gu­sta II Moc­ne­go , za 152 ty­sią­ce ta­la­rów i w ten oto spo­sób bez więk­szych sen­ty­men­tów za­koń­czy­ły tę li­nię wy­da­rzeń.

HERB VON UECHTRITZ TO JUŻ NIE MINIMALIZM, TYLKO PEŁNY STACK — ROGI NAD HEŁMEM ROBIĄ ZASIĘG, A KLUCZE NA TARCZY JADĄ Z KOMUNIKATEM: STRAŻ, WŁADZA I DOSTĘP

Zamek Czocha od wieków sły­nie nie tyl­ko z ma­lo­wni­czych mu­rów, lecz tak­że z ro­dzin­nych dra­ma­tów, któ­re mo­gły­by wpra­wić w kom­ple­ksy na­wet ro­dy sły­ną­ce z wie­lo­po­ko­le­nio­wych awan­tur. Jed­nym z bo­ha­te­rów tej oso­bli­wej sa­gi był Chri­stoph von No­stitz‑Rie­neck — mło­dzie­niec, któ­ry w wie­ku za­le­dwie 24 lat po­sta­no­wił oże­nić się ze znacz­nie star­szą, za to rze­ko­mo ba­je­cznie bo­ga­tą krew­nia­czką ce­sa­rza, Ger­tru­dą. Wy­sta­wne we­se­le za­po­wia­da­ło świe­tla­ną przy­szłość, jed­nak już wkrót­ce po ce­re­mo­nii oka­za­ło się, że obie­tni­ce wiel­kie­go po­sa­gu by­ły je­dy­nie fan­ta­zją. Ger­tru­da bo­wiem, choć mo­gła im­po­no­wać po­cho­dze­niem, fi­nan­so­wo by­ła pu­sta jak szka­tuł­ka po roz­trwo­nio­nym dzie­dzi­ctwie.

W obliczu tego nie­po­ko­ją­ce­go szcze­gó­łu uczu­cie Chri­sto­pha osty­gło szyb­ciej niż wo­da w zam­ko­wej stud­ni. Z roz­bra­ja­ją­cą szcze­ro­ścią oznaj­mił więc, że sko­ro żo­na po­sa­gu nie ma, to on rów­nież nie wi­dzi po­wo­du, by an­ga­żo­wać się w mał­żeń­skie obo­wią­zki. Ger­tru­dę jed­nak ce­cho­wał tem­pe­ra­ment, któ­ry nie zno­sił pu­stych łó­żek, więc każ­da nie­obe­cność mę­ża dzia­ła­ła na nią jak za­pro­sze­nie do… kre­atyw­nej lo­gi­sty­ki to­wa­rzy­skiej. Za­nim zdą­żył wy­słać list, że wró­ci za ty­dzień, ona już mia­ła kom­plet „ry­ce­rzy re­zer­wo­wych”, go­to­wych wy­peł­nić lu­kę — i to bez ma­ru­dze­nia, bez wy­ma­gań i bez po­rów­ny­wa­nia jej do świę­tych pań do­mu.

RYCINA URSA GRAFA Z 1516 ROKU — WYRAZISTA SCENA OBYCZAJOWA, W KTÓREJ UKŁAD RELACJI ZOSTAJE ODWRÓCONY, ALE MECHANIZM POZOSTAJE NIEZMIENNY

Taki układ trwałby pewnie jesz­cze dłu­go, gdy­by nie to, że pew­ne­go dnia Chri­stoph wró­cił z po­dró­ży i od­krył, że żo­na spo­dzie­wa się dzie­cka. Je­go za­zdrość za­pa­li­ła się jak su­cha sło­ma, a fi­nał tej hi­sto­rii — jak po­wta­rza się szep­tem — miał być tra­gi­czny. Mó­wi się, że w na­pa­dzie wście­kło­ści Chri­stoph za­pro­wa­dził Ger­tru­dę do stu­dni i tam za­koń­czył ich mał­żeń­stwo w wer­sji de­fi­ni­ty­wnej. Od tam­tej po­ry no­cą z tej wła­śnie stu­dni do­cho­dzą ko­bie­ce ję­ki i wo­ła­nie, ale nie ja­kieś tam ro­man­ty­czne za­wo­dze­nie pod księ­ży­cem, tyl­ko szor­stkie, urwa­ne jak cios w ciem­no­ści przy­po­mnie­nie, że stu­dnia wpra­wdzie przyj­mu­je cia­ła, ale pre­ten­sji już nie tra­wi.

MÓWIĄ, IŻ CHRISTOPH GERTRUDĘ DO TEJ STUDNI PRZYWIÓDŁ I TAM ŻYWOT JEJ ZAKOŃCZYŁ, A OD TEGO CZASU NOCĄ GŁOSY Z NIEJ SIĘ PODNOSZĄ

A jakby komuś się wy­da­wa­ło, że na tym koń­czą się ro­dzin­ne ta­len­ty do fa­tal­nych de­cy­zji, to nie znał po­tom­ków Chri­sto­pha. Je­go syn bo­wiem po­szedł w śla­dy oj­ca z tą sa­mą prze­ko­nu­ją­cą lo­gi­ką, we­dług któ­rej zdra­da żo­ny jest za­wsze wi­ną żo­ny, a ni­gdy mę­ża, któ­ry od lat trak­to­wał ten zwią­zek jak umo­wę han­dlo­wą. Gdy od­krył, że je­go mał­żon­ka ro­man­so­wa­ła z woź­ni­cą, nie przy­szło mu do gło­wy, że mo­że to być re­cen­zja je­go wła­snych umie­jęt­no­ści — nie, on rów­nież uznał, że spra­wę naj­le­piej za­ła­twić jed­nym szyb­kim lo­tem w dół — i ty­le by­ło z te­go mał­żeń­stwa.

Potem przyszła koń­ców­ka XVIII wie­ku, a wraz z nią Ul­ry­ka, któ­ra mia­ła nie­szczę­ście uro­dzić nie­ślub­ne dzie­cko w cza­sach, gdy mo­ral­ność pu­bli­czna by­ła od­wro­tnie pro­por­cjo­nal­na do pry­wa­tnych pra­ktyk. We­dług lo­kal­nych opo­wie­ści Ul­ry­ka rów­nież skoń­czy­ła w wo­dzie, a Bo­gu du­cha win­ne nie­mow­lę za­mu­ro­wa­no w kom­na­cie mar­mu­ro­wej, w pięk­nym re­ne­san­so­wym ko­min­ku.

JAK DAWNE GŁOSY NIOSĄ PO MURACH, ULRYKA W STUDNI KONIEC ZNALAZŁA, A DZIECIĘ W KOMINKU UKRYTO, I TAK DWIE ZBRODNIE JEDNYM DOMEM PRZYKRYTO

Żeby jednak nie było, że wszy­stko tu koń­czy się pła­czem i chlu­po­tem, prze­wo­dni­cy do­rzu­ca­ją jesz­cze jed­ną hi­sto­rię — tym ra­zem spe­cjal­nie dla pa­nów z „bo­ga­tym ży­ciem to­wa­rzy­skim”. Po­do­bno każ­dy nie­wier­ny mąż, któ­ry zaj­rzy do stu­dni, mo­że wkrót­ce po­że­gnać się z fry­zu­rą szyb­ciej, niż zdą­ży się wy­przeć wszy­stkie­go.

Czy to kara z za­świa­tów, czy efekt na­głe­go przy­pły­wu su­mie­nia — trud­no roz­strzy­gnąć. Fak­ty są jed­nak ta­kie, że wie­lu męż­czyzn pro­fi­la­kty­cznie omi­ja cem­bro­wi­nę sze­ro­kim łu­kiem. Na wszel­ki wy­pa­dek — dla wło­sów, dla świę­te­go spo­ko­ju i dla spój­no­ści wła­snej wer­sji wy­da­rzeń.

A WEDLE TEGO, CO PO TYM DZIEDZIŃCU SIĘ NIESIE, KTO PRZY STUDNI SPOJRZY Z WINĄ NA SUMIENIU, TEN ŁYSINĘ PRĘDKO POZNA

Johann Hartwig von Uechtritz, pan na See i Spreitz, do­cze­kał się pię­ciu có­rek i ani jed­ne­go sy­na, co w pra­kty­ce ozna­cza­ło nie ty­le brak na­stęp­cy, co ko­nie­czność szyb­kie­go uszczel­nie­nia ro­dzin­ne­go sys­te­mu. Wpro­wa­dził więc Grund­fi­dei­ko­mmiss — za­sa­dę, któ­ra spro­wa­dza­ła wy­bór mę­ża do krę­gu „swo­ich”, tak by ma­ją­tek krą­żył po tej sa­mej or­bi­cie i nie wpa­dał w ob­ce rę­ce. Jed­na z je­go có­rek, Chri­stia­ne Eli­sa­beth, w 1714 ro­ku po­ślu­bi­ła Kar­la Mag­nu­sa, lecz ich wspól­na hi­sto­ria za­koń­czy­ła się szyb­ciej, niż zdą­ż­yli usta­lić ro­dzin­ne prio­ry­te­ty, bo za­le­dwie po dwóch se­zo­nach mąż od­szedł z te­go świa­ta w wie­ku za­le­dwie 25 lat.

JOHANN HARTWIG PORZĄDKUJE RÓD JAK ZEGARMISTRZ W NOCY,
BO PIĘĆ CÓREK BEZ SYNA TO SYSTEM NA GRANICY MOCY.
CHRISTIANE ELISABETH BIERZE ŚLUB, RÓD LICZY NA DZIEDZICZENIE,
LECZ KARL MAGNUS WNET GAŚNIE I ZOSTAJE PO NIM TYLKO WSPOMNIENIE.

Wdowieństwo Elżbiety nie prze­ciąg­nę­ło się za­nad­to, bo szyb­ko zna­la­zła no­we­go mę­ża, Hein­ri­cha Wil­hel­ma von Uech­tritz, z któ­rym spę­dzi­ła czter­na­ście lat, za­nim i on od­szedł wcze­śniej, jak­by nie chciał psuć ro­dzin­nej tra­dy­cji. Roz­dział ten dom­knął się w li­sto­pa­dzie 1732, i to w spo­sób, któ­re­go nie da spro­wa­dzić do zwy­kłej for­mu­ły „uro­czy­sty po­grzeb”. Kon­dukt ru­szył zgod­nie z ce­re­mo­nia­łem, po­wo­li i do­stoj­nie, aż do chwi­li, gdy ża­ło­bni­cy we­szli na sta­ry, spró­chnia­ły most pro­wa­dzą­cy do zam­ku. Kon­stru­kcja, zmę­czo­na wie­kiem i cię­ża­rem ty­lu kro­ków, pod­da­ła się na­gle, jak­by sa­ma wy­da­ła wy­rok, i ru­nę­ła, strą­ca­jąc część uczest­ni­ków wprost do fo­sy. Sku­tek oka­zał się tra­gi­czny: ży­cie stra­ci­li do­ro­śli i sze­ścio­ro dzie­ci, a wy­da­rze­nie, któ­re mia­ło być spo­koj­nym dom­knię­ciem ża­ło­by, prze­ro­dzi­ło się w dra­mat o znacz­nie więk­szej ska­li.

ELŻBIETA SZYBKO POPRAWIA SWÓJ LOS — DRUGI MĄŻ WCHODZI BEZ ZWŁOKI,
CZTERNAŚCIE LAT WYTRZYMUJE — JAK NA TĘ RODZINĘ TO WYNIK WYSOKI.
KONDUKT SUNIE POWOLI, JAKBY WSZYSTKO BYŁO POD NADZOREM,
LECZ MOST SKRACA CEREMONIĘ JEDNYM, BARDZO KONKRETNYM WYBOREM.

NA STAREJ RYCINIE WIDAĆ TEN MOST, JESZCZE STOI, JESZCZE TRWA,
JAKBY NIE WIEDZIAŁ, ŻE ZA CHWILĘ SAM WYDA WYROK — I WSZYSTKICH W DÓŁ PCHA.

Trzy lata później Eli­sa­beth wy­szła za mąż po raz trze­ci, za Frie­dri­cha Au­gu­sta, do­my­ka­jąc w ten spo­sób se­rię de­cy­zji, w któ­rych pry­wa­tne wy­bo­ry i ro­dzin­na stra­te­gia nie roz­cho­dzi­ły się ani na krok. Gdy zmar­ła w 1741 ro­ku, ma­ją­tek prze­szedł w dzier­ża­wę da­le­kie­go krew­ne­go, Ada­ma von Uech­tritz, czy­li za­to­czył on ko­ło i znów usiadł przy tym sa­mym sto­le, co na po­cząt­ku.

TRZECI ŚLUB — FRIEDRICH AUGUST WCHODZI, SCENARIUSZ BEZ ZMIANY,
TU UCZUCIA SĄ DODATKIEM, A PLAN OD LAT TEN SAM, DOSKONALE ZNANY.
ELŻBIETA SCHODZI W CZTERDZIESTYM PIERWSZYM — I NIC TU NIE UMYKA,
BO ADAM SIADA ZNÓW PRZY STOLE — TEN SAM OBIEG, TA SAMA LOGIKA.

NA RYCINIE PLAN Z TEGO OKRESU — UKŁAD DŁUGI, NIERÓWNY, POD TEREN PODCIĘTY,
TU NIE MA MIEJSCA NA FANABERIE — KAŻDY MUR JEST WYNIKIEM WARUNKU PRZYJĘTY.

KOŃCZYMY TUTAJ — NIECH JUŻ NIKOGO TEN RYM NIE MĘCZY I NIE KŁUJE,
POKRACZNA POEZJA MILKNIE WRESZCIE, BO I TAK NIKT JEJ NIE ŻAŁUJE. 😊

W 1755 roku Czocha zmie­ni­ła wła­ści­cie­la w spo­sób już zu­peł­nie przy­ziem­ny: ku­piec Fer­di­nand Ot­to von Schni­del ku­pił ją za 87 ty­się­cy ta­la­rów reń­skich, za­my­ka­jąc etap ro­dzin­nych za­bez­pie­czeń czy­stą trans­ak­cją. Je­go syn, Carl Ot­to Gu­stav , uro­dzo­ny na zam­ku, po­szedł w stro­nę, któ­ra z mu­ra­mi ma nie­wie­le wspól­ne­go — za­sły­nął bo­wiem ja­ko au­tor prac z li­te­ra­tu­ry i hi­sto­rii oraz tłu­macz wło­skiej po­ezji, dzia­ła­ją­cy w świe­cie, gdzie wszy­stko moż­na by­ło po­sta­wić od no­wa jed­nym zda­niem, bez udzia­łu ja­kiej­kol­wiek eki­py bu­do­wla­nej.

FRAGMENT PIERWSZEGO WYDANIA „DIE DEUTSCHE SCHRIFTSTELLERINNEN IM 19. JAHRHUNDERT” („PISARKI NIEMIECKIE XIX WIEKU”) Z 1823 ROKU AUTORSTWA URODZONEGO NA ZAMKU CZOCHA CARLA VON SCHNIDEL TO PRAWDZIWY WYTRZYMAŁOŚCIOWY TEST DLA OCZU, W KTÓRYM KAŻDA LITERA UDOWADNIA, ŻE CZYTELNIK MUSI SIĘ POSTARAĆ

Spokój tej układanki nie trwał jed­nak dłu­go. W no­cy z 17 na 18 sier­pnia 1793, pod nie­obe­cność Frie­dri­cha Au­gu­sta Chri­sto­pha, wła­ści­cie­la zam­ku, wy­buchł po­żar, któ­ry bez więk­szych wa­hań za­jął da­chy i wie­żę, a na­stęp­nie do­brał się do czę­ści po­mie­szczeń miesz­kal­nych wraz z ich wy­po­sa­że­niem. Zni­knę­ła zbro­jo­wnia, zni­knę­ła bi­blio­te­ka, a wraz z nią wie­le cen­nych sta­ro­dru­ków, któ­re przez la­ta wy­cho­dzi­ły ca­ło z każ­dej hi­sto­rii, aż w koń­cu sa­me sta­ły się ma­te­ria­łem do opo­wie­ści o stra­tach.

U EBHARDTA ZAMEK PO POŻARZE WYGLĄDA JAK WERSJA OKROJONA, W KTÓREJ OGNIEŃ ZOSTAWIŁ TYLKO TYLE, ILE POTRZEBA, BY JESZCZE ROZPOZNAĆ CAŁOŚĆ

Reakcja była szybka. Nie­mal na­ty­chmiast przy­stą­pio­no do od­bu­do­wy i sześć lat póź­niej gmach po­no­wnie na­da­wał się do za­mie­szka­nia, choć w wer­sji, któ­ra nie by­ła już wier­ną ko­pią pier­wo­wzo­ru. Śre­dnio­wie­czną więź­bę da­cho­wą za­stą­pio­no da­chem ba­ro­ko­wym, wie­żę pod­wyż­szo­no, wnę­trza otrzy­ma­ły no­wy wy­strój — za­mek wró­cił do uży­tku, ale już w kształ­cie da­ją­cym do zro­zu­mie­nia, że ogień nie tyl­ko zni­szczył, lecz tak­że upo­rząd­ko­wał go po swo­je­mu.

NA RYSUNKU BRZOZOWSKIEGO Z 2. POŁOWY XIX WIEKU ZAMEK BŁYSZCZY PO POŻARZE, ALE TO JUŻ BLASK PO MODYFIKACJI — DACH ZMIENIONY, NIECO WYŻSZA WIEŻA, WNĘTRZA NOWE, CZYLI POWRÓT DO ŻYCIA, ALE NIE DO PRZESZŁOŚCI

Po śmierci Friedricha Au­gu­sta ma­ją­tek odzie­dzi­czył Ernst Frie­drich von Uech­tritz und Stein­kirch, a po nim Czo­chę ob­jął je­dy­ny ży­ją­cy syn, Frie­drich Karl Ot­to. Ten, już bez zwło­ki, wpro­wa­dził się na za­mek wraz z mał­żon­ką o ty­tu­la­tu­rze tak roz­bu­do­wa­nej, że w po­ło­wie moż­na by­ło za­po­mnieć, do­kąd to wszy­stko zmie­rza: Gu­sta­vi­ną Ot­ti­lią Ka­ro­li­ną Mi­net­tą Char­lot­tą Ol­gą von Uech­tritz und Stein­kirch von War­tens­le­ben. Mał­żeń­stwo do­cze­ka­ło się pię­cior­ga dzie­ci — Bern­har­da, Hil­de­gard, Vi­cto­rii, Ed­ga­ra i Bol­ka — czy­li peł­ne­go ze­sta­wu spad­ko­bier­ców dla ma­jąt­ku, któ­ry obej­mo­wał fol­wark, dwie wsie oraz roz­le­głe te­re­ny zie­mi i la­sów o łącz­nej po­wierz­chni 1500 hek­ta­rów. Ca­łość dzia­ła­ła jak do­brze usta­wio­na kon­stru­kcja: na­zwi­ska dłu­gie, are­ał sze­ro­ki, ciąg­łość ro­du za­bez­pie­czo­na bez nie­do­mó­wień.

BLASCHNIK UTRWALA ZAMEK POD WŁADZĄ RODZINY VON UECHTRITZ UND STEINKIRCH, KTÓREJ NAZWISKO KTOŚ TAK Z UPARTĄ KONSEKWENCJĄ ROZPISAŁ NA KAWAŁKI, ŻE ZACZYNA SIĘ W PRUSACH, A KOŃCZY GDZIEŚ POD WIEDNIEM (1884)

[...] Po po­ża­rze zam­ku w ro­ku 1793 za­ję­to się gor­li­wie je­go od­bu­do­wa­niem, lecz nie trzy­ma­no się czys­to­ści sty­lu, bo dziś przed­sta­wia on mie­sza­ni­nę sta­re­go bur­gu nie­miec­kie­go i bu­dow­li now­szej kon­struk­cyi. Mu­ry zam­ku i daw­niej­szej wie­ży zam­ko­wej, o­ca­la­łe z po­ża­ru, są na pięć ło­kci gru­be. God­na jest też tu wi­dze­nia zbro­jow­nia, ma­ją­ca kil­ka o­ka­zów daw­niej­szej sztu­ki wo­jen­nej. Pod jed­nym z bas­tyo­nów znaj­do­wa­ła się u­kry­ta staj­nia, a bra­ma wjaz­do­wa opat­rzo­na by­ła w zwo­dzo­ne wro­ta że­laz­ne.

Tygodnik Ilustrowany, 1881

TO JEST PEŁNY BALANS — NATURA, LUDZIE I BACKGROUND HISTORYCZNY SPIĘTE W JEDEN, BARDZO STABILNY KADR (1890)

Gdy w 1905 roku Karl Otto od­szedł z te­go świa­ta, je­go spad­ko­bier­cy szyb­ko do­szli do wnio­sku, że utrzy­my­wa­nie roz­le­głe­go ma­jąt­ku to za­ję­cie do­bre dla tych, któ­rzy ma­ją czas i cier­pli­wość, a nie dla tych, któ­rzy wo­lą kon­kre­tny wy­nik na kon­cie, dla­te­go de­cy­zja o sprze­da­ży za­pa­dła bez więk­sze­go sen­ty­men­tu. Chęt­ny zna­lazł się z naj­wyż­szej pół­ki — Ernst Gün­ther zu Schle­swig-Hol­stein-Son­der­burg , brat ce­sa­rzo­wej Au­gu­sty Wi­kto­rii — co za­po­wia­da­ło trans­ak­cję z od­po­wie­dnią opra­wą, lecz wy­star­czy­ło jed­no obej­ście zam­ku, by en­tu­zjazm wy­pa­ro­wał; ksią­żę obej­rzał, po­li­czył w gło­wie, ile to wszy­stko ko­sztu­je w cza­sie i pie­nią­dzu, po czym de­li­ka­tnie po­dzię­ko­wał i ty­le go wi­dzie­li.

CZOCHA WYGLĄDA TU JAKBY BYŁA GOTOWA NA NOWEGO WŁAŚCICIELA, ALE SKORO BRAT CESARZOWEJ PO KRÓTKIEJ WIZYCIE PODZIĘKOWAŁ, TO MUSIAŁ ZOBACZYĆ WIĘCEJ NIŻ TE KWIATKI (OK. 1900)

Dopiero w 1909 roku po­ja­wił się ktoś, kto nie tyl­ko miał środ­ki, ale i ocho­tę, by je z roz­ma­chem wy­dać — Ernst Gu­tschow, któ­ry za 1,5 mi­lio­na ma­rek ku­pił Czo­chę wraz z ca­łym pa­kie­tem oko­li­cznych dóbr, naj­wy­raź­niej uzna­jąc, że sko­ro już bu­du­je się po­tę­gę prze­my­sło­wą, to nie za­szko­dzi do­dać jej re­pre­zen­ta­cyj­ne­go ent­ou­ra­ge’u. Gu­tschow miał wszy­stko, co w ta­kich sy­tu­acjach by­wa nie­zbęd­ne: pie­nią­dze, tem­po dzia­ła­nia i bar­dzo wy­ra­źne po­czu­cie, że sa­ma for­tu­na to do­pie­ro po­czą­tek, a pra­wdzi­wy efekt za­czy­na się tam, gdzie moż­na ją po­ka­zać w od­po­wie­dniej ra­mie.

DREZDEŃSKI PAŁACYK GUTSCHOWA WYGLĄDAŁ JAK PRYWATNA SPRAWA, WIĘC TEN KUPIŁ SOBIE ZAMEK — BO NIE PO TO ROBI SIĘ PIENIĄDZE, ŻEBY KTOŚ ICH NIE WIDZIAŁ Z DALEKA
(FOTOGRAFIA Z WIKIPEDII — KLASYKA)

Tą ramą miał być za­mek, choć w chwi­li za­ku­pu bar­dziej przy­po­mi­nał on zo­bo­wią­za­nie niż go­to­wą wi­zy­tów­kę — stan tech­ni­czny wy­ma­gał po­waż­nych na­kła­dów, a de­cy­zja spro­wa­dza­ła się do wy­bo­ru mię­dzy od­two­rze­niem te­go, co by­ło, a stw­orze­niem cze­goś, co wy­glą­da le­piej niż ory­gi­nał. Gu­tschow nie miał wąt­pli­wo­ści: za­miast kon­ser­wo­wać prze­szłość, zle­cił prze­bu­do­wę, któ­ra uczy­ni­ła z Czo­chy ro­man­ty­czne zam­czy­sko w wer­sji „ule­pszo­nej”, gdzie hi­sto­ria zo­sta­ła lek­ko pod­re­tu­szo­wa­na, fan­ta­zja do­pi­sa­na, a ca­łość usta­wio­na tak, by ro­bi­ła wra­że­nie od pier­wsze­go spoj­rze­nia. W tle po­zo­sta­wał cel cał­kiem kon­kre­tny — ty­tuł szla­che­cki, któ­ry miał sta­no­wić ro­dzaj „cer­ty­fi­ka­tu ja­ko­ści”, ide­al­ne­go do bu­do­wa­nia le­gen­dy ro­du.

TU DECYZJA JUŻ ZAPADŁA: NIE ODTWARZAĆ, TYLKO ZROBIĆ LEPIEJ — NAWET JEŚLI „LEPIEJ” ZNACZY TROCHĘ INACZEJ NIŻ BYŁO (OKOŁO 1912)

Realizacji tego za­da­nia pod­jął się zna­ny ber­liń­ski ar­chi­tekt Bo­do Eb­hardt , któ­ry w la­tach 1912–1920, ko­sztem 4 mi­lio­nów ma­rek, nie ty­le od­no­wił za­mek, ile urzą­dził mu sta­ran­nie wy­re­ży­se­ro­wa­ny po­wrót do prze­szło­ści. Prze­kształ­cił ze­wnę­trzną bry­łę wa­ro­wni, zmo­der­ni­zo­wał wnę­trza i zro­bił to wszy­stko z ta­kim roz­ma­chem, jak­by śre­dnio­wie­cze by­ło sty­lem, któ­ry da się po pro­stu za­mó­wić, do­pra­co­wać i od­dać w wer­sji luk­su­so­wej. Duch daw­nych wie­ków miał tu oczy­wi­ście zo­stać za­cho­wa­ny, a naj­le­piej jesz­cze lek­ko pod­ra­so­wa­ny. Po­ma­ga­ły w tym ory­gi­nal­ne de­ta­le ar­chi­te­kto­ni­czne oraz ma­te­ria­ły od­zy­ska­ne z ro­ze­bra­nych frag­men­tów zam­ku, czy­li prze­szłość uży­ta po­no­wnie, tym ra­zem już pod ści­słym nad­zo­rem este­ty­cznym.

U NAS W GMINIE TO BY WÓJT POWIEDZIAŁ TAK: REMONT NA PEŁNO, RUSZTOWANIA STOJĄ, ROBOTA IDZIE, BĘDZIE ŁADNIE I PORZĄDNIE, NIE JAKIEŚ TAM POŁATANE (OKOŁO 1915)

Reprezentacyjne po­mie­szcze­nia otrzy­ma­ły ko­min­ki spro­wa­dza­ne spe­cjal­nie z Włoch, jak­by miej­sco­wy ka­mień nie był dość god­ny tak am­bi­tnej in­sce­ni­za­cji, a bi­blio­te­ka, urzą­dzo­na nie­mal po kró­lew­sku, do­sta­ła opra­wę na­wią­zu­ją­cą do an­giel­skie­go go­ty­ku Tu­do­rów. Do te­go do­szły za­by­tko­we me­ble, hi­sto­ry­czne eks­po­na­ty, ma­lo­wi­dła ścien­ne au­tor­stwa Ma­xa Ko­cha z ber­liń­skie­go Kunst­ge­wer­be­mu­se­um, wi­tra­że oraz sny­cer­skie de­ko­ra­cje peł­ne ukry­tej sym­bo­li­ki, bo sko­ro już od­bu­do­wy­wać za­mek, to z roz­ma­chem, któ­ry nie zna umia­ru ani skrom­no­ści. Eb­hardt ze zle­co­ne­go za­da­nia wy­wią­zał się zna­ko­mi­cie. Dość po­wie­dzieć, że w opi­nii ob­ser­wa­to­rów Czo­cha po prze­bu­do­wie sta­ła się bar­dziej śre­dnio­wie­czna niż by­ła w śre­dnio­wie­czu.

NA FOTOGRAFIACH KOLEJNO ZAMEK W TRZECH ODSŁONACH: NA GÓRZE — PRZED 1912 W „BIEDA-WERSJI”, CZYLI PO PROSTU WERSJI ZASTANEJ, W ŚRODKU — PO PRZEBUDOWIE POŁUDNIOWEJ CZĘŚCI, I NA DOLE — OKOŁO 1920, GDZIE ZASTANE ZOSTAJE ZASTĄPIONE BARDZIEJ PRZEKONUJĄCYM

Ernst Gutschow uro­dził się 8 kwie­tnia 1869 ro­ku w Ros­to­cku w Me­klem­bur­gii i to je­dy­na in­for­ma­cja, ja­ką hi­sto­ria za­cho­wa­ła o je­go mło­dzień­czych la­tach. Da­lej jed­nak nar­ra­cja przy­spie­sza i na­bie­ra wy­raź­nych kon­tu­rów: w wie­ku 22 lat wy­jazd do An­glii, dwa la­ta póź­niej Ame­ry­ka i pier­wszy kon­kret — sta­no­wi­sko dy­re­kto­ra ge­ne­ral­ne­go w fir­mie MI­CHA­LI­TSCHKE BROS & CO., zaj­mu­ją­cej się pro­du­kcją, im­por­tem i sprze­da­żą ku­bań­skich cy­gar oraz tu­re­ckich pa­pie­ro­sów. Jesz­cze w tym sa­mym ro­ku że­ni się z cór­ką wła­ści­cie­la, Jo­sie Mi­cha­li­tschke, a po­tem wszy­stko za­czy­na iść mu z ta­ką lek­ko­ścią, jak­by los na­gle do­stał od te­ścia służ­bo­we in­stru­kcje. Ten je­den ruch otwie­ra do­stęp do ka­pi­ta­łu, a z nim przy­cho­dzą klu­czo­we in­we­sty­cje: za­kup zam­ku Czo­cha oraz bi­blio­te­ka li­czą­ca 25 ty­się­cy wo­lu­mi­nów, czwar­ta co do wiel­ko­ści pry­wa­tna ko­le­kcja za­by­tko­wych dru­ków w Niem­czech.

INWESTOR NA TLE ZREALIZOWANEGO PROJEKTU — PEŁNA KONTROLA NAD WIZJĄ I JEJ FINALNYM EFEKTEM

Z takim zapleczem Gu­tschow wra­ca do Nie­miec, gdzie współ­pro­wa­dzi świe­tnie pro­spe­ru­ją­cy kon­cern ty­to­nio­wy GE­ORG A. JAS­MA­TZI A.G., in­we­stu­je, po­mna­ża środ­ki, a na­stęp­nie za­czy­na je prze­kła­dać na rze­czy, któ­re nie tyl­ko ko­sztu­ją, ale też zna­czą. W je­go zbio­rach po­ja­wia­ją się dzie­ła sztu­ki i ko­szto­wno­ści z car­skiej Ro­sji, w tym przed­mio­ty o ran­dze nie­mal sym­bo­li­cznej — in­sy­gnia ko­ro­na­cyj­ne ca­rów czy zło­te jaj­ka Fa­ber­gé, choć fak­ty do­ty­czą­ce tych na­by­tków po­zo­sta­ją na ty­le mgli­ste, że trud­no stwier­dzić, co z nich ist­nia­ło na­pra­wdę, a co tyl­ko w opo­wie­ściach. Pro­blem po­le­ga na tym, że na­wet naj­bar­dziej wy­ra­fi­no­wa­ne ko­le­kcjo­ne­rskie bły­sko­tki nie roz­wią­zu­ją kwe­stii za­sa­dni­czej: Gu­tschow po­zo­sta­je czło­wie­kiem bez szla­che­ckie­go ro­do­wo­du, a herb z kro­czą­cym lwem (ja­kim się po­słu­gu­je) jest je­dy­nie mie­szczań­skim zna­kiem, for­mal­nie do­stęp­nym dla każ­de­go.

NA GÓRZE OFICJALNY PORTRET ERNSTA GUTSCHOWA Z MAŁŻONKĄ, NA DOLE 25-LETNIA "PRZYJACIÓŁKA" WŁAŚCICIELA CZOCHY - ELSA KRÜGER, CO W PRAKTYCE POZWALAŁO ZACHOWAĆ FORMĘ, NIE REZYGNUJĄC Z TREŚCI

W tym miej­scu po­ja­wia się Czo­cha, nie ja­ko ka­prys, lecz ja­ko pró­ba do­po­wie­dze­nia te­go, cze­go nie obej­mu­ją do­ku­men­ty. Za­mek, na­by­ty z ini­cja­ty­wy ba­ro­na Wil­li­bal­da von Dir­ksen i prze­bu­do­wa­ny z iście kró­lew­skim roz­ma­chem, ma stwo­rzyć dla na­zwi­ska od­po­wie­dnią opra­wę. Efekt jest prze­ko­nu­ją­cy wi­zu­al­nie, lecz nie for­mal­nie: Gu­tschow naj­pew­niej ni­gdy nie otrzy­mu­je ty­tu­łu szla­che­ckie­go, a fakt że nie za­cho­wa­ły się żad­ne do­ku­men­ty no­bi­li­ta­cyj­ne, za­trzy­mu­je tę hi­sto­rię na twar­dym bra­ku do­wo­du.

PAMIĄTKOWA FOTOGRAFIA Z PRZEBUDOWY ZAMKU — PO RETUSZU WYGLĄDA NIBY LEPIEJ NIŻ KIEDYKOLWIEK WCZEŚNIEJ, CHOĆ WPRAWNE OKO DOSTRZEŻE, ŻE ALGORYTM WYRAŹNIE POLUBIŁ JEDEN KONKRETNY UKŁAD TWARZY I NIE MIAŁ OCHOTY GO ZMIENIAĆ

Mimo ogromnych ko­sztów i ca­łe­go or­ga­ni­za­cyj­ne­go za­mie­sza­nia zwią­za­ne­go z prze­bu­do­wą zam­ku je­go wła­ści­ciel po­ja­wiał się tu­taj ra­czej rzad­ko — zwy­kle za­le­dwie na kil­ka ty­go­dni w ro­ku, jak ktoś, kto za­mó­wił so­bie wiel­ką hi­sto­ry­czną za­ba­wkę, ale ko­rzy­stał z niej wy­łącz­nie od świę­ta. Na sta­łe prze­niósł się tu z ro­dzi­ną do­pie­ro pod ko­niec dru­giej woj­ny świa­to­wej, kie­dy Dol­ny Śląsk, na tle bom­bar­do­wa­nych miast nie­mie­ckich, ucho­dził jesz­cze za względ­nie bez­pie­czny azyl.

CZOCHA SUPREME GATE — WJEŻDŻASZ I NAGLE TWOJE PROBLEMY FINANSOWE ZACZYNAJĄ BRZMIEĆ LUKSUSOWO (1933)

Ten spokój trwał do­kła­dnie tak dłu­go, jak dłu­go da­ło się uda­wać, że Ar­mia So­wie­cka mo­że jed­nak skrę­ci gdzie in­dziej. Gdy wia­do­mo­ści o jej szyb­kim mar­szu oka­za­ły się praw­dą, Gu­tschow spa­ko­wał naj­cen­niej­sze wy­po­sa­że­nie zam­ku i ru­szył w stro­nę Dre­zna, nie prze­czu­wa­jąc jesz­cze, że z Czo­chą roz­sta­je się wła­śnie na za­wsze. W lu­tym 1945 tak­że sto­li­ca Sa­kso­nii ru­n­ęła pod gra­dem ame­ry­kań­skich bomb za­pa­la­ją­cych, więc opu­ścił i ją, a na­stęp­nie prze­niósł się do Bad Wil­dun­gen, gdzie rok póź­niej zmarł z po­wo­du na­stępstw uda­ru móz­gu i za­pa­le­nia płuc, za­my­ka­jąc hi­sto­rię, któ­ra jesz­cze chwi­lę wcze­śniej wy­da­wa­ła się za­bez­pie­czo­na na po­ko­le­nia.

TO SYMULACJA, W KTÓREJ ZAMEK PRZYWDZIEWA WOJENNE REALIA, NICZYM OBIEKT DOŚWIADCZALNY W LABORATORIUM HISTORYKÓW

Wyjeżdżając z Czochy, osta­tni jej wła­ści­ciel za­brał za­pew­ne wszy­stko, co mia­ło dla nie­go naj­wię­kszą war­tość hi­sto­ry­czną i ma­te­rial­ną: książ­ki Dü­re­ra, za­by­tko­wą broń, wy­ro­by sny­cer­skie, zło­to oraz na­by­tą od bol­sze­wi­ków car­ską bi­żu­te­rię, czy­li ge­ne­ral­nie wszy­stko, co po­zwa­la­ło mu roz­po­cząć no­we ży­cie bez te­go krę­pu­ją­ce­go uczu­cia, że cze­goś mu bra­ku­je (co fi­nal­nie oka­za­ło się za­bez­pie­cze­niem na przy­szłość rów­nie trwa­łym jak je­go wła­sne zdro­wie). Część wy­po­sa­że­nia zam­ku jed­nak w nim zo­sta­ła, a te „skar­by” — w prak­tyce garść me­bli, ksią­żek, win i tro­chę sre­bra — szyb­ko tra­fi­ły pod skrzy­dła no­wych, ide­owo umo­ty­wo­wa­nych go­spo­da­rzy dóbr po­rzu­co­nych, któ­rzy naj­wy­ra­źniej uzna­li, że naj­le­pszym spo­so­bem na ich ochro­nę bę­dzie prze­kształ­ce­nie mie­nia w środ­ki o wy­so­kiej mo­bil­no­ści.

1945: NA PLAKACIE MILIONY HEKTARÓW DO WZIĘCIA, W PRAKTYCE NAJWIĘKSZE EMOCJE BUDZIŁY NIE POLA, TYLKO SZUFLADY PO NIEMCACH

Kolejne epizody po­ka­za­ły, że duch te­re­no­wej przed­się­bior­czo­ści miał się świe­tnie, gdy jed­ną z cię­ża­ró­wek wy­peł­nio­ną zam­ko­wy­mi de­po­zy­ta­mi przy­wła­szczył bur­mistrz Leś­nej wraz z mał­żon­ką, po czym obo­je, nie­spe­cjal­nie nie­po­ko­je­ni, prze­kro­czy­li gra­ni­cę i ulo­ko­wa­li się w ame­ry­kań­skiej stre­fie oku­pa­cyj­nej. Na­stęp­ny „skarb”, ele­gan­cko skla­sy­fi­ko­wa­ny ja­ko de­po­zyt mi­li­cyj­ny, pil­no­wa­ny oso­bi­ście przez ko­men­dan­ta po­ste­run­ku MO, rów­nież zni­knął w oko­li­czno­ściach na ty­le dys­kre­tnych, że za­brał ze so­bą swe­go opie­ku­na — co tyl­ko uma­cnia wra­że­nie, że nad­zór nad ca­łą ope­ra­cją był pro­wa­dzo­ny z po­dzi­wu god­ną spój­no­ścią i kon­se­kwen­cją.

MIAŁO BYĆ ZARZĄDZANIE, WYSZŁO ZARZĄDZANIE ŁUPEM — RÓŻNICA GŁÓWNIE W SŁOWNICTWIE

Inni szabrownicy mieli już mniej szczę­ścia i za kra­dzież tra­fia­li do wię­zie­nia — mię­dzy in­ny­mi ów­cze­sny wi­ce­sta­ro­sta Lu­ba­nia, któ­ry naj­wy­ra­źniej nie zdą­żył w po­rę usta­lić wła­ści­wej tra­sy ewa­ku­acji. Część zbio­rów uda­ło się jed­nak od­zy­skać: 25 ty­się­cy ksią­żek ze zbio­ru fa­bry­kan­ta tra­fi­ło do wro­cła­wskiej Bi­blio­te­ki Uni­wer­sy­te­ckiej, a wraz z ni­mi 53 me­ble, 84 obra­zy olej­ne, 29 rzeźb, 130 sztuk bro­ni bia­łej i pal­nej oraz pew­na ilość za­sta­wy, szkła i por­ce­la­ny, czy­li to, co ja­kimś cu­dem wró­ci­ło z po­wo­jen­nej piel­grzy­mki po cu­dzych piw­ni­cach.

W odnajdywaniu skry­tek i ukry­tych w nich przed­mio­tów po­ma­ga­ła mi­li­cji przed­wo­jen­na bi­blio­te­kar­ka zam­ko­wa Chri­sti­ne von Saur­ma, zwa­na Klucz­ni­cą, któ­ra po za­koń­cze­niu in­wen­ta­ry­za­cji bez prze­szkód wy­je­cha­ła do Nie­miec. Wy­glą­da więc na to, że przy­naj­mniej ktoś w tej hi­sto­rii znał wszy­stkie drzwi, choć py­ta­nie, ile skry­tek wska­za­no, a ile prze­mil­cza­no, po­zo­sta­je otwar­te.

EKSKLUZYWNA PRZESTRZEŃ TYPU „SKARBIEC” Z AUTENTYCZNYMI KRATAMI I DRZWIAMI O PODWYŻSZONEJ ODPORNOŚCI — RESZTA LOKALIZACJI POZA OFERTĄ

Według opinii nie­któ­rych świad­ków tam­tych wy­da­rzeń, w cza­sie dru­giej woj­ny świa­to­wej za­mek Czo­cha od­wie­dzał Wer­nher von Braun — uro­dzo­ny w wiel­ko­pol­skim Wy­rzy­sku Sturm­bann­fü­hrer SS (ma­jor), naj­pierw du­ma na­zi­sto­wskich Nie­miec, po­tem bez więk­sze­go wa­ha­nia ozdo­ba ame­ry­kań­skie­go pro­gra­mu ko­smi­czne­go. Je­go ży­cio­rys wy­glą­da jak po­kaz mo­dy ide­olo­gii: od ra­kiet V-2 do ra­kiet Sa­turn, z jed­ne­go sys­te­mu w dru­gi, przy czym zmie­nia się wła­ści­wie tyl­ko de­ko­ra­cja, a ca­ła re­szta po­zo­sta­je za­dzi­wia­ją­co spój­na, co brzmi jak do­wód, że przy od­po­wie­dnim ta­len­cie gra­wi­ta­cja dzia­ła wy­łącz­nie na ra­kie­ty, a nie na su­mie­nie.

GDZIE PŁACĄ, TAM OJCZYZNA — RESZTA TO KWESTIA OPRAWY

Jego wizyty łą­czy się z dzia­łal­no­ścią pro­wa­dzo­ną w pod­ziem­nych za­kła­dach w re­jo­nie Le­śnej, gdzie — przy­naj­mniej we­dług krą­żą­cych re­la­cji — pra­co­wa­no nad po­ci­ska­mi V-1 i V-2, eks­pe­ry­men­to­wa­no z bro­nią ra­dio­lo­gi­czną oraz no­wy­mi ty­pa­mi na­pę­dów. Jed­nym z ta­kich miejsc mia­ła być fa­bry­ka „Ge­ma Wer­ke”, pro­du­ku­ją­ca urzą­dze­nia ra­dio­lo­ka­cyj­ne Fre­ya , czy­li sprzęt jak naj­bar­dziej re­al­ny, kon­kret­ny i po­trze­bny, zwła­szcza w cza­sach, gdy woj­na opie­ra­ła się na tym, kto pier­wszy zo­ba­czy wię­cej.

Reszta brzmi już mniej so­lid­nie, za to znacz­nie bar­dziej wi­do­wi­sko­wo, bo eks­pe­ry­men­ty mia­ły ge­ne­ro­wać po­le tak sil­ne, że sa­mo­cho­dy ga­sły w ru­chu, co da­je przy­naj­mniej jed­ną pew­ność, że wpływ na rze­czy­wi­stość był od­czu­wal­ny, choć nie­ko­nie­cznie uży­te­czny. Po za­koń­cze­niu prób au­ta ru­sza­ły da­lej, jak­by nic się nie wy­da­rzy­ło, co sta­wia ca­łe to rze­ko­me osiąg­nię­cie w dość oso­bli­wym świe­tle, jak­by ca­ła ta hi­sto­ria by­ła tyl­ko efe­ktem ubocz­nym fan­ta­zji, nie fi­zy­ki.

VON BRAUN ROZSIADŁ SIĘ MIĘDZY RAKIETAMI JAK NA RANCHO — TYLKO STADO MA TU ZASIĘG WYRAŹNIE POZAZIEMSKI

Po objęciu przez pol­ską ad­mi­ni­stra­cję Czo­cha roz­po­czę­ła ka­rie­rę in­sty­tu­cjo­nal­ną, któ­ra z po­wo­dze­niem mo­gła­by ucho­dzić za kon­kurs w prze­ka­zy­wa­niu od­po­wie­dzial­no­ści z rąk do rąk. Na po­czą­tek Gmin­na Spół­dziel­nia „Sa­mo­po­moc Chłop­ska”, po­tem Dol­no­ślą­ska Izba Rol­ni­cza, na­stęp­nie Mi­ni­ster­stwo Kul­tu­ry i Sztu­ki — każ­dy coś prze­jął, coś za­pi­sał, po czym od­dał da­lej, jak­by za­mek był ra­czej pro­ble­mem do ob­słu­że­nia niż za­by­tkiem do utrzy­ma­nia.

OBYWATELE! TU NIE MA MIEJSCA NA ZASTÓJ — ZAMEK PRZECHODZI Z RĄK DO RĄK W DUCHU POSTĘPU I NIEPRZYWIĄZYWANIA SIĘ DO MAJĄTKU (ZESPÓŁ BRAMY DOLNEJ, 1948)

W 1952 roku sprawa tra­fi­ła w rę­ce bar­dziej zde­cy­do­wa­ne: Mi­ni­ster­stwo Obro­ny obię­ło nad­zór nad zam­kiem i urzą­dzi­ło w nim ośro­dek wy­po­czyn­ko­wy dla wy­so­kich ran­gą ofi­ce­rów Lu­do­we­go Woj­ska Pol­skie­go i ich ro­dzin. I tu hi­sto­ria ro­bi się cie­ka­wsza, bo wła­śnie ta dość oso­bli­wa funk­cja — re­pre­zen­ta­cyj­na en­kla­wa dla lu­dzi, któ­rych ofi­cjal­ny prze­kaz kre­ował na „eli­tę na­ro­du”, a któ­rzy w prak­ty­ce by­li po pro­stu be­ne­fi­cjen­ta­mi sys­te­mu — naj­pew­niej prze­są­dzi­ła o prze­trwa­niu zam­ku. Pod­czas gdy wie­le in­nych ślą­skich re­zy­den­cji spo­koj­nie roz­pa­da­ło się pod wpły­wem cza­su, po­go­dy i bar­dzo kon­kre­tne­go za­in­te­re­so­wa­nia oko­li­cznych miesz­kań­ców, Czo­cha mia­ła za­pew­nio­ną ochro­nę wy­ni­ka­ją­cą nie tyle z tro­ski o dzie­dzi­ctwo, co z po­trze­by wy­go­dy.

ZMIANA FUNKCJI Z ZABYTKU NA WOJSKOWY AZYL — I NAGLE NIE MA MOWY O ROZPADZIE, BO KTOŚ MUSI MIEĆ GDZIE ODPOCZĄĆ PO TRUDACH SYSTEMU (1968)

Po 1989 roku zamek ponownie zmie­nił opie­ku­na i tra­fił pod za­rząd Woj­sko­wej Agen­cji Mie­szka­nio­wej, co ozna­cza­ło już bar­dziej współ­cze­sną wer­sję za­rzą­dza­nia niż po­wo­jen­ny eks­pe­ry­ment in­sty­tu­cjo­nal­ny. Po za­koń­czeniu prac ada­pta­cyj­nych w 1996 ro­ku otwar­to go dla ru­chu tu­ry­sty­czne­go — i tym sa­mym miej­sce, któ­re przez de­ka­dy funk­cjo­no­wa­ło ja­ko zam­knię­ta prze­strzeń dla wy­bra­nych, za­czę­ło za­ra­biać na tych, któ­rzy chcą zo­ba­czyć, jak wy­glą­da to wie­lo­epo­ko­we „tak by­ło”, któ­re no­si śla­dy ty­lu rąk, że aż trud­no nie po­czuć po­dzi­wu dla tej po­li­chro­mi­cznej mo­zai­ki form i ar­chi­te­kto­ni­cznych kom­pro­mi­sów.

A NA KONIEC TEJ HISTORII POCZTÓWKA SIĘ UKAZUJE, CO ZAMEK W SPOKOJU PRZEDSTAWIA, CHOĆ DZIEJE JEGO BURZLIWSZE NIŻ TEN WIDOK BYŁY

Wśród licznych gości, któ­rzy w cza­sach ko­mu­ni­zmu ra­czy­li Czo­chę swo­ją obec­no­ścią, zna­la­zła się praw­dzi­wa ga­le­ria „zna­ko­mi­to­ści” — ze­staw na­zwisk, przy któ­rym hi­sto­ria prze­sta­je być sub­tel­na i po­ka­zu­je swo­ją ciem­niej­szą stro­nę. By­wa­li tu m.in. prze­wo­dni­czą­cy KC PZPR Bo­le­sław Bie­rut , je­go nie­za­stą­pio­ny to­wa­rzysz od spraw szcze­gól­nie de­li­ka­tnych Ja­kub Ber­man , I se­kre­tarz KC PZPR Wła­dy­sław Go­muł­ka , pre­mier PRL Jó­zef Cy­ran­kie­wicz oraz czło­wiek, któ­ry z cza­sem do­szedł do wnio­sku, że mun­dur i po­li­ty­ka to cał­kiem zgra­ny du­et — Woj­ciech Ja­ru­zel­ski . Do kom­ple­tu mi­ni­ster obro­ny Ma­rian Spy­chal­ski , czy­li ob­sa­da, przy któ­rej sło­wo „wy­po­czy­nek” na­bie­ra spe­cy­fi­czne­go, bar­dzo pań­stwo­we­go zna­cze­nia.

Na tym jednak li­sta się nie koń­czy, bo Czo­cha przyj­mo­wa­ła tak­że „wy­bi­tnych do­wód­ców brat­niej ar­mii”, co w prak­ty­ce ozna­cza­ło wi­zy­ty lu­dzi, przy któ­rych na­wet lo­kal­ni pro­mi­ne­nci mo­gli po­czuć się jak per­so­nel po­mo­cni­czy. Po­ja­wia­li się tu m.in. mi­ni­ster obro­ny ZSRR Ge­or­gy Zhu­kov , wi­ce­mi­ni­ster obro­ny Kon­stan­tin Ro­ko­ssov­sky oraz na­czel­ny do­wód­ca sił Ukła­du War­szaw­skie­go Ivan Ko­nev — czy­li pe­łen ze­staw gwa­ran­tu­ją­cy, że atmo­sfe­ra miej­sca po­zo­sta­nie od­po­wie­dnio „so­ju­szni­cza”.

GDY NA ZAMKU ODPOCZYWAJĄ GENERAŁOWIE I GOŚCIE ZE WSCHODU, NA WODZIE MUSI BYĆ RUCH — CHOĆBY PO TO, ŻEBY ŻADEN AGENT Z ZACHODU NIE PRZEMKNĄŁ SIĘ POD POSTACIĄ KACZKI

Zamek Czocha od lat przy­cią­ga fil­mo­wców, bo ja­ko plan zdję­cio­wy jest po pro­stu bez­wsty­dnie wdzięcz­ny i ro­bi kli­mat, za­nim kto­kol­wiek zdą­ży roz­sta­wić sprzęt. Jesz­cze za nie­mie­ckich wła­ści­cie­li wy­stą­pił w pro­du­kcji Die In­sel (1934), a po woj­nie za­czął re­gu­lar­ną ka­rie­rę w kra­jo­wej ki­ne­ma­to­gra­fii, z wdzię­kiem od­naj­du­jąc się za­rów­no w ko­me­dii (Gdzie jest ge­ne­rał?, 1963), jak i w bar­dziej na­stro­jo­wych opo­wie­ściach, od Do­li­ny Szczę­ścia (1983) po Do­li­nę Bo­gów Le­cha Ma­je­wskie­go (2019).

Se­ria­le rów­nież szyb­ko od­kry­ły je­go po­ten­cjał: Ple­cak pe­łen przy­gód (1993), (trud­ny do obro­ny na­wet z sen­ty­men­tu) Wiedź­min (2002) czy Ta­jem­ni­ca twier­dzy szy­frów (2007) ko­rzy­sta­ły z je­go mu­rów bez skru­pu­łów, wie­dząc, że ka­me­ra i tak zro­bi z nim, co ze­chce — a on jesz­cze na tym zy­ska.

Do 2019 roku Czo­cha uzbie­ra­ła już 35 pro­du­kcji, co w prak­ty­ce ozna­cza jed­no: je­śli gdzieś w pol­skim fil­mie po­trze­bny jest za­mek z cha­ra­kte­rem, któ­ry po­tra­fi za­grać i po­waż­nie, i z lek­kim przy­mru­że­niem oka, to re­ży­se­rzy nie kom­bi­nu­ją — tyl­ko wra­ca­ją tu­taj, jak do spra­wdzo­ne­go akto­ra, któ­ry ni­gdy nie za­wo­dzi.

OPIS ZAMKU


Zamek średniowieczny po­sa­do­wio­no w miej­scu, któ­re sa­mo na­rzu­ca­ło ton ca­łe­mu przed­się­wzię­ciu: na skal­nym cy­plu wrzy­na­ją­cym się w do­li­nę Kwi­sy, na gra­ni­to­wo-gnej­so­wym wy­nie­sie­niu się­ga­ją­cym 320 me­trów n.p.m. Trud­no o bar­dziej oczy­wi­stą za­chę­tę, by po­sta­wić tu wa­ro­wnię i z gó­ry pa­trzeć na oko­li­cę z na­le­ży­tą po­dej­rzli­wo­ścią.

TEN GRANITOWO-GNEJSOWY JĘZOR WCIĘTY W DOLINĘ KWISY NIE ZOSTAWIAŁ WIELU OPCJI, WIĘC KTOŚ PO PROSTU ZROBIŁ TO, CO OCZYWISTE I POSADZIŁ NA NIM ZAMEK, ŻEBY MIEĆ WSZYSTKO JAK NA OTWARTEJ SCENIE

Warownia składała się z okrą­głej wie­ży usta­wio­nej w na­ro­żni­ku po­łu­dnio­wo‑za­cho­dnim i za­pe­wne z jed­ne­go trzy- lub czte­ro­kon­dy­gna­cyj­ne­go do­mu miesz­kal­ne­go, wznie­sio­ne­go na pla­nie tra­pe­zu o wy­mia­rach 20 × 16 me­trów, jed­ne­go albo dwóch mniej­szych bu­dyn­ków go­spo­dar­czych, a tak­że mu­rów obron­nych spi­na­ją­cych ca­ły ze­spół w zwar­tą ca­łość. Był to za­tem układ do bólu pro­sty i przej­rzy­sty, bo wię­cej po pro­stu nie prze­szło przez filtr rze­czy­wi­sto­ści.

HIPOTETYCZNY PLAN ZAMKU Z XV WIEKU MA CHARAKTER SUROWY JAK ŚREDNIOWIECZE: WIEŻA ROBI ZA PUNKT WYJŚCIA, A RESZTA ZABUDOWY ZA KONSEKWENCJĘ TRZYMANIA SIĘ ABSOLUTNEGO MINIMUM

Poważniejszą zmia­nę przy­niósł do­pie­ro XVI wiek i prze­bu­do­wa prze­pro­wa­dzo­na przez No­sti­tzów. Wte­dy to za­mek do­stał no­wą for­mę, no­wy po­rzą­dek prze­strzen­ny i re­ne­san­so­wy ko­stium, któ­ry nie zli­kwi­do­wał je­go obron­ne­go cha­ra­kte­ru, ale na­dał mu wię­cej ogła­dy. Przy oka­zji ca­łość do­da­tko­wo ufor­ty­fi­ko­wa­no ze­wnętrz­ną li­nią mu­rów z ba­ste­ja­mi, bo naj­wy­ra­źniej uzna­no, że sko­ro już po­pra­wiać za­mek, to naj­le­piej tak, by wy­glą­dał god­niej, a przy tym na­dal ja­sno ko­mu­ni­ko­wał, że nie­pro­szo­ny gość sta­je się tu­taj ce­lem, nie wi­dzem.

BASTEJA DZIOBOWA WYSUWA SIĘ Z MURU JAK ŁOKIEĆ NA STOLE, I CHOCIAŻ MANIERY WOKÓŁ MAJĄ JUŻ XVI-WIECZNY SZLIF, TO GEST TEN POZOSTAJE PO STAREMU BEZCEREMONIALNY (1925)

W kolejnych stu­le­ciach Czo­cha prze­cho­dzi­ła ko­lej­ne mo­der­ni­za­cje, za każ­dym ra­zem pod­po­rząd­ko­wa­ne trzem spra­wom, któ­re w zam­kach wra­ca­ją upar­cie jak re­fren: le­pszej obron­no­ści, więk­szej prze­strze­ni do miesz­ka­nia i odro­bi­nie wy­go­dy, o ile nie kłó­ciła się z po­wa­gą mu­rów. W XVIII wie­ku usu­nię­to drew­nia­ny most zwo­dzo­ny i za­stą­pio­no go mo­stem mu­ro­wa­nym, prze­rzu­co­nym nad su­chą fo­są, któ­rą urzą­dzo­no so­bie ja­ko zwie­rzy­niec.

W XVIII WIEKU DREWNIANY MOST ZWODZONY POSZEDŁ W ODSTAWKĘ, A NA JEGO MIEJSCE WSZEDŁ MUROWANY, BO NAJWYRAŹNIEJ UZNANO, ŻE OBRONA MOŻE SIĘ JUŻ ODROBINĘ ROZLUŹNIĆ, SKORO W FOSIE ZAMIAST WROGA POJAWIŁA SIĘ ZWIERZYNA (OKOŁO 1970)

Po tragicznym po­ża­rze z 1793 ro­ku przy­stą­pio­no do od­bu­do­wy, pro­wa­dzo­nej w la­tach 1795–1799. Głów­ny dom miesz­kal­ny po­kry­to łup­kiem, na­da­no no­we for­my da­chów i pod­wyż­szo­no wie­żę, czy­li za­mek nie tyl­ko pod­źwi­gnię­to po zni­szcze­niach, ale przy oka­zji lek­ko po­pra­wio­no je­go syl­we­tkę. Dzi­siej­szy wy­gląd Czo­chy jest jed­nak prze­de wszy­stkim skut­kiem wiel­kiej prze­bu­do­wy-re­kon­stru­kcji z po­cząt­ku XX wie­ku. To wła­śnie ona na­da­ła bu­do­wli obec­ną po­stać i wy­ra­źnie ją „od­mło­dzi­ła”, choć zro­bi­ła to dość bez­ce­re­mo­nial­nie, ni­szcząc przy oka­zji część za­by­tko­wych ele­men­tów — za­rów­no Czo­chy, jak i po­bli­skie­go zam­ku w Świe­ciu, któ­ry Gu­tschow rów­nież ku­pił, ale naj­wy­ra­źniej nie zna­lazł już cza­su ani ener­gii, by choć raz spoj­rzeć na nie­go jak na coś wię­cej niż tro­fe­um.

CZOCHA BYŁA PROJEKTEM, ŚWIECIE OKAZAŁO SIĘ ZESTAWEM CZĘŚCI ZAMIENNYCH I NA TYM POZIOMIE RELACJA SIĘ URWAŁA

Przy tej inwestycji wy­ko­rzy­sta­no ory­gi­nal­ne de­ta­le re­zy­den­cji Uech­tri­tzów: ka­mie­niar­kę drzwi, okien i strzel­nic, a tak­że po­tęż­ne dę­bo­we bel­ki, li­czą­ce po­nad dwa­na­ście me­trów dłu­go­ści i nie­mal pół me­tra gru­bo­ści, któ­re po­słu­ży­ły ja­ko dźwi­ga­ry. Prze­szłość zo­sta­ła więc nie tyl­ko przy­wo­ła­na, lecz tak­że do­sło­wnie wbu­do­wa­na w no­wą wer­sję zam­ku. Wnę­trza wy­po­sa­żo­no w re­ne­san­so­we ko­min­ki, za­cho­wa­ne w do­brym sta­nie do cza­sów obe­cnych, dzię­ki cze­mu ca­ła ta re­kon­stru­kcy­jna ope­ra­cja, choć miej­sca­mi dość bru­tal­na wo­bec au­ten­ty­ku, po­tra­fi­ła jed­nak zo­sta­wić po so­bie coś wię­cej niż sam efek­to­wny ko­stium.

JEDNO Z WNĘTRZ ZAMKOWYCH W TRAKCIE WIELKIEJ PRZEBUDOWY, KIEDY SZLACHETNA OPOWIEŚĆ O DAWNYCH DETALACH MUSIAŁA CHWILOWO USTĄPIĆ MIEJSCA RUROM, PRĘTOM I TEMU SZCZEGÓLNEMU PORZĄDKOWI, KTÓRY ROZUMIE TYLKO CZŁOWIEK BUDOWY (OKOŁO 1915)

Najbliżej pier­wo­tnej po­sta­ci trzy­ma się cy­lin­dry­czna wie­ża osta­tniej obro­ny, sto­ją­ca w po­łu­dnio­wo-za­cho­dnim na­ro­żu zam­ku. To wła­śnie ona za­cho­wa­ła z ca­łe­go ze­spo­łu naj­wię­cej daw­ne­go cha­ra­kte­ru, choć dziś ma na so­bie ko­pu­łę o wdzię­ku nie­co dy­sku­syj­nym i za­miast od­pie­rać na­pa­stni­ków zaj­mu­je się głów­nie ser­wo­wa­niem wi­do­ków.

WIEŻA OSTATNIEJ OBRONY ZOSTAŁA NA MIEJSCU, ALE JEJ ROLA ZMIENIŁA SIĘ TAK BARDZO, ŻE DZIŚ BARDZIEJ PRZYJMUJE SPOJRZENIA NIŻ JE ODPYCHA

W XVII wieku do­sta­wio­no do niej trzy­kon­dy­gna­cyj­ny bu­dy­nek na­kry­ty wie­lo­spa­do­wy­mi da­cha­mi z ar­ka­do­wy­mi po­dzia­ła­mi. Je­go ele­wa­cja otrzy­ma­ła pe­łen ze­staw ozdób: wy­ku­sze, re­ne­san­so­wy szczyt z na­tu­ral­nej wiel­ko­ści Mi­ner­wą na czub­ku, a do te­go ba­ro­ko­wy por­tal z her­ba­mi von Uech­tritz i kar­tu­szem ro­du von No­stitz, któ­ry opra­wia głów­ne wej­ście do zam­ko­wych wnętrz. Do wej­ścia pro­wa­dzi ka­mien­ny most wspar­ty na dwóch po­tęż­nych fi­la­rach, więc już sam spa­cer tym mo­stem da­je złu­dze­nie, że ktoś tu na nas cze­ka — naj­le­piej z ukło­nem.

IDZIESZ PROSTO POD PORTAL I MASZ WRAŻENIE, ŻE TEN UKŁON POWINIEN BYĆ W CENIE BILETU, ALE COŚ WYRAŹNIE NIE ZAGRAŁO

Po przeciwnej stronie zwar­tej za­bu­do­wy sta­nę­ła śre­dnio­wie­czna wie­ża miesz­kal­na, roz­dzie­lo­na na dwa smu­kłe seg­men­ty przy­kry­te dwu­spa­do­wy­mi da­cha­mi na­czół­ko­wy­mi. To wła­śnie ten układ na­da­je wa­ro­wni wy­gląd tak oso­bli­wy, że trud­no nie za­uwa­żyć, iż ar­chi­tekt miał tu swo­je pięć mi­nut i naj­wy­ra­źniej nie za­mie­rzał od­dać sce­ny bez zo­sta­wie­nia po so­bie wy­raź­ne­go śla­du.

"A MISTRZ, CHCĄC SIĘ ODRÓŻNIĆ, DWIE KALENICE NA JEDNEJ WIEŻY UCZYNIŁ, CZYM DZIW I ROZMOWY WZBUDZIŁ"

W połowie XVI wieku od po­łu­dnia do­sta­wio­no do niej czte­ro­kon­dy­gna­cyj­ny bu­dy­nek pa­ła­co­wy w kształ­cie li­te­ry L, na­kry­ty da­cha­mi dwu­spa­do­wy­mi i zam­knię­ty sza­chul­co­wy­mi szczy­ta­mi z ce­gla­nym wy­peł­nie­niem, jak­by ktoś uznał, że sko­ro już za­czę­to z roz­ma­chem, to szko­da by­ło­by na­gle ca­łość za­my­kać zwy­kłą do­bu­dów­ką.

"A POTEM, W CZASIE PÓŹNIEJSZYM, DO WIEŻY TEJ PAŁAC DOSTAWIONO, I TRZECI SZCZYT POWSTAŁ, ROZBUDOWĘ TĘ ŚWIADCZĄC"

We wspomnianej wieży i pa­ła­cu urzą­dzo­no naj­waż­niej­sze wnę­trza: Sa­lę Mar­mu­ro­wą, Sa­lę Ry­cer­ską i Bi­blio­te­kę, któ­rych obec­ność spra­wia­ła, że za­mek wy­glą­dał jak miej­sce, gdzie moż­na by­ło jed­ne­go dnia stra­szyć są­sia­dów, a dru­gie­go im­po­no­wać go­ściom. Ca­łość za­bu­do­wy do­my­ka wscho­dni bu­dy­nek ze szczy­ta­mi o ne­o­re­ne­san­so­wych for­mach, kry­ją­cy dwie sa­le ja­dal­ne oraz ko­ry­tarz spi­na­ją­cy pa­łac z ho­lem wej­ścio­wym, i w tym wła­śnie miej­scu po­wa­ga mu­rów ustę­pu­je miej­sca znacz­nie po­waż­niej­szej spra­wie – obia­do­wi.

WSCHODNIA PERSPEKTYWA UKŁADA ZAMEK JAK PODRĘCZNIK: PO PRAWEJ WIEŻA, W ŚRODKU PAŁAC ZE SZCZYTAMI SZACHULCOWYMI, A Z LEWEJ NEORENESANSOWY BUDYNEK WSCHODNI — CAŁY UKŁAD CZYTELNY, TYLKO ŻE W WERSJI MINI, BO TO PARK MINIATUR W KOWARACH, NIE PEŁNA SKALA

Na zachód od zamku gór­ne­go po­pro­wa­dzo­no mu­ry obron­ne z gan­ka­mi straż­ni­czy­mi, koń­czą­ce się im­po­nu­ją­cą ba­ste­ją za­my­ka­ją­cą od pół­no­cy spo­ry dzie­dzi­niec ze­wnę­trzny tak, że ca­ła prze­strzeń ukła­da się w jed­ną myśl, któ­rej nie da się już roz­wi­nąć ani obejść. Z te­go miej­sca wą­ski, wy­cio­sa­ny w li­tej ska­le ko­ry­tarz pro­wa­dzi do dzie­dziń­ca we­wnę­trzne­go w po­łu­dnio­wo-za­cho­dniej czę­ści kom­ple­ksu, z le­gen­da­rną stu­dnią i ka­mien­ną ła­wą, gdzie wy­star­czy jed­no szep­ta­ne zda­nie, by echo do­nio­sło je wszy­stkim zwie­dza­ją­cym.

PRZEJŚCIE NA DZIEDZINIEC WEWNĘTRZNY POPROWADZONO TĘDY Z ROZSĄDKIEM AŻ PODEJRZANIE TRZEŹWYM, BO SKAŁA NIESIE, MUR DOCISKA, A CZŁOWIEK MOŻE SOBIE TYLKO PRZEJŚĆ I PODZIWIAĆ TEN KAMIENNY UKŁAD WZAJEMNYCH KORZYŚCI

Elewacje budynków dzie­dziń­ca ozdo­bio­no kar­tu­sza­mi her­bo­wy­mi i sgra­fit­tem, któ­re spię­to w ca­łość sub­tel­nym bo­nio­wa­niem, więc ścia­ny nie tyl­ko sto­ją, lecz przy oka­zji opo­wia­da­ją, kto tu miesz­kał i ile miał cza­su na do­pie­szcza­nie de­talu. Ten po­kaz for­my szyb­ko jed­nak do­sta­je kon­kre­tny kon­tra­punkt, gdy w kadr wcho­dzi po­łu­dnio­wo wscho­dnia ba­ste­ja dzio­bo­wa i przy­le­gła cy­lin­dry­czna ba­szta, usta­wio­ne tuż przy ka­mien­nym mo­ście nad su­chą fo­są. W efe­kcie za­mek naj­pierw po­ka­zu­je swo­je zę­by, a po­tem ni z te­go, ni z owe­go za­czy­na się wdzię­czyć, jak­by chciał prze­pro­sić za to, że w ogó­le jest for­te­cą.

VON NOSTITZ I VON UECHTRITZ ROZSIADAJĄ SIĘ NAD WEJŚCIEM TAK WYGODNIE, ŻE CAŁA ARCHITEKTURA ZACZYNA KRĘCIĆ SIĘ WOKÓŁ TEGO, KTO TU MIAŁ CZAS I ŚRODKI NA TAKI PODPIS

Na południe od wa­ro­wni roz­po­ście­ra się pod­zam­cze — ta­kie tro­chę mniej­sze mia­sto w mi­nia­tu­rze, oto­czo­ne mu­rem, któ­ry gdzie­nie­gdzie za­przy­ja­źnia się z li­nią obron­ną zam­ku. Po­łu­dnio­wa część pod­zam­cza to stre­fa „tu się pra­cu­je”: bu­dyn­ki ze­bra­ne wo­kół jed­ne­go dzie­dziń­ca ni­czym ci­che za­ple­cze te­atru, gdzie praw­dzi­wa pra­ca dzie­je się po­za świa­tłem re­fle­kto­rów. Ale na­wet w tym, tak przy­ziem­nym prze­cież miej­scu, nie po­ską­pio­no so­bie odro­bi­ny prze­py­chu, o czym naj­le­piej świad­czy od­kry­te w XIX wie­ku na ścia­nach staj­ni re­ne­san­so­we sgra­fit­to z mo­ty­wa­mi my­śliw­ski­mi. Naj­wy­ra­źniej ktoś tu­taj uznał, że na­wet koń za­słu­gu­je na odro­bi­nę re­ne­san­su, choć sam za­in­te­re­so­wa­ny ra­czej wo­lał­by wię­cej sia­na niż sztu­ki.

SGRAFFITO W TAK MAŁO WYTWORNYM ZAKĄTKU NIE ZMIENIAŁO NICZEGO KONKRETNEGO, ALE WYRAŹNIE ZMIENIAŁO TŁO (1902)

Północ natomiast pre­zen­tu­je zu­peł­nie in­ny kli­mat: zie­leń, fon­tan­ny, ba­ro­ko­we rzeź­by, ma­ła ar­chi­te­ktu­ra ogro­do­wa — glo­rie­ta, ła­wy, ma­chi­ku­ły i ko­lum­ny, czy­li wszy­stko, co wy­ra­źnie pod­po­wia­da, że ktoś tu jed­nak lu­bił po­chwa­lić rę­kę ar­ty­sty. A że­by ta ca­ła ogro­do­wa ele­gan­cja nie zro­bi­ła się zbyt nie­win­na, Bo­do Eb­hardt do­rzu­cił trzy za­by­tko­we ar­ma­ty, któ­re sta­wia­ją kro­pkę nad i, bo ogród ogro­dem, ale hi­sto­ria te­go miej­sca nie po­le­ga­ła wy­łącz­nie na pi­kni­kach i po­po­łu­dniach z le­mo­nia­dą.

DZIEDZINIEC WYGLĄDA JAK BAROKOWA SIELANKA, TYLKO ARMATY STOJĄ I PRZYPOMINAJĄ, ŻE TEN SPOKÓJ KTOŚ SOBIE NAJPIERW WYWAŁCZYŁ, A NIE WYHODOWAŁ PRZY KWIATKACH

ZWIEDZANIE


Dziś zamek funkcjonuje głów­nie ja­ko ho­tel i wdzię­czna sce­no­gra­fia dla wie­lu wy­da­rzeń — od fir­mo­wych in­te­gra­cji po pro­je­kty, któ­re z hi­sto­rii ko­rzy­sta­ją tak, jak ko­rzy­sta się z ład­ne­go fil­tra w te­le­fo­nie: ma wy­glą­dać, a re­szta niech się nie pcha przed obie­ktyw. Dla wie­lu to naj­pię­kniej­sza wa­ro­wnia w tej czę­ści Pol­ski, więc co ro­ku ścią­ga tłu­my tu­ry­stów sprag­nio­nych „emo­cji”: ta­je­mnic daw­nych wła­ści­cie­li, le­gend o skar­bach i sen­sa­cyj­nych epi­zo­dów z naj­no­wszej hi­sto­rii, któ­re — rzecz jas­na — sma­ku­ją naj­le­piej wte­dy, gdy pod­cho­dzi się do nich z lek­kim dys­tan­sem, bo — jak to zwy­kle by­wa — twar­de fak­ty czę­sto są osta­tnie w ko­lej­ce do uwa­gi.

DLA JEDNYCH NAJPIĘKNIEJSZY, DLA INNYCH NAJLEPIEJ OPOWIEDZIANY, BO TO, CO NAPRAWDĘ BYŁO, ZOSTAŁO TU DYSKRETNIE PRZYCIĘTE

Całość spina aura jak z te­le­wi­zyj­nych pro­du­kcji — sta­ran­nie za­aran­żo­wa­na, efe­kto­wna i do­pra­co­wa­na — dzię­ki któ­rej na­wet zwy­kła ka­wa w zam­ko­wych mu­rach po­tra­fi uda­wać przy­go­dę. To jed­nak wciąż prze­de wszy­stkim sce­no­gra­fia: pięk­na w ka­drze, mniej skłon­na do praw­dzi­wych od­kryć.

WYSTAWA NAWIĄZUJĄCA DO SERIALU „TAJEMNICE TWIERDZY SZYFRÓW” PODAJE TU KLIMAT W SPOSÓB NA TYLE SPRAWNY, ŻE TEN KADR PO PROSTU SIĘ BRONI

Zwiedzanie wnętrz zamku wy­pa­da bar­dziej jak szyb­ki prze­lot niż dłu­gi ma­ra­ton — trwa ono ja­kieś 40 mi­nut i za­czy­na się w pół­mro­cznym ho­lu wej­ścio­wym, w któ­rym ulo­ko­wa­no ka­me­ral­ny skle­pik z pa­miąt­ka­mi, dro­bia­zga­mi i książ­ka­mi. Stam­tąd prze­wo­dnik pro­wa­dzi do Sa­li Ry­cer­skiej w czę­ści pa­ła­co­wej, gdzie od ra­zu wi­ta nas ma­syw­ny bel­ko­wy strop i drew­nia­na ga­le­ria do­oko­ła. Na pier­wszy rzut oka uwa­gę przy­cią­ga go­ty­cki ko­mi­nek, sie­dzą­cy na ka­mien­nych wspor­ni­kach z rzeź­ba­mi do­bre­go i złe­go (czy­li ta­ki ma­ły dra­ma­ty­czny ak­cent, któ­ry przez chwi­lę od­cią­ga uwa­gę od te­go, że bi­let ko­szto­wał ty­le, co obiad). Fryz z po­sta­cia­mi trzy­ma­ją­cy­mi tar­cze z her­ba­mi daw­nych wła­ści­cie­li Czo­chy do­da­je te­mu wszy­stkie­mu tro­chę hi­sto­ry­czne­go szny­tu.

INTERESUJĄCE, ŻE HERBY ZNAJDUJĄ SIĘ W POBLIŻU OKNA, CO MOŻE SUGEROWAĆ ZWIĄZEK MIĘDZY ŚWIATŁEM A WIDOCZNOŚCIĄ RODU

Sali dodają cha­ra­kte­ru dwa drew­nia­ne ży­ran­do­le w for­mie pier­ście­ni trzy­ma­nych przez che­ru­bi­nów — spryt­nie zro­bio­ne, bo pa­trząc na nie z dys­tan­su, moż­na się na­brać, że to cięż­ki brąz. Ge­ne­ral­nie jed­nak wnę­trze kom­na­ty po­zo­sta­je skrom­ne — że­by nie po­wie­dzieć: bo­le­śnie ogo­ło­co­ne, po­nie­waż tuż po woj­nie więk­szość wy­po­sa­że­nia prze­szła pro­ces ochro­ny, któ­ry za­koń­czył jej obec­ność in si­tu, m.in. usu­nię­te z em­po­ry po­łu­dnio­wej or­ga­ny bar­dzo szyb­ko „od­na­la­zły po­wo­ła­nie” w war­szaw­skim ko­ście­le Świę­tej Trój­cy.

WSPÓŁCZESNY WYGLĄD SALI RYCERSKIEJ UCZY, ŻE NAJPROSTSZY SPOSÓB NA ZACHOWANIE WYPOSAŻENIA, TO PRZENIEŚĆ JE GDZIE INDZIEJ I JUŻ NIE ODDAĆ

Nawiasem mówiąc, ży­ran­do­le też zna­la­zły swo­je­go ama­to­ra, ale osta­te­cznie zo­sta­ły w zam­ku, bo (jak twier­dzą prze­wo­dni­cy) w cza­sach, gdy in­sty­tu­cje trak­to­wa­ły go jak ka­ta­log wnętrz do roz­krę­ce­nia na czę­ści, za­bra­kło ko­muś od­po­wie­dnio dłu­giej dra­bi­ny by je zde­mon­to­wać. Na plus — za­cho­wa­ła się ory­gi­nal­na dę­bo­wa bo­aze­ria i bo­ga­to zdo­bio­ne drew­nia­ne por­ta­le z her­ba­mi dy­na­stii, dzię­ki cze­mu choć tro­chę czuć tu jesz­cze du­cha daw­nych wła­ści­cie­li.

DWA ŻYRANDOLE W SALI RYCERSKIEJ TO CZYSTA SZTUCZKA, W KTÓREJ DREWNO STROI SIĘ W METALICZNE POZORY I JESZCZE ZBIERA OKLASKI

Jeden z takich por­ta­li pro­wa­dzi z Sa­li Ry­cer­skiej do Sa­li Mar­mu­ro­wej — ko­lej­nej re­pre­zen­ta­cyj­nej kom­na­ty, któ­ra dziś na­kry­ta jest re­ne­san­so­wym skle­pie­niem krzy­żo­wym wspar­tym na dwóch okrąg­łych fi­la­rach, choć ma­syw­ne przy­po­ry w na­ro­żach dość wy­ra­źnie przy­po­mi­na­ją, że pier­wo­tnie my­śla­no tu ra­czej w ka­te­go­riach go­ty­ku. Jej ścia­ny rów­nież po­kry­wa drew­nia­na bo­aze­ria z wkom­po­no­wa­ny­mi re­ga­ła­mi bi­blio­te­czny­mi, któ­re kie­dyś wy­peł­nio­ne by­ły sta­ran­nie do­bra­ny­mi zbio­ra­mi wła­ści­cie­la, a dziś oku­po­wa­ne są głów­nie przez książ­ki bę­dące pa­miąt­ką po epo­ce, któ­ra zo­sta­wi­ła po so­bie wię­cej pa­pie­ru niż sen­su.

TU RENESANS NAKRYŁ WSZYSTKO ELEGANCJĄ, ALE PRZYPOORY W NAROŻACH WCIĄŻ PILNUJĄ, ŻEBY NIKT NIE ZAPOMNIAŁ, KTO ZACZYNAŁ TEN PROJEKT

W tej samej ukła­dan­ce wnę­trza, mię­dzy dwo­ma okna­mi znaj­du­je się re­ne­san­so­wy, bia­ły ko­mi­nek — i abso­lu­tnie nie za­mie­rza uda­wać tła. Za­miast te­go od ra­zu wjeż­dża z hi­sto­rią o za­mu­ro­wa­nym dzie­cku, czy­li kla­sy­ką ga­tun­ku, któ­ra w ta­kich miej­scach za­wsze ma się świe­tnie. No­cą mu­ry skrzy­pią, coś stu­knie, coś trza­śnie i za­mek ro­bi swo­je, pod­su­wa­jąc to ja­ko „do­wód”, a re­sztę ocho­czo do­po­wia­da wy­obra­źnia — bo prze­cież nie po to tu skrzy­pi, że­byś spał spo­ko­jnie.

ARCHITEKTONICZNE SERCE SALI: W STANDARDZIE OGIEŃ I HISTORIA, KTÓRA PISZCZY W ŚCIANIE

Za boazerią wła­ści­ciel ukrył wej­ście, któ­re wy­glą­da, jak­by ktoś bar­dzo nie chciał, że­byś je zna­lazł… a jed­no­cze­śnie tro­chę jed­nak chciał. Daw­niej mie­ścił się za ni­mi skar­biec oraz kil­ka po­mie­szczeń, któ­rych prze­zna­cze­nia nikt dziś wy­ja­śnić nie po­tra­fi, choć prze­wo­dnik mó­wi o tym w ta­ki spo­sób, że­by nikt nie za­uwa­żył, że to ra­czej im­pro­wi­za­cja niż wie­dza. Te­raz za­miast zło­ta i wiel­kich ta­jem­nic tra­fiasz tu­taj na skrom­ną wy­sta­wę o dru­giej woj­nie świa­to­wej, czy­li kla­sy­czne zam­ko­we „zło­ta wpra­wdzie nie ma­my, ale dra­ma­tów to pro­szę bar­dzo, pod do­sta­tkiem”.

PIWNICE ZAMKOWE ZAMIENIŁY SKARBIEC NA EKSPOZYCJĘ WOJENNĄ, GDZIE PEWNOŚĆ MIESZA SIĘ Z DOMYSŁEM, ALE CAŁOŚĆ TRZYMA SIĘ NARRACJI

Sko­ro wspomniałem o skar­bcu i pro­wa­dzą­cym do nie­go ukry­tym ko­ry­ta­rzu, wy­pa­da do­dać, że to tyl­ko wierz­cho­łek tu­tej­szej ar­chi­te­kto­ni­cznej fan­ta­zji. Ko­lej­ny nu­mer z re­per­tu­aru sen­sa­cji sta­no­wi opo­wieść o roz­cią­ga­ją­cym się pod zam­kiem la­bi­ryn­cie ko­ry­ta­rzy o łącz­nej po­wierz­chni oko­ło 3700 me­trów kwa­dra­to­wych, od­cię­tych od re­szty bu­do­wli praw­do­po­do­bnie jesz­cze w cza­sach PRL — jak zwy­kle we­dług tej słyn­nej kon­spi­ra­cyj­nej lo­gi­ki, zna­nej tyl­ko wta­jem­ni­czo­nym. O ist­nie­niu pod­ziem­nych cią­gów ko­mu­ni­ka­cyj­nych i po­mie­szczeń mó­wią za­cho­wa­ne do­ku­men­ty, a ze­zna­nia świad­ków do­rzu­ca­ją do te­go obra­zek nie­mal ba­śnio­wy: kom­na­tę ze szkla­ną pod­ło­gą, w któ­rej ry­by z je­zio­ra pod­cho­dzi­ły. Trud­no po­wie­dzieć, czy to opis rze­czy­wi­sto­ści, czy ra­czej lo­kal­na kon­ku­ren­cja dla le­gend o za­mu­ro­wa­nych dzie­ciach, ale przy­znać trze­ba — wy­obra­źnię ma­ją tu rów­nie roz­bu­do­wa­ną jak sys­tem ko­ry­ta­rzy.

TO WEJŚCIE DO PODZIEMI DZIAŁA NAJLEPIEJ WTEDY, GDY POZOSTAJE ZAMKNIĘTE, BO WÓWCZAS LABIRYNT MOŻE BYĆ DOWOLNIE DUŻY

W zachodniej części pa­ła­cu mie­ści się bi­blio­te­ka, w któ­rej ścia­ny nie­mal zni­ka­ją pod cię­ża­rem pó­łek wy­peł­nio­nych książ­ka­mi — część z nich tra­fi­ła tu pro­sto z li­kwi­do­wa­nych jed­no­stek woj­sko­wych (czy­li głów­nie kla­sy­ka po­li­ty­czna z ka­te­go­rii „kie­dyś to ka­za­li czy­tać”) za­mie­nia­jąc gar­ni­zo­no­wą ru­ty­nę na spo­koj­ne obra­sta­nie ku­rzem. Nad ca­ło­ścią roz­cią­ga się drew­nia­ny strop, a w ni­szy okien­nej sto­ją dwie smu­kłe ko­lu­mien­ki o skrę­co­nych trzo­nach, któ­re zda­ją się mieć wła­sny rytm, nie­po­ru­szo­ny lo­sem re­szty wy­po­sa­że­nia.

BIBLIOTEKA ZAMKOWA, NIEGDYŚ IMPONUJĄCA KOLEKCJĄ GUTSCHOWA, OBECNIE GOŚCI KSIĄŻKI, KTÓRE PO TRANSFORMACJI USTROJOWEJ STRACIŁY ETATY W WOJSKU I TRAFIŁY TU NA WCZEŚNIEJSZĄ EMERYTURĘ

Za rzędem regałów kry­ją się trzy przej­ścia, każ­de pro­wa­dzą­ce w in­ną stro­nę: jed­no scho­dzi do piw­nic, dru­gie wy­cho­dzi na ga­nek, a trze­cie po­zo­sta­je zam­knię­te dla zwie­dza­ją­cych. I tyl­ko ono, jak to zwy­kle by­wa, bu­dzi naj­wię­ksze za­in­te­re­so­wa­nie (choć w prak­ty­ce to zwy­kłe przej­ście tech­ni­czne, tyl­ko z le­pszym PR-em).

NA FOTOGRAFII WIDZIMY JEDNO Z TYCH PRZEJŚĆ — (O ILE PAMIĘTAM) TO, KTÓRE AKURAT NIE UDAJE TAJEMNICY

Z biblioteki prze­cho­dzi­my do daw­nych kom­nat miesz­kal­nych, dziś prze­ro­bio­nych na część ho­te­lo­wo-kon­fe­ren­cyj­ną — wszy­stko sty­li­zo­wa­ne tak, że­by było „hi­sto­ry­cznie”, ale jed­nak z wy­go­dnym łóż­kiem i cie­płą wo­dą. Naj­wię­cej uwa­gi krad­nie tu­taj sy­pial­nia go­spo­da­rza: bal­da­chim, kli­mat i nad ło­żem ła­ciń­skie fran­gas non fle­ctes — czy­li w wol­nym tłu­ma­cze­niu: zła­miesz, ale nie ze­gniesz. Brzmi dum­nie, do­pó­ki nie usły­szysz le­gen­dy o tym sa­mym ło­żu, któ­re rze­ko­mo mia­ło za­pa­dnię dla mniej wy­go­dnych go­ści, koń­czą­cych wy­cie­czkę szyb­kim lo­tem do fo­sy. Ro­man­tyzm peł­ną gę­bą.

STYLOWA SYPIALNIA Z BALDACHIMEM I HISTORYCZNYM MOTYWEM — FUNKCJA UŻYTKOWA WZBOGACONA O ELEMENT ZASKOCZENIA

Obok garderoba z wiel­ki­mi lu­stra­mi (że­by moż­na by­ło osta­tni raz spoj­rzeć so­bie w oczy) i ła­zien­ka, w któ­rej jesz­cze nie­da­wno dzia­ła­ła ar­ma­tu­ra pa­mię­ta­ją­ca cza­sy Ern­sta Gu­tscho­wa — dziś już je­dy­nie w ro­li eks­po­na­tu, a nie sprzę­tu, gdzie umy­jesz choć­by rę­ce. Kul­mi­na­cją wy­cie­czki jest wej­ście na wie­żę, z któ­rej roz­cią­ga się wi­dok na ma­lo­wni­czy za­lew Kwi­sy oraz — nie­ste­ty — rów­nież na pod­zam­cze, za­nie­dba­ne do te­go sto­pnia, że za­miast uzna­nia bu­dzi je­dy­nie uprzej­me po­li­to­wa­nie.

TO WŁAŚNIE TA ARMATURA OD ERNSTA GUTSCHOWA, KTÓRA DOWIOZŁA SWOJĄ SŁUŻBĘ DO POCZĄTKU XXI WIEKU, A PRZEGRAŁA PODOBNO DOPIERO Z TYMI GOŚĆMI, DLA KTÓRYCH ŻÓŁTE ZACIEKI OZNACZAŁY ATAK BIOLOGICZNY NA ICH OCZY

Na lewo od mostu, który pro­wa­dzi do głów­ne­go wej­ścia, kry­je się bra­ma dol­na — ta­ka, któ­rą część tu­ry­stów igno­ru­je z god­no­ścią lu­dzi prze­ko­na­nych, że nic ich tam nie omi­nie, po czym oczy­wi­ście omi­ja. Za nią za­czy­na się zam­knię­ta mu­ra­mi prze­strzeń z ba­ste­ją i drew­nia­ny­mi gan­ka­mi obron­ny­mi, po któ­rych moż­na cho­dzić bez żad­nych he­ro­icznych wy­rze­czeń, za to z cał­kiem przy­je­mnym po­czu­ciem, że wre­szcie jest się w miej­scu, któ­re nie uda­je atra­kcji, tyl­ko nią jest. Po dro­dze mi­ja­my zej­ście do izby tor­tur, śre­dnio po­sta­ra­nej, więc po­wie­dzmy, że nie jest to po­wód do okla­sków, oraz wyj­ście na dzie­dzi­niec we­wnę­trzny ze słyn­ną „stud­nią nie­wier­nych żon”, ale o tym już by­ło.

DZIEDZINIEC Z WIELKĄ BASTEJĄ STOI TROCHĘ Z BOKU SZLAKU, WIĘC MA SPOKÓJ I KLIMAT, KTÓREGO RESZTA ZAMKU JUŻ RACZEJ NIE PAMIĘTA
Bilet ku­pu­jesz w bra­mie głów­nej lub w re­ce­pcji, a po­tem już tyl­ko po­dą­żasz za prze­wo­dni­kiem — wła­sne po­my­sły nie są prze­wi­dzia­ne w pro­gra­mie. A za­mek dol­ny? Rów­nież pła­tny, ty­le że por­tfel mniej pła­cze. W 2026 ro­ku peł­ny bi­let krę­ci się w oko­li­cach 50 zł, co jest kwo­tą na ty­le am­bi­tną, że za­czy­nasz się za­sta­na­wiać, czy w pa­kie­cie nie ma cze­goś wię­cej niż spa­cer i opo­wieść — ale nie, to bar­dziej lek­cja eko­no­mii niż hi­sto­rii.
Z pupilem mo­żesz po­spa­ce­ro­wać po dzie­dziń­cach (zam­ku dol­nym) i uda­wać, że to już ca­łe zwie­dza­nie, ale gdy za­czy­na się wła­ści­wa tra­sa, pu­pil zo­sta­je za drzwia­mi. Wy­jąt­kiem są psy asy­stu­ją­ce — re­szta mo­że co naj­wy­żej po­pa­trzeć na zni­ka­ją­cych lu­dzi i spró­bo­wać zro­zu­mieć, o co tu cho­dzi.
Mało zabudowy, du­żo prze­strze­ni — czy­li dla dro­na rzad­ki luk­sus nor­mal­nych wa­run­ków pra­cy.

DOJAZD


Czocha leży na po­łu­dnio­wo-wscho­dnim brze­gu Je­zio­ra Leś­niań­skie­go (któ­re jest dzie­łem czło­wie­ka, nie na­tu­ry), ja­kieś 3 ki­lo­me­try od cen­trum Le­śnej — ni­by bli­sko, ale już wy­star­cza­ją­co, że­by po­czuć, że cy­wi­li­za­cja zo­sta­ła gdzieś za ple­ca­mi. Sa­ma lo­ka­li­za­cja za­słu­gu­je tu na oso­bną wzmian­kę: w jed­ną stro­nę Gó­ry Izer­skie, w dru­gą Kar­ko­no­sze, a jak ktoś się roz­pę­dzi, to i Cze­chy i Niem­cy są na wy­ciąg­nię­cie rę­ki — ide­al­ne miej­sce, że­by za­pla­no­wać je­den dzień i wró­cić z pla­nem na trzy ko­lej­ne.

Przy głów­nej bra­mie cze­ka par­king, oczy­wi­ście płat­ny.
Tu ro­wer ma iden­ty­czny za­kres swo­bo­dy co pies: za­mek dol­ny tak, wnę­trza od­pa­da­ją.

WARTO ZOBACZYĆ


Zapora Leśniańska znaj­du­je się ja­kieś 1,5 km na za­chód od zam­ku i ro­bi do­kła­dnie to, co ta­kie kon­stru­kcje ro­bią naj­le­piej — bie­rze rze­kę za kark i usta­wia ją do pio­nu. Po­wsta­ła po tym, jak w 1897 ro­ku Kwi­sa po­ka­za­ła, że po­tra­fi być bar­dzo kon­se­kwen­tna w ni­szcze­niu wszy­stkie­go po dro­dze, więc ktoś w koń­cu uznał, że za­miast się dzi­wić, le­piej po­sta­wić be­ton i zam­knąć te­mat.

To najstarsza w Pol­sce bu­do­wla te­go ty­pu, wznie­sio­na jesz­cze przez Niem­ców z pie­nię­dzy pro­win­cji ślą­skiej i skła­dek miesz­kań­ców — czy­li kla­sy­czny miks: strach przed ko­lej­ną po­wo­dzią plus wia­ra, że tech­ni­ka ogar­nie rze­czy­wi­stość. Przy ka­mie­niu wę­giel­nym po­ja­wi­li się od­po­wie­dni lu­dzie z od­po­wie­dni­mi ty­tu­ła­mi, pa­tro­nat obję­ła sa­ma Au­gu­sta Wi­kto­ria, a na pa­mią­tkę zo­sta­wio­no ha­sło, któ­re brzmi jak mot­to epo­ki: Do­li­nom na ochro­nę, od­mę­tom na prze­kór, wszy­stkim na po­ży­tek — czy­li krót­ko: ma­my to pod kon­tro­lą.

I co najciekawsze, coś z tej de­kla­ra­cji fak­ty­cznie prze­trwa­ło. Ele­ktro­wnia dzia­ła do dziś, po­nad sto lat póź­niej wciąż pro­du­ku­je prąd, a sa­ma ta­ma wy­glą­da jak zwy­kła pro­me­na­da — moż­na po niej przejść i spoj­rzeć z gó­ry na wo­dę. Mie­rzy 130 me­trów dłu­go­ści i 45 wy­so­ko­ści, czy­li roz­miar ide­al­ny na go­dzi­nę krę­ce­nia się bez uda­wa­nia wiel­kiej wy­pra­wy.

A tuż obok żadnych wznio­sło­ści: na­mio­ty, ba­ry, sprzęt — be­ton swo­je, la­to swo­je.

ZAMKI W POBLIŻU


LITERATURA


  1. M. Chorowska: Re­zy­den­cje śre­dnio­wie­czne na Ślą­sku, OFPWW 2003
  2. L. Kajzer, J. Salm, S. Kołodziejski: Lek­sy­kon zam­ków w Pol­sce, Ar­ka­dy 2001
  3. P. Kucznir: Tajny za­mek Czo­cha, Tech­nol 2016
  4. A. Kurek-Perzyńska, M. Perzyński: Zamek Czo­cha - hi­sto­ria, le­gen­dy, ta­jem­ni­ce
  5. J. Lamparska: Ta­jem­ni­ce, zam­ki, pod­zie­mia, Asia Press 1999
  6. R. Łuczyński: Zamki, dwo­ry i pa­ła­ce w Su­de­tach, SWA 2008
  7. M. Świeży: Zamki, twier­dze, wa­ro­wnie, Fo­to Art 2002
  8. A. Wagner: Mu­ro­wa­ne bu­do­wle obron­ne w Pol­sce X-XVIIw., Bel­lo­na 2019



Chcesz odsłuchać? Kliknij [⋮] na pasku przeglądarki → Odsłuchaj tę stronę.