
DZIEJE ZAMKU
Na miejscu murowanego zamku, którego sylwetka stała się niemal obowiązkowym elementem lokalnej tożsamości, początkowo wznosił się gród z drewna i ziemi, surowy, lecz wytrwały. Wzmianka z 1241 roku nazywa go Mons Tyzow, co brzmi tak, jakby kronikarz chciał dodać temu miejscu odrobinę majestatu, choć w rzeczywistości było to po prostu wzgórze, które miało pilnować, by cudze chorągwie nie pojawiały się tu zbyt swobodnie.

Warowny zamek pojawił się dopiero w połowie XIII wieku i — jak to często bywa — jego fundator nie zostawił po sobie jednoznacznego podpisu. Najczęściej wskazuje się na króla czeskiego Václava I Przemyślidę, zwanego Jednookim lub jego syna
Přemysla II Ottokara
, choć na liście podejrzanych są też książęta świdnicko-jaworscy, dla których taka warownia stanowiła narzędzie do ogarniania całego tego kawałka świata z jednego, dobrze ustawionego miejsca.

W latach 1253–1319 teren ten znajdował się pod władzą brandenburskich Askańczyków, ale trudno powiedzieć, jak wyglądało to w praktyce, bo źródła zostawiły nam w tej sprawie imponującą pustkę. Zamek funkcjonował w tym czasie raczej jako punkt na mapie niż jako bohater kronik, a to, co działo się tu naprawdę, pozostaje jedną z tych średniowiecznych zagadek, które historia najwyraźniej postanowiła zachować dla siebie.

W 1319 roku majątek przejął książę jaworsko-świdnicki
Henryk I
, a niespełna dwie dekady później rozegrał transakcję, która spokojnie mogłaby uchodzić za średniowieczną wersję wymiany z dopłatą w postaci prestiżu. Czocha, razem z zamkiem Świecie oraz Lubaniem, Mirskiem i Żarami, trafiła w ręce króla Czech
Jana Luksemburskiego
, w zamian za połowę Głogowa oddaną Henrykowi I w dożywotnie władanie. Samo przekazanie władzy przeciągnęło się jednak do 1346 roku, kiedy śmierć księcia zakończyła sprawę w trybie ostatecznym i niewzruszalnym.

W 1417 roku Wenzel von Dohna sprzedał prawa do zamku Heinrichowi von Renkernowi z Lwówka — i był to moment, w którym sprawy zaczęły nabierać wyraźniejszego charakteru. Nowy właściciel poczuł się za kamiennymi murami na tyle pewnie, że szybko przeszedł od zarządzania do działania, organizując regularne wyprawy przeciwko sąsiadom i przejeżdżającym nieopodal kupcom. W ten sposób w krótkim czasie zyskał reputację, która może i budziła respekt, ale zdecydowanie nie była tym rodzajem sławy, którą pieśniarze zamieniają w ballady.

Taki sposób prowadzenia spraw nie umknął uwadze zwierzchników. Naciski pojawiły się szybko i — co istotne — okazały się skuteczne. Von Renkern został zmuszony do opuszczenia Czochy, a zamek w 1420 roku trafił w ręce Hartunga von Klux, radcy na czeskim dworze królewskim. Nowy właściciel, zajęty obowiązkami państwowymi, bywał tu rzadko, pozostawiając codzienne zarządzanie bratankowi Dietrichowi — co, jak można się domyślać, było rozwiązaniem wygodnym, choć wymagającym zaufania, bo jak to w życiu, najbliżsi potrafią wbić nóż w plecy z taką gracją, że jeszcze podziękujesz za masaż (ale nie uprzedzajmy faktów).

Jak łatwo przewidzieć, teoria szybko została zweryfikowana w praktyce, bo ów młodszy krewny nie okazał się szczególnie wdzięcznym beneficjentem łaski, jaka spłynęła na niego za sprawą stryja. Zamiast bowiem zajmować się zarządzaniem majątkiem, wyraźnie bardziej interesowało go to, co dało się z niego — oraz z tego, co akurat przejeżdżało — ściągnąć w ramach prywatnej polityki fiskalnej. W praktyce oznaczało to napady na kupców przemierzających pobliskie szlaki, prowadzone z taką regularnością, jakby były elementem dobrze zaplanowanej działalności gospodarczej.

Po jednym z takich wystąpień, wymierzonym w obywateli Krakowa zmierzających do Zgorzelca, sprawa nabrała szerszego rozgłosu. Król
Władysław Jagiełło
, początkowo przekonany, że za całym zajściem stoją siły związane bezpośrednio z tym łużyckim miastem, zdecydował się na dość stanowczy krok i zakazał kontaktów handlowych ze Zgorzelcem. Dopiero poselstwo miejskie, które pofatygowało się do władcy z wyjaśnieniami, naprowadziło go na właściwy trop. To z kolei zmusiło Hartunga do szybkiej reakcji i odwołania bratanka z funkcji powiernika — decyzji spóźnionej, choć finalnie nie do uniknięcia, bo, jak po raz kolejny pokazało życie, krewni najlepiej wychodzą na rodowej chorągwi, a nie na szczeblu, gdzie zapadają wyroki.

W 1433 roku, gdy Hartung przebywał w szwajcarskiej Bazylei, zamek padł ofiarą zbrojnego najazdu oddziału husyckiego Husyci to czeski ruch z XV wieku inspirowany naukami Jana Husa, który domagał się ograniczenia nadużyć Kościoła i większej równości wiernych. Gdy ich postulaty zignorowano, spór szybko przestał być teologiczny i przeniósł się na pole bitwy. W praktyce była to reforma, która zamiast debat kończyła się ustawieniem wozów bojowych i sprawdzeniem racji w terenie. dowodzonego przez rycerza Hansa von Tschirna z Niesytna. Nowi „gospodarze” przez kilka miesięcy korzystali z zasobów warowni z taką swobodą, jakby trafili na dobrze zaopatrzony zajazd bez rachunku — i systematycznie ogołacali zamek ze wszystkiego, co dało się zabrać, zużyć albo spieniężyć. Dopiero wiosną 1434 roku prawowity właściciel wrócił z wojskiem i rozprawił się z tą improwizowaną okupacją tak, jak zdmuchuje się kurz z parapetu, tak że nawet najtwardszym odechciało się zabawy w harce samozwańczych kasztelanów.




W 1451 roku zmarł Ramfold von Klux, ostatni właściciel Czochy z tej starej linii rodowych włodarzy. Po jego śmierci dobra wraz z zamkiem przeszły w ręce Kaspara von Nostitz, który należał do zdecydowanych przeciwników husytów, widząc w nich nie tylko herezję, ale i zagrożenie dla porządku, jaki przez pokolenia zapewniał rycerstwu i ziemianom komfort niepodważalnej wyższości. Nie był to sprzeciw zrodzony z idei, lecz z praktyki — tej, która od wieków podpowiadała możnym, że najprościej przemawia się siłą. W czasie wojny trzynastoletniej Kaspar dowodził bowiem wojskami zaciężnymi zakonu krzyżackiego, uczestnicząc między innymi w bitwie pod Chojnicami Podczas bitwy pod Chojnicami Kazimierz Jagiellończyk przyprowadził pod miasto około 16–20 tysięcy ludzi, głównie pospolite ruszenie, które bardziej znało polowanie niż wojnę. Krzyżacy mieli mniej wojska, ale lepiej zorganizowanego — około 9–12 tysięcy — i wykorzystali klasyczny numer: najpierw związali walką, potem uderzyli z boku świeżymi siłami. Efekt był prosty i bolesny: polska armia się posypała, sam król musiał uciekać, a pierwsza duża bitwa wojny trzynastoletniej skończyła się spektakularną klapą zamiast szybkiego zwycięstwa. w 1454 roku, zakończonej dla zakonu wyjątkowo pomyślnym obrotem wydarzeń.

Późniejszy bieg wydarzeń wojennych nie przyniósł mu już triumfów tej wielkości. Po klęsce w
bitwie pod Świecinem
Podczas bitwy pod Świecinem role się odwróciły i tym razem to Polska przyszła przygotowana, a nie „na pewniaka”. Piotr Dunin ustawił około 2–3 tysiące dobrze zdyscyplinowanych żołnierzy w taborze i kazał Krzyżakom rozbijać się o niego falami — aż w końcu sami się zmęczyli własną ofensywą. Zamiast efektownej szarży wyszła metodyczna egzekucja: zakon stracił kilka tysięcy ludzi i od tego momentu wojna zaczęła mu się wyraźnie psuć.
w 1462 roku von Nostitz powrócił na Śląsk i Łużyce, gdzie trafił w sam środek wrzenia między zwolennikami króla Węgier
Macieja Korwina
, a czeskiego króla
Jerzego z Podiebradów
, co znowu ustawiło go dokładnie tam, gdzie dwóch władców ciągnęło za ten sam kawałek mapy i żaden nie zamierzał odpuścić.

Gdy w 1484 roku Kaspar von Nostitz odszedł z tego świata, majątek przeszedł na jego syna Hartwiga von Nostitz, pochodzącego ze związku z Sabine von Gersdorff — i był to ten etap, w którym ród pielęgnował głównie własną legendę, bo rzeczywistość nie dawała im już zbyt wielu powodów do dumy. Po Hartwigu dobra odziedziczył jego wnuk Johann von Nostitz, który zapisał się nieco wyraźniej, podejmując przebudowę zamku w duchu renesansu — i na tym konkrety właściwie się kończą. Wiadomo tylko tyle, że po całym przedsięwzięciu budowla wyglądała inaczej; jak bardzo, w którą stronę i czy na lepsze — tego historia już nie uznała za warte odnotowania.

Z małżeństwa Johanna von Nostitz i Anny von Zettritz urodził się Abraham von Nostitz, postać już wyraźnie uformowana w świeższym duchu epoki. Kształcony w protestanckim gimnazjum w Złotoryi i na Uniwersytecie w Lipsku, cieszył się uznaniem zarówno wśród sobie równych, jak i poddanych — co nie było tylko uprzejmym naddatkiem, lecz konsekwencją tego, że Abraham traktował dobroczynność jak obowiązek, a nie jak okazjonalny gest pod publiczkę.

Abraham zawierał małżeństwo trzykrotnie, zgodnie z ówczesną modą na rodziny, które trudno było ogarnąć wzrokiem, więc skromne pięciu synów i pięć córek wpisywało się w ówczesny standard. Wśród tego licznego grona znalazł się Christoph von Nostitz, właściciel Czochy od 1592 roku. Jego rządy okazały się jednak krótkie — ledwie osiem lat później zmarł bezpotomnie, pozostawiając majątek w rękach braci, Konrada i Kaspara von Nostitz. Od tej chwili zamek pozostawał pod ich wspólnym zarządem aż do śmierci tego drugiego, co siłą rzeczy przerwało ten osobliwy duet włodarzy okolicznych włości i całego ich anturażu.

W 1639 roku panem na zamku został Christoph von Nostitz-Rieneck — i od tej chwili zarządzanie majątkiem przestało ograniczać się do pilnowania murów, a zaczęło przypominać całkiem sprawnie prowadzony projekt gospodarczy. Nowy właściciel, zamiast bowiem kontemplować widoki z wieży, wolał zaglądać pod ziemię: inwestował w badania geologiczne, z uporem tropiąc ślady złota, a przy okazji zakładał w dolinie Kwisy wsie górnicze i targowe. Osiedlał w nich głównie protestantów uciekających z Czech i innych części Śląska przed religijnym dociskaniem śruby, a znajdujących tu przestrzeń, w której bezpieczeństwo miało całkiem konkretną wartość rynkową; oni szukali spokoju, on marży — i wszystko zaczynało się elegancko spinać.

Rzeczywistość epoki nie pozwalała jednak skupić się tylko na biznesie i tej naiwnej wizji świata bez dymu i krzyku. Trwała bowiem wojna trzydziestoletnia Wojna trzydziestoletnia, czyli wielka europejska rzeź z lat 1618–1648, wywołana po defenestracji praskiej z 23 maja 1618 roku i zakończona pokojem westfalskim w 1648 roku. Zaczęło się od konfliktu religijnego w Rzeszy, ale szybko przerobiło się to w regularną bijatykę o władzę, wpływy i cudze terytoria; po drodze weszli tam Habsburgowie, Szwecja, Dania, Francja i pół Europy, która uznała, że warto sobie urządzić kontynentalny pożar. , a wydarzenia lat 30. i 40. XVII wieku na Śląsku szybko dały do zrozumienia, że nawet najlepiej zapowiadające się przedsięwzięcia wymagają solidnego zaplecza obronnego. Christoph von Nostitz-Rieneck, zobowiązany dodatkowo aktem elektorskim do zapewnienia schronienia okolicznej ludności, przystąpił więc do rozbudowy fortyfikacji i zwiększenia liczebności załogi, dzięki czemu w 1645 roku mieszkańcy Gryfowa nie tylko się tu schronili, lecz także urządzili szwedzkim maruderom krótką, bolesną korektę.

Christoph von Nostitz-Rieneck dożył 84 lat, pozostawiając majątek w rękach zaledwie 24-letniego Albrechta von Nostitz-Rieneck. Ten jednak nie zdążył nadać swojej obecności większego znaczenia — zmarł bowiem bezpotomnie po siedmiu latach, zamykając męską linię rodu Rothenburg Tzschocha. W konsekwencji dobra znalazły się przy wdowie po Christophie i jego córkach, które w 1700 (lub 1703) roku sprzedały je Johannowi Hartwigowi von Uechtritz, radcy
Augusta II Mocnego
, za 152 tysiące talarów i w ten oto sposób bez większych sentymentów zakończyły tę linię wydarzeń.

W obliczu tego niepokojącego szczegółu uczucie Christopha ostygło szybciej niż woda w zamkowej studni. Z rozbrajającą szczerością oznajmił więc, że skoro żona posagu nie ma, to on również nie widzi powodu, by angażować się w małżeńskie obowiązki. Gertrudę jednak cechował temperament, który nie znosił pustych łóżek, więc każda nieobecność męża działała na nią jak zaproszenie do… kreatywnej logistyki towarzyskiej. Zanim zdążył wysłać list, że wróci za tydzień, ona już miała komplet „rycerzy rezerwowych”, gotowych wypełnić lukę — i to bez marudzenia, bez wymagań i bez porównywania jej do świętych pań domu.


Potem przyszła końcówka XVIII wieku, a wraz z nią Ulryka, która miała nieszczęście urodzić nieślubne dziecko w czasach, gdy moralność publiczna była odwrotnie proporcjonalna do prywatnych praktyk. Według lokalnych opowieści Ulryka również skończyła w wodzie, a Bogu ducha winne niemowlę zamurowano w komnacie marmurowej, w pięknym renesansowym kominku.

Czy to kara z zaświatów, czy efekt nagłego przypływu sumienia — trudno rozstrzygnąć. Fakty są jednak takie, że wielu mężczyzn profilaktycznie omija cembrowinę szerokim łukiem. Na wszelki wypadek — dla włosów, dla świętego spokoju i dla spójności własnej wersji wydarzeń.

Johann Hartwig von Uechtritz, pan na See i Spreitz, doczekał się pięciu córek i ani jednego syna, co w praktyce oznaczało nie tyle brak następcy, co konieczność szybkiego uszczelnienia rodzinnego systemu. Wprowadził więc Grundfideikommiss — zasadę, która sprowadzała wybór męża do kręgu „swoich”, tak by majątek krążył po tej samej orbicie i nie wpadał w obce ręce. Jedna z jego córek, Christiane Elisabeth, w 1714 roku poślubiła Karla Magnusa, lecz ich wspólna historia zakończyła się szybciej, niż zdążyli ustalić rodzinne priorytety, bo zaledwie po dwóch sezonach mąż odszedł z tego świata w wieku zaledwie 25 lat.

BO PIĘĆ CÓREK BEZ SYNA TO SYSTEM NA GRANICY MOCY.
CHRISTIANE ELISABETH BIERZE ŚLUB, RÓD LICZY NA DZIEDZICZENIE,
LECZ KARL MAGNUS WNET GAŚNIE I ZOSTAJE PO NIM TYLKO WSPOMNIENIE.
Wdowieństwo Elżbiety nie przeciągnęło się zanadto, bo szybko znalazła nowego męża, Heinricha Wilhelma von Uechtritz, z którym spędziła czternaście lat, zanim i on odszedł wcześniej, jakby nie chciał psuć rodzinnej tradycji. Rozdział ten domknął się w listopadzie 1732, i to w sposób, którego nie da sprowadzić do zwykłej formuły „uroczysty pogrzeb”. Kondukt ruszył zgodnie z ceremoniałem, powoli i dostojnie, aż do chwili, gdy żałobnicy weszli na stary, spróchniały most prowadzący do zamku. Konstrukcja, zmęczona wiekiem i ciężarem tylu kroków, poddała się nagle, jakby sama wydała wyrok, i runęła, strącając część uczestników wprost do fosy. Skutek okazał się tragiczny: życie stracili dorośli i sześcioro dzieci, a wydarzenie, które miało być spokojnym domknięciem żałoby, przerodziło się w dramat o znacznie większej skali.

CZTERNAŚCIE LAT WYTRZYMUJE — JAK NA TĘ RODZINĘ TO WYNIK WYSOKI.
KONDUKT SUNIE POWOLI, JAKBY WSZYSTKO BYŁO POD NADZOREM,
LECZ MOST SKRACA CEREMONIĘ JEDNYM, BARDZO KONKRETNYM WYBOREM.
NA STAREJ RYCINIE WIDAĆ TEN MOST, JESZCZE STOI, JESZCZE TRWA,
JAKBY NIE WIEDZIAŁ, ŻE ZA CHWILĘ SAM WYDA WYROK — I WSZYSTKICH W DÓŁ PCHA.
Trzy lata później Elisabeth wyszła za mąż po raz trzeci, za Friedricha Augusta, domykając w ten sposób serię decyzji, w których prywatne wybory i rodzinna strategia nie rozchodziły się ani na krok. Gdy zmarła w 1741 roku, majątek przeszedł w dzierżawę dalekiego krewnego, Adama von Uechtritz, czyli zatoczył on koło i znów usiadł przy tym samym stole, co na początku.

TU UCZUCIA SĄ DODATKIEM, A PLAN OD LAT TEN SAM, DOSKONALE ZNANY.
ELŻBIETA SCHODZI W CZTERDZIESTYM PIERWSZYM — I NIC TU NIE UMYKA,
BO ADAM SIADA ZNÓW PRZY STOLE — TEN SAM OBIEG, TA SAMA LOGIKA.
NA RYCINIE PLAN Z TEGO OKRESU — UKŁAD DŁUGI, NIERÓWNY, POD TEREN PODCIĘTY,
TU NIE MA MIEJSCA NA FANABERIE — KAŻDY MUR JEST WYNIKIEM WARUNKU PRZYJĘTY.
KOŃCZYMY TUTAJ — NIECH JUŻ NIKOGO TEN RYM NIE MĘCZY I NIE KŁUJE,
POKRACZNA POEZJA MILKNIE WRESZCIE, BO I TAK NIKT JEJ NIE ŻAŁUJE. 😊
W 1755 roku Czocha zmieniła właściciela w sposób już zupełnie przyziemny: kupiec Ferdinand Otto von Schnidel kupił ją za 87 tysięcy talarów reńskich, zamykając etap rodzinnych zabezpieczeń czystą transakcją. Jego syn,
Carl Otto Gustav
, urodzony na zamku, poszedł w stronę, która z murami ma niewiele wspólnego — zasłynął bowiem jako autor prac z literatury i historii oraz tłumacz włoskiej poezji, działający w świecie, gdzie wszystko można było postawić od nowa jednym zdaniem, bez udziału jakiejkolwiek ekipy budowlanej.

Spokój tej układanki nie trwał jednak długo. W nocy z 17 na 18 sierpnia 1793, pod nieobecność Friedricha Augusta Christopha, właściciela zamku, wybuchł pożar, który bez większych wahań zajął dachy i wieżę, a następnie dobrał się do części pomieszczeń mieszkalnych wraz z ich wyposażeniem. Zniknęła zbrojownia, zniknęła biblioteka, a wraz z nią wiele cennych starodruków, które przez lata wychodziły cało z każdej historii, aż w końcu same stały się materiałem do opowieści o stratach.

Reakcja była szybka. Niemal natychmiast przystąpiono do odbudowy i sześć lat później gmach ponownie nadawał się do zamieszkania, choć w wersji, która nie była już wierną kopią pierwowzoru. Średniowieczną więźbę dachową zastąpiono dachem barokowym, wieżę podwyższono, wnętrza otrzymały nowy wystrój — zamek wrócił do użytku, ale już w kształcie dającym do zrozumienia, że ogień nie tylko zniszczył, lecz także uporządkował go po swojemu.

Po śmierci Friedricha Augusta majątek odziedziczył Ernst Friedrich von Uechtritz und Steinkirch, a po nim Czochę objął jedyny żyjący syn, Friedrich Karl Otto. Ten, już bez zwłoki, wprowadził się na zamek wraz z małżonką o tytulaturze tak rozbudowanej, że w połowie można było zapomnieć, dokąd to wszystko zmierza: Gustaviną Ottilią Karoliną Minettą Charlottą Olgą von Uechtritz und Steinkirch von Wartensleben. Małżeństwo doczekało się pięciorga dzieci — Bernharda, Hildegard, Victorii, Edgara i Bolka — czyli pełnego zestawu spadkobierców dla majątku, który obejmował folwark, dwie wsie oraz rozległe tereny ziemi i lasów o łącznej powierzchni 1500 hektarów. Całość działała jak dobrze ustawiona konstrukcja: nazwiska długie, areał szeroki, ciągłość rodu zabezpieczona bez niedomówień.

Tygodnik Ilustrowany, 1881

Gdy w 1905 roku Karl Otto odszedł z tego świata, jego spadkobiercy szybko doszli do wniosku, że utrzymywanie rozległego majątku to zajęcie dobre dla tych, którzy mają czas i cierpliwość, a nie dla tych, którzy wolą konkretny wynik na koncie, dlatego decyzja o sprzedaży zapadła bez większego sentymentu. Chętny znalazł się z najwyższej półki —
Ernst Günther zu Schleswig-Holstein-Sonderburg
, brat cesarzowej
Augusty Wiktorii
— co zapowiadało transakcję z odpowiednią oprawą, lecz wystarczyło jedno obejście zamku, by entuzjazm wyparował; książę obejrzał, policzył w głowie, ile to wszystko kosztuje w czasie i pieniądzu, po czym delikatnie podziękował i tyle go widzieli.

Dopiero w 1909 roku pojawił się ktoś, kto nie tylko miał środki, ale i ochotę, by je z rozmachem wydać — Ernst Gutschow, który za 1,5 miliona marek kupił Czochę wraz z całym pakietem okolicznych dóbr, najwyraźniej uznając, że skoro już buduje się potęgę przemysłową, to nie zaszkodzi dodać jej reprezentacyjnego entourage’u. Gutschow miał wszystko, co w takich sytuacjach bywa niezbędne: pieniądze, tempo działania i bardzo wyraźne poczucie, że sama fortuna to dopiero początek, a prawdziwy efekt zaczyna się tam, gdzie można ją pokazać w odpowiedniej ramie.

(FOTOGRAFIA Z WIKIPEDII — KLASYKA)
Tą ramą miał być zamek, choć w chwili zakupu bardziej przypominał on zobowiązanie niż gotową wizytówkę — stan techniczny wymagał poważnych nakładów, a decyzja sprowadzała się do wyboru między odtworzeniem tego, co było, a stworzeniem czegoś, co wygląda lepiej niż oryginał. Gutschow nie miał wątpliwości: zamiast konserwować przeszłość, zlecił przebudowę, która uczyniła z Czochy romantyczne zamczysko w wersji „ulepszonej”, gdzie historia została lekko podretuszowana, fantazja dopisana, a całość ustawiona tak, by robiła wrażenie od pierwszego spojrzenia. W tle pozostawał cel całkiem konkretny — tytuł szlachecki, który miał stanowić rodzaj „certyfikatu jakości”, idealnego do budowania legendy rodu.

Realizacji tego zadania podjął się znany berliński architekt
Bodo Ebhardt
, który w latach 1912–1920, kosztem 4 milionów marek, nie tyle odnowił zamek, ile urządził mu starannie wyreżyserowany powrót do przeszłości. Przekształcił zewnętrzną bryłę warowni, zmodernizował wnętrza i zrobił to wszystko z takim rozmachem, jakby średniowiecze było stylem, który da się po prostu zamówić, dopracować i oddać w wersji luksusowej. Duch dawnych wieków miał tu oczywiście zostać zachowany, a najlepiej jeszcze lekko podrasowany. Pomagały w tym oryginalne detale architektoniczne oraz materiały odzyskane z rozebranych fragmentów zamku, czyli przeszłość użyta ponownie, tym razem już pod ścisłym nadzorem estetycznym.

Reprezentacyjne pomieszczenia otrzymały kominki sprowadzane specjalnie z Włoch, jakby miejscowy kamień nie był dość godny tak ambitnej inscenizacji, a biblioteka, urządzona niemal po królewsku, dostała oprawę nawiązującą do angielskiego gotyku Tudorów. Do tego doszły zabytkowe meble, historyczne eksponaty, malowidła ścienne autorstwa Maxa Kocha z berlińskiego Kunstgewerbemuseum, witraże oraz snycerskie dekoracje pełne ukrytej symboliki, bo skoro już odbudowywać zamek, to z rozmachem, który nie zna umiaru ani skromności. Ebhardt ze zleconego zadania wywiązał się znakomicie. Dość powiedzieć, że w opinii obserwatorów Czocha po przebudowie stała się bardziej średniowieczna niż była w średniowieczu.






i przebudowany z iście królewskim rozmachem, ma stworzyć dla nazwiska odpowiednią oprawę. Efekt jest przekonujący wizualnie, lecz nie formalnie: Gutschow najpewniej nigdy nie otrzymuje tytułu szlacheckiego, a fakt że nie zachowały się żadne dokumenty nobilitacyjne, zatrzymuje tę historię na twardym braku dowodu.

Mimo ogromnych kosztów i całego organizacyjnego zamieszania związanego z przebudową zamku jego właściciel pojawiał się tutaj raczej rzadko — zwykle zaledwie na kilka tygodni w roku, jak ktoś, kto zamówił sobie wielką historyczną zabawkę, ale korzystał z niej wyłącznie od święta. Na stałe przeniósł się tu z rodziną dopiero pod koniec drugiej wojny światowej, kiedy Dolny Śląsk, na tle bombardowanych miast niemieckich, uchodził jeszcze za względnie bezpieczny azyl.

Ten spokój trwał dokładnie tak długo, jak długo dało się udawać, że Armia Sowiecka może jednak skręci gdzie indziej. Gdy wiadomości o jej szybkim marszu okazały się prawdą, Gutschow spakował najcenniejsze wyposażenie zamku i ruszył w stronę Drezna, nie przeczuwając jeszcze, że z Czochą rozstaje się właśnie na zawsze. W lutym 1945 także stolica Saksonii runęła pod gradem amerykańskich bomb zapalających, więc opuścił i ją, a następnie przeniósł się do Bad Wildungen, gdzie rok później zmarł z powodu następstw udaru mózgu i zapalenia płuc, zamykając historię, która jeszcze chwilę wcześniej wydawała się zabezpieczona na pokolenia.

Wyjeżdżając z Czochy, ostatni jej właściciel zabrał zapewne wszystko, co miało dla niego największą wartość historyczną i materialną: książki Dürera, zabytkową broń, wyroby snycerskie, złoto oraz nabytą od bolszewików carską biżuterię, czyli generalnie wszystko, co pozwalało mu rozpocząć nowe życie bez tego krępującego uczucia, że czegoś mu brakuje (co finalnie okazało się zabezpieczeniem na przyszłość równie trwałym jak jego własne zdrowie). Część wyposażenia zamku jednak w nim została, a te „skarby” — w praktyce garść mebli, książek, win i trochę srebra — szybko trafiły pod skrzydła nowych, ideowo umotywowanych gospodarzy dóbr porzuconych, którzy najwyraźniej uznali, że najlepszym sposobem na ich ochronę będzie przekształcenie mienia w środki o wysokiej mobilności.

Kolejne epizody pokazały, że duch terenowej przedsiębiorczości miał się świetnie, gdy jedną z ciężarówek wypełnioną zamkowymi depozytami przywłaszczył burmistrz Leśnej wraz z małżonką, po czym oboje, niespecjalnie niepokojeni, przekroczyli granicę i ulokowali się w amerykańskiej strefie okupacyjnej. Następny „skarb”, elegancko sklasyfikowany jako depozyt milicyjny, pilnowany osobiście przez komendanta posterunku MO, również zniknął w okolicznościach na tyle dyskretnych, że zabrał ze sobą swego opiekuna — co tylko umacnia wrażenie, że nadzór nad całą operacją był prowadzony z podziwu godną spójnością i konsekwencją.

Inni szabrownicy mieli już mniej szczęścia i za kradzież trafiali do więzienia — między innymi ówczesny wicestarosta Lubania, który najwyraźniej nie zdążył w porę ustalić właściwej trasy ewakuacji. Część zbiorów udało się jednak odzyskać: 25 tysięcy książek ze zbioru fabrykanta trafiło do wrocławskiej Biblioteki Uniwersyteckiej, a wraz z nimi 53 meble, 84 obrazy olejne, 29 rzeźb, 130 sztuk broni białej i palnej oraz pewna ilość zastawy, szkła i porcelany, czyli to, co jakimś cudem wróciło z powojennej pielgrzymki po cudzych piwnicach.

W odnajdywaniu skrytek i ukrytych w nich przedmiotów pomagała milicji przedwojenna bibliotekarka zamkowa Christine von Saurma, zwana Klucznicą, która po zakończeniu inwentaryzacji bez przeszkód wyjechała do Niemiec. Wygląda więc na to, że przynajmniej ktoś w tej historii znał wszystkie drzwi, choć pytanie, ile skrytek wskazano, a ile przemilczano, pozostaje otwarte.



, czyli sprzęt jak najbardziej realny, konkretny i potrzebny, zwłaszcza w czasach, gdy wojna opierała się na tym, kto pierwszy zobaczy więcej.Reszta brzmi już mniej solidnie, za to znacznie bardziej widowiskowo, bo eksperymenty miały generować pole tak silne, że samochody gasły w ruchu, co daje przynajmniej jedną pewność, że wpływ na rzeczywistość był odczuwalny, choć niekoniecznie użyteczny. Po zakończeniu prób auta ruszały dalej, jakby nic się nie wydarzyło, co stawia całe to rzekome osiągnięcie w dość osobliwym świetle, jakby cała ta historia była tylko efektem ubocznym fantazji, nie fizyki.

Po objęciu przez polską administrację Czocha rozpoczęła karierę instytucjonalną, która z powodzeniem mogłaby uchodzić za konkurs w przekazywaniu odpowiedzialności z rąk do rąk. Na początek Gminna Spółdzielnia „Samopomoc Chłopska”, potem Dolnośląska Izba Rolnicza, następnie Ministerstwo Kultury i Sztuki — każdy coś przejął, coś zapisał, po czym oddał dalej, jakby zamek był raczej problemem do obsłużenia niż zabytkiem do utrzymania.

W 1952 roku sprawa trafiła w ręce bardziej zdecydowane: Ministerstwo Obrony obięło nadzór nad zamkiem i urządziło w nim ośrodek wypoczynkowy dla wysokich rangą oficerów Ludowego Wojska Polskiego i ich rodzin. I tu historia robi się ciekawsza, bo właśnie ta dość osobliwa funkcja — reprezentacyjna enklawa dla ludzi, których oficjalny przekaz kreował na „elitę narodu”, a którzy w praktyce byli po prostu beneficjentami systemu — najpewniej przesądziła o przetrwaniu zamku. Podczas gdy wiele innych śląskich rezydencji spokojnie rozpadało się pod wpływem czasu, pogody i bardzo konkretnego zainteresowania okolicznych mieszkańców, Czocha miała zapewnioną ochronę wynikającą nie tyle z troski o dziedzictwo, co z potrzeby wygody.

Po 1989 roku zamek ponownie zmienił opiekuna i trafił pod zarząd Wojskowej Agencji Mieszkaniowej, co oznaczało już bardziej współczesną wersję zarządzania niż powojenny eksperyment instytucjonalny. Po zakończeniu prac adaptacyjnych w 1996 roku otwarto go dla ruchu turystycznego — i tym samym miejsce, które przez dekady funkcjonowało jako zamknięta przestrzeń dla wybranych, zaczęło zarabiać na tych, którzy chcą zobaczyć, jak wygląda to wieloepokowe „tak było”, które nosi ślady tylu rąk, że aż trudno nie poczuć podziwu dla tej polichromicznej mozaiki form i architektonicznych kompromisów.

, jego niezastąpiony towarzysz od spraw szczególnie delikatnych
Jakub Berman
, I sekretarz KC PZPR
Władysław Gomułka
, premier PRL
Józef Cyrankiewicz
oraz człowiek, który z czasem doszedł do wniosku, że mundur i polityka to całkiem zgrany duet —
Wojciech Jaruzelski
. Do kompletu minister obrony
Marian Spychalski
, czyli obsada, przy której słowo „wypoczynek” nabiera specyficznego, bardzo państwowego znaczenia.Na tym jednak lista się nie kończy, bo Czocha przyjmowała także „wybitnych dowódców bratniej armii”, co w praktyce oznaczało wizyty ludzi, przy których nawet lokalni prominenci mogli poczuć się jak personel pomocniczy. Pojawiali się tu m.in. minister obrony ZSRR Georgy Zhukov
, wiceminister obrony
Konstantin Rokossovsky
oraz naczelny dowódca sił Układu Warszawskiego
Ivan Konev
— czyli pełen zestaw gwarantujący, że atmosfera miejsca pozostanie odpowiednio „sojusznicza”.

Seriale również szybko odkryły jego potencjał: Plecak pełen przygód (1993), (trudny do obrony nawet z sentymentu) Wiedźmin (2002) czy Tajemnica twierdzy szyfrów (2007) korzystały z jego murów bez skrupułów, wiedząc, że kamera i tak zrobi z nim, co zechce — a on jeszcze na tym zyska.
Do 2019 roku Czocha uzbierała już 35 produkcji, co w praktyce oznacza jedno: jeśli gdzieś w polskim filmie potrzebny jest zamek z charakterem, który potrafi zagrać i poważnie, i z lekkim przymrużeniem oka, to reżyserzy nie kombinują — tylko wracają tutaj, jak do sprawdzonego aktora, który nigdy nie zawodzi.

OPIS ZAMKU
Zamek średniowieczny posadowiono w miejscu, które samo narzucało ton całemu przedsięwzięciu: na skalnym cyplu wrzynającym się w dolinę Kwisy, na granitowo-gnejsowym wyniesieniu sięgającym 320 metrów n.p.m. Trudno o bardziej oczywistą zachętę, by postawić tu warownię i z góry patrzeć na okolicę z należytą podejrzliwością.

Warownia składała się z okrągłej wieży ustawionej w narożniku południowo‑zachodnim i zapewne z jednego trzy- lub czterokondygnacyjnego domu mieszkalnego, wzniesionego na planie trapezu o wymiarach 20 × 16 metrów, jednego albo dwóch mniejszych budynków gospodarczych, a także murów obronnych spinających cały zespół w zwartą całość. Był to zatem układ do bólu prosty i przejrzysty, bo więcej po prostu nie przeszło przez filtr rzeczywistości.

Poważniejszą zmianę przyniósł dopiero XVI wiek i przebudowa przeprowadzona przez Nostitzów. Wtedy to zamek dostał nową formę, nowy porządek przestrzenny i renesansowy kostium, który nie zlikwidował jego obronnego charakteru, ale nadał mu więcej ogłady. Przy okazji całość dodatkowo ufortyfikowano zewnętrzną linią murów z bastejami, bo najwyraźniej uznano, że skoro już poprawiać zamek, to najlepiej tak, by wyglądał godniej, a przy tym nadal jasno komunikował, że nieproszony gość staje się tutaj celem, nie widzem.

W kolejnych stuleciach Czocha przechodziła kolejne modernizacje, za każdym razem podporządkowane trzem sprawom, które w zamkach wracają uparcie jak refren: lepszej obronności, większej przestrzeni do mieszkania i odrobinie wygody, o ile nie kłóciła się z powagą murów. W XVIII wieku usunięto drewniany most zwodzony i zastąpiono go mostem murowanym, przerzuconym nad suchą fosą, którą urządzono sobie jako zwierzyniec.

Po tragicznym pożarze z 1793 roku przystąpiono do odbudowy, prowadzonej w latach 1795–1799. Główny dom mieszkalny pokryto łupkiem, nadano nowe formy dachów i podwyższono wieżę, czyli zamek nie tylko podźwignięto po zniszczeniach, ale przy okazji lekko poprawiono jego sylwetkę. Dzisiejszy wygląd Czochy jest jednak przede wszystkim skutkiem wielkiej przebudowy-rekonstrukcji z początku XX wieku. To właśnie ona nadała budowli obecną postać i wyraźnie ją „odmłodziła”, choć zrobiła to dość bezceremonialnie, niszcząc przy okazji część zabytkowych elementów — zarówno Czochy, jak i pobliskiego zamku w Świeciu, który Gutschow również kupił, ale najwyraźniej nie znalazł już czasu ani energii, by choć raz spojrzeć na niego jak na coś więcej niż trofeum.

Przy tej inwestycji wykorzystano oryginalne detale rezydencji Uechtritzów: kamieniarkę drzwi, okien i strzelnic, a także potężne dębowe belki, liczące ponad dwanaście metrów długości i niemal pół metra grubości, które posłużyły jako dźwigary. Przeszłość została więc nie tylko przywołana, lecz także dosłownie wbudowana w nową wersję zamku. Wnętrza wyposażono w renesansowe kominki, zachowane w dobrym stanie do czasów obecnych, dzięki czemu cała ta rekonstrukcyjna operacja, choć miejscami dość brutalna wobec autentyku, potrafiła jednak zostawić po sobie coś więcej niż sam efektowny kostium.

Najbliżej pierwotnej postaci trzyma się cylindryczna wieża ostatniej obrony, stojąca w południowo-zachodnim narożu zamku. To właśnie ona zachowała z całego zespołu najwięcej dawnego charakteru, choć dziś ma na sobie kopułę o wdzięku nieco dyskusyjnym i zamiast odpierać napastników zajmuje się głównie serwowaniem widoków.

W XVII wieku dostawiono do niej trzykondygnacyjny budynek nakryty wielospadowymi dachami z arkadowymi podziałami. Jego elewacja otrzymała pełen zestaw ozdób: wykusze, renesansowy szczyt z naturalnej wielkości Minerwą na czubku, a do tego barokowy portal z herbami von Uechtritz i kartuszem rodu von Nostitz, który oprawia główne wejście do zamkowych wnętrz. Do wejścia prowadzi kamienny most wsparty na dwóch potężnych filarach, więc już sam spacer tym mostem daje złudzenie, że ktoś tu na nas czeka — najlepiej z ukłonem.

Po przeciwnej stronie zwartej zabudowy stanęła średniowieczna wieża mieszkalna, rozdzielona na dwa smukłe segmenty przykryte dwuspadowymi dachami naczółkowymi. To właśnie ten układ nadaje warowni wygląd tak osobliwy, że trudno nie zauważyć, iż architekt miał tu swoje pięć minut i najwyraźniej nie zamierzał oddać sceny bez zostawienia po sobie wyraźnego śladu.

W połowie XVI wieku od południa dostawiono do niej czterokondygnacyjny budynek pałacowy w kształcie litery L, nakryty dachami dwuspadowymi i zamknięty szachulcowymi szczytami z ceglanym wypełnieniem, jakby ktoś uznał, że skoro już zaczęto z rozmachem, to szkoda byłoby nagle całość zamykać zwykłą dobudówką.

We wspomnianej wieży i pałacu urządzono najważniejsze wnętrza: Salę Marmurową, Salę Rycerską i Bibliotekę, których obecność sprawiała, że zamek wyglądał jak miejsce, gdzie można było jednego dnia straszyć sąsiadów, a drugiego imponować gościom. Całość zabudowy domyka wschodni budynek ze szczytami o neorenesansowych formach, kryjący dwie sale jadalne oraz korytarz spinający pałac z holem wejściowym, i w tym właśnie miejscu powaga murów ustępuje miejsca znacznie poważniejszej sprawie – obiadowi.

Na zachód od zamku górnego poprowadzono mury obronne z gankami strażniczymi, kończące się imponującą basteją zamykającą od północy spory dziedziniec zewnętrzny tak, że cała przestrzeń układa się w jedną myśl, której nie da się już rozwinąć ani obejść. Z tego miejsca wąski, wyciosany w litej skale korytarz prowadzi do dziedzińca wewnętrznego w południowo-zachodniej części kompleksu, z legendarną studnią i kamienną ławą, gdzie wystarczy jedno szeptane zdanie, by echo doniosło je wszystkim zwiedzającym.

Elewacje budynków dziedzińca ozdobiono kartuszami herbowymi i sgrafittem, które spięto w całość subtelnym boniowaniem, więc ściany nie tylko stoją, lecz przy okazji opowiadają, kto tu mieszkał i ile miał czasu na dopieszczanie detalu. Ten pokaz formy szybko jednak dostaje konkretny kontrapunkt, gdy w kadr wchodzi południowo wschodnia basteja dziobowa i przyległa cylindryczna baszta, ustawione tuż przy kamiennym moście nad suchą fosą. W efekcie zamek najpierw pokazuje swoje zęby, a potem ni z tego, ni z owego zaczyna się wdzięczyć, jakby chciał przeprosić za to, że w ogóle jest fortecą.

Na południe od warowni rozpościera się podzamcze — takie trochę mniejsze miasto w miniaturze, otoczone murem, który gdzieniegdzie zaprzyjaźnia się z linią obronną zamku. Południowa część podzamcza to strefa „tu się pracuje”: budynki zebrane wokół jednego dziedzińca niczym ciche zaplecze teatru, gdzie prawdziwa praca dzieje się poza światłem reflektorów. Ale nawet w tym, tak przyziemnym przecież miejscu, nie poskąpiono sobie odrobiny przepychu, o czym najlepiej świadczy odkryte w XIX wieku na ścianach stajni renesansowe sgrafitto z motywami myśliwskimi. Najwyraźniej ktoś tutaj uznał, że nawet koń zasługuje na odrobinę renesansu, choć sam zainteresowany raczej wolałby więcej siana niż sztuki.

Północ natomiast prezentuje zupełnie inny klimat: zieleń, fontanny, barokowe rzeźby, mała architektura ogrodowa — glorieta, ławy, machikuły i kolumny, czyli wszystko, co wyraźnie podpowiada, że ktoś tu jednak lubił pochwalić rękę artysty. A żeby ta cała ogrodowa elegancja nie zrobiła się zbyt niewinna, Bodo Ebhardt dorzucił trzy zabytkowe armaty, które stawiają kropkę nad i, bo ogród ogrodem, ale historia tego miejsca nie polegała wyłącznie na piknikach i popołudniach z lemoniadą.

ZWIEDZANIE
Dziś zamek funkcjonuje głównie jako hotel i wdzięczna scenografia dla wielu wydarzeń — od firmowych integracji po projekty, które z historii korzystają tak, jak korzysta się z ładnego filtra w telefonie: ma wyglądać, a reszta niech się nie pcha przed obiektyw. Dla wielu to najpiękniejsza warownia w tej części Polski, więc co roku ściąga tłumy turystów spragnionych „emocji”: tajemnic dawnych właścicieli, legend o skarbach i sensacyjnych epizodów z najnowszej historii, które — rzecz jasna — smakują najlepiej wtedy, gdy podchodzi się do nich z lekkim dystansem, bo — jak to zwykle bywa — twarde fakty często są ostatnie w kolejce do uwagi.

Całość spina aura jak z telewizyjnych produkcji — starannie zaaranżowana, efektowna i dopracowana — dzięki której nawet zwykła kawa w zamkowych murach potrafi udawać przygodę. To jednak wciąż przede wszystkim scenografia: piękna w kadrze, mniej skłonna do prawdziwych odkryć.

Zwiedzanie wnętrz zamku wypada bardziej jak szybki przelot niż długi maraton — trwa ono jakieś 40 minut i zaczyna się w półmrocznym holu wejściowym, w którym ulokowano kameralny sklepik z pamiątkami, drobiazgami i książkami. Stamtąd przewodnik prowadzi do Sali Rycerskiej w części pałacowej, gdzie od razu wita nas masywny belkowy strop i drewniana galeria dookoła. Na pierwszy rzut oka uwagę przyciąga gotycki kominek, siedzący na kamiennych wspornikach z rzeźbami
dobrego
i
złego
(czyli taki mały dramatyczny akcent, który przez chwilę odciąga uwagę od tego, że bilet kosztował tyle, co obiad). Fryz z postaciami trzymającymi tarcze z herbami dawnych właścicieli Czochy dodaje temu wszystkiemu trochę historycznego sznytu.

Sali dodają charakteru dwa drewniane żyrandole w formie pierścieni trzymanych przez cherubinów — sprytnie zrobione, bo patrząc na nie z dystansu, można się nabrać, że to ciężki brąz. Generalnie jednak wnętrze komnaty pozostaje skromne — żeby nie powiedzieć: boleśnie ogołocone, ponieważ tuż po wojnie większość wyposażenia przeszła proces ochrony, który zakończył jej obecność in situ, m.in. usunięte z empory południowej
organy
bardzo szybko „odnalazły powołanie” w warszawskim kościele Świętej Trójcy.

Nawiasem mówiąc, żyrandole też znalazły swojego amatora, ale ostatecznie zostały w zamku, bo (jak twierdzą przewodnicy) w czasach, gdy instytucje traktowały go jak katalog wnętrz do rozkręcenia na części, zabrakło komuś odpowiednio długiej drabiny by je zdemontować. Na plus — zachowała się oryginalna dębowa boazeria i bogato zdobione drewniane portale z herbami dynastii, dzięki czemu choć trochę czuć tu jeszcze ducha dawnych właścicieli.

Jeden z takich portali prowadzi z Sali Rycerskiej do Sali Marmurowej — kolejnej reprezentacyjnej komnaty, która dziś nakryta jest renesansowym sklepieniem krzyżowym wspartym na dwóch okrągłych filarach, choć masywne przypory w narożach dość wyraźnie przypominają, że pierwotnie myślano tu raczej w kategoriach gotyku. Jej ściany również pokrywa drewniana boazeria z wkomponowanymi regałami bibliotecznymi, które kiedyś wypełnione były starannie dobranymi zbiorami właściciela, a dziś okupowane są głównie przez książki będące pamiątką po epoce, która zostawiła po sobie więcej papieru niż sensu.

W tej samej układance wnętrza, między dwoma oknami znajduje się renesansowy, biały kominek — i absolutnie nie zamierza udawać tła. Zamiast tego od razu wjeżdża z historią o zamurowanym dziecku, czyli klasyką gatunku, która w takich miejscach zawsze ma się świetnie. Nocą mury skrzypią, coś stuknie, coś trzaśnie i zamek robi swoje, podsuwając to jako „dowód”, a resztę ochoczo dopowiada wyobraźnia — bo przecież nie po to tu skrzypi, żebyś spał spokojnie.

Za boazerią właściciel ukrył wejście, które wygląda, jakby ktoś bardzo nie chciał, żebyś je znalazł… a jednocześnie trochę jednak chciał. Dawniej mieścił się za nimi skarbiec oraz kilka pomieszczeń, których przeznaczenia nikt dziś wyjaśnić nie potrafi, choć przewodnik mówi o tym w taki sposób, żeby nikt nie zauważył, że to raczej improwizacja niż wiedza. Teraz zamiast złota i wielkich tajemnic trafiasz tutaj na skromną wystawę o drugiej wojnie światowej, czyli klasyczne zamkowe „złota wprawdzie nie mamy, ale dramatów to proszę bardzo, pod dostatkiem”.


W zachodniej części pałacu mieści się biblioteka, w której ściany niemal znikają pod ciężarem półek wypełnionych książkami — część z nich trafiła tu prosto z likwidowanych jednostek wojskowych (czyli głównie klasyka polityczna z kategorii „kiedyś to kazali czytać”) zamieniając garnizonową rutynę na spokojne obrastanie kurzem. Nad całością rozciąga się drewniany strop, a w niszy okiennej stoją dwie smukłe kolumienki o skręconych trzonach, które zdają się mieć własny rytm, nieporuszony losem reszty wyposażenia.

Za rzędem regałów kryją się trzy przejścia, każde prowadzące w inną stronę: jedno schodzi do piwnic, drugie wychodzi na ganek, a trzecie pozostaje zamknięte dla zwiedzających. I tylko ono, jak to zwykle bywa, budzi największe zainteresowanie (choć w praktyce to zwykłe przejście techniczne, tylko z lepszym PR-em).

Z biblioteki przechodzimy do dawnych komnat mieszkalnych, dziś przerobionych na część hotelowo-konferencyjną — wszystko stylizowane tak, żeby było „historycznie”, ale jednak z wygodnym łóżkiem i ciepłą wodą. Najwięcej uwagi kradnie tutaj sypialnia gospodarza: baldachim, klimat i nad łożem łacińskie frangas non flectes — czyli w wolnym tłumaczeniu: złamiesz, ale nie zegniesz. Brzmi dumnie, dopóki nie usłyszysz legendy o tym samym łożu, które rzekomo miało zapadnię dla mniej wygodnych gości, kończących wycieczkę szybkim lotem do fosy. Romantyzm pełną gębą.

Obok garderoba z wielkimi lustrami (żeby można było ostatni raz spojrzeć sobie w oczy) i łazienka, w której jeszcze niedawno działała armatura pamiętająca czasy Ernsta Gutschowa — dziś już jedynie w roli eksponatu, a nie sprzętu, gdzie umyjesz choćby ręce. Kulminacją wycieczki jest wejście na wieżę, z której rozciąga się widok na malowniczy zalew Kwisy oraz — niestety — również na podzamcze, zaniedbane do tego stopnia, że zamiast uznania budzi jedynie uprzejme politowanie.

Na lewo od mostu, który prowadzi do głównego wejścia, kryje się brama dolna — taka, którą część turystów ignoruje z godnością ludzi przekonanych, że nic ich tam nie ominie, po czym oczywiście omija. Za nią zaczyna się zamknięta murami przestrzeń z basteją i drewnianymi gankami obronnymi, po których można chodzić bez żadnych heroicznych wyrzeczeń, za to z całkiem przyjemnym poczuciem, że wreszcie jest się w miejscu, które nie udaje atrakcji, tylko nią jest. Po drodze mijamy zejście do izby tortur, średnio postaranej, więc powiedzmy, że nie jest to powód do oklasków, oraz wyjście na dziedziniec wewnętrzny ze słynną „studnią niewiernych żon”, ale o tym już było.

Bilet kupujesz w bramie głównej lub w recepcji, a potem już tylko podążasz za przewodnikiem — własne pomysły nie są przewidziane w programie. A zamek dolny? Również płatny, tyle że portfel mniej płacze. W 2026 roku pełny bilet kręci się w okolicach 50 zł, co jest kwotą na tyle ambitną, że zaczynasz się zastanawiać, czy w pakiecie nie ma czegoś więcej niż spacer i opowieść — ale nie, to bardziej lekcja ekonomii niż historii.
Z pupilem możesz pospacerować po dziedzińcach (zamku dolnym) i udawać, że to już całe zwiedzanie, ale gdy zaczyna się właściwa trasa, pupil zostaje za drzwiami. Wyjątkiem są psy asystujące — reszta może co najwyżej popatrzeć na znikających ludzi i spróbować zrozumieć, o co tu chodzi.
Mało zabudowy, dużo przestrzeni — czyli dla drona rzadki luksus normalnych warunków pracy.
DOJAZD
Czocha leży na południowo-wschodnim brzegu Jeziora Leśniańskiego (które jest dziełem człowieka, nie natury), jakieś 3 kilometry od centrum Leśnej — niby blisko, ale już wystarczająco, żeby poczuć, że cywilizacja została gdzieś za plecami. Sama lokalizacja zasługuje tu na osobną wzmiankę: w jedną stronę Góry Izerskie, w drugą Karkonosze, a jak ktoś się rozpędzi, to i Czechy i Niemcy są na wyciągnięcie ręki — idealne miejsce, żeby zaplanować jeden dzień i wrócić z planem na trzy kolejne.
Przy głównej bramie czeka parking, oczywiście płatny.
Tu rower ma identyczny zakres swobody co pies: zamek dolny tak, wnętrza odpadają.
WARTO ZOBACZYĆ
Zapora Leśniańska znajduje się jakieś 1,5 km na zachód od zamku i robi dokładnie to, co takie konstrukcje robią najlepiej — bierze rzekę za kark i ustawia ją do pionu. Powstała po tym, jak w 1897 roku Kwisa pokazała, że potrafi być bardzo konsekwentna w niszczeniu wszystkiego po drodze, więc ktoś w końcu uznał, że zamiast się dziwić, lepiej postawić beton i zamknąć temat.

To najstarsza w Polsce budowla tego typu, wzniesiona jeszcze przez Niemców z pieniędzy prowincji śląskiej i składek mieszkańców — czyli klasyczny miks: strach przed kolejną powodzią plus wiara, że technika ogarnie rzeczywistość. Przy kamieniu węgielnym pojawili się odpowiedni ludzie z odpowiednimi tytułami, patronat objęła sama Augusta Wiktoria, a na pamiątkę zostawiono hasło, które brzmi jak motto epoki: Dolinom na ochronę, odmętom na przekór, wszystkim na pożytek — czyli krótko: mamy to pod kontrolą.

I co najciekawsze, coś z tej deklaracji faktycznie przetrwało. Elektrownia działa do dziś, ponad sto lat później wciąż produkuje prąd, a sama tama wygląda jak zwykła promenada — można po niej przejść i spojrzeć z góry na wodę. Mierzy 130 metrów długości i 45 wysokości, czyli rozmiar idealny na godzinę kręcenia się bez udawania wielkiej wyprawy.

A tuż obok żadnych wzniosłości: namioty, bary, sprzęt — beton swoje, lato swoje.

ZAMKI W POBLIŻU
- Zapusta – zamek piastowski Rajsko z XIII w., 6 km
- Świecie – ruina zamku książęcego z XIV w., 9 km
- Rząsiny – relikty zamku Podskale z XIII w., 14 km
- Proszówka – ruina zamku piastowskiego Gryf z XIII w., 20 km
LITERATURA
- M. Chorowska: Rezydencje średniowieczne na Śląsku, OFPWW 2003
- L. Kajzer, J. Salm, S. Kołodziejski: Leksykon zamków w Polsce, Arkady 2001
- P. Kucznir: Tajny zamek Czocha, Technol 2016
- A. Kurek-Perzyńska, M. Perzyński: Zamek Czocha - historia, legendy, tajemnice
- J. Lamparska: Tajemnice, zamki, podziemia, Asia Press 1999
- R. Łuczyński: Zamki, dwory i pałace w Sudetach, SWA 2008
- M. Świeży: Zamki, twierdze, warownie, Foto Art 2002
- A. Wagner: Murowane budowle obronne w Polsce X-XVIIw., Bellona 2019